Ciężki Los Naszych Dzieci

Rodzice mają jedną wspólną cechę. Doskonale widzą wady i złe zachowanie u innych dzieci, ale swoje zawsze potrafią wytłumaczyć. A to złym dniem, bolącą główką, słabą psychiką, dysleksją, wstydem itd. itp. Nie, moje to jest cacy, to wina Twojego. Takich wymówek można znaleźć miliony. A ja myślę, że wszystkie dzieci, łącznie z moim na czele, są cwańsze niż ustawa przewiduje. Kupują nas częściej niż nam się wydaje. Warto więc czasem wyjść z siebie, stanąć z boku i spojrzeć tak trochę chłodno na swoje dziecko, by zobaczyć, że wcale taka biedna z niej sierota to nie jest.

Zu jest osóbką dość drobną, przez co odbierana jest jak taka słodka laleczka, którą opiekować trzeba się podwójnie. Do tego dochodzą chochliki w czach, dołki w policzkach i lekko falowane długie włosy, a odbiór sam się nastawia. Ją samą często to denerwowało, odbieranie Jej, jako osoby raczej bezbronnej. Pamiętam, jak wracała ze szkoły zła, bo dziewczyny ze starszych klas zaczepiały Ją i piały nad Nią z zachwytu. Większość pewnie odebrałaby to jako komplement. My tłumaczyliśmy Jej to w podobny sposób, ale nie, Ona po dziurki w nosie miała tych ochów i achów nad swoją osobą, tym bardziej, że takie traktowanie powtarzało się dość często. Nie tylko od starszych koleżanek, ale też nauczycieli czy woźnych, którzy systematycznie ubolewali nad Jej ciężkim losem, jako uczennicy. A powiem szczerze, że nijak to się miało do Jej osoby. Bo Zu z jednej strony urocza i słodka, umiała doskonale walczyć o swoje i wbijać szpilę tym, którzy mocniej dali Jej się we znaki. Dość długo tego nie widziałam, bo tak naprawdę córka nie dawała nam nigdy większych problemów wychowawczych i ja sama pewnie odbierałam Ją podobnie, jak większość znajomych. Pewnie dlatego puszczaliśmy Ją do szkoły z pewną obawą. Nie baliśmy się w ogóle problemów z nauką, mimo tego, że zaczynała szkołę na poziomie zerowym. Nie umiała czytać ani wybitnie trzaskać matematyką. W porównaniu z dziećmi, z którymi trafiła do klasy, powiem szczerze, była w czarnej dupie. Ale to nie problem, naprawdę. Wychodzę z założenia, że jak się chce i trochę czasu się poświęci, to można wiele zdobyć. Ja się obawiałam raczej tego, jak ta moja kruszyna poradzi sobie w tym okropnym szkolnym środowisku. Ale co tam, decyzja zapadła, rozczulać się nie będziemy. Puszczamy Ją na głęboką wodę, niech się uczy radzić sobie w życiu. Każdy musi, inaczej zginie.

Moje zdziwienie było tym większe, kiedy po kilku miesiącach pytam się wychowawczyni jak Zu, w sensie emocjonalnym, a Ona mi odpowiada: „ Zuzia? Ta mała sobie świetnie radzi, połowę klasy sprzeda w sekundzie” Wtedy zaczęłam otwierać oczy i przyglądać się córce z innej perspektywy. To pozwoliło mi spuścić trochę powietrza i spojrzeć na Nią, jak na inną osobę. Zaczęłam mocniej przysłuchiwać się jak rozmawia z koleżankami, jak rozwiązuje pewne nieporozumienia, jak coś opowiada. To pozwoliło mi dokładnie dostrzec to, o czym mówiła Jej wychowawczyni. Ten spryt, którego wcześniej jakoś nie widziałam, to zacięcie, kiedy chciała walczyć o swoje i niesamowitą ambicję, którą czasem próbuję ostudzić, gdy zaczyna wymagać od siebie zdecydowanie za dużo. Wtedy przestałam się nad córką użalać. Zobaczyłam w Niej wojownika, który poradzi sobie w życiu. Dziewczynę, która doskonale wie czego chce. Ale nie zobaczyłabym tego, gdybym wciąż chodziła z klapkami na oczach i nie pozwoliła nikomu ocenić mojego dziecka. A uważam, że każdej matce taka ocena powinna być wykładana, bo my często obiektywne być nie potrafimy. Widzimy własny obraz naszego dziecka, niestety w większości przypadków mocno zniekształcony.

Ostatnio jedna z moich znajomych mocno zaczęła się rozczulać nas swoją córką, jaka to ona biedna, że chodzi do tej szkoły, że źle zrobiła, że ją puściła, że w innych szkołach praktykuje się, że dzieci zostają jednak drugi rok w tej samej klasie itd.itp. Patrzyłam, słuchałam i naprawdę nie wierzyłam. Właśnie dlatego, że ja widzę jej córkę całkiem inaczej. To mała spryciura jest, która potrafi ustawić wszystkie dzieciaki obok siebie i tak przekręcić przebieg wydarzeń, że wszyscy są winni, tylko nie ona. Nie muszę chyba nadmieniać, że mała, jak wszystkie obecnie dzieciaki, perfekcyjnie radzi sobie z każdą technologią, która wpadnie jej w rękę. Nie szkodzi, że wtedy musi trochę przeczytać, czy nauczyć się obsługi. Ta nauka wcale nie boli, ale rozwiązanie kilku zadań to już wyczyn ponad jej możliwości. Wtedy zaczynają się schody i wszelkie możliwe jęki stęki. Mamusia oczywiście zaczyna wówczas się nad córcią użalać i mocno przepraszać, jaką to krzywdę ogromną dziecku wyrządziła, że ją do szkoły wcześniej puściła. Przecie to dziecie niegotowe jeszcze. A ja myślę, że gotowe i to bardzo, tylko mocno sprytne i wie jak na matce zagrać. Zu też próbuje 😉 Ale gdy się powiedziało A, trzeba powiedzieć i B. Życie ma to do siebie, że czasem rzuca nam kłody pod nogi, uciera nosa w najmniej spodziewanym momencie. Uważam, że jesteśmy od tego, by uczyć dzieci walki na takie momenty, a nie płaczu nad rozlanym mlekiem.

To, że dziecko zawsze będzie dla matki malutkie i takie bezbronne to pewne. Będziemy do końca naszych dni trząść się nad każdym ich potknięciem i płakać po nocach nad ich bólem. Taka jest miłość matczyna i nie ma w ogóle co z nią walczyć. Nie wygramy. Ale obok tej miłości powinien stać rozsądek, który pozwoli puścić dziecko trochę dalej, który pozwoli nam zobaczyć wady naszego dziecka i dostrzec, że też popełnia błędy. Nie jesteśmy od tego, by dziecko osądzać, ale od tego, by tłumaczyć co źle zrobiło i dlaczego, wyciągać z tych błędów wnioski, które mogą przydać się na przyszłość. Nasze dzieci rosną, rozwijają się i naprawdę radzą sobie doskonale. Tylko zamiast ćwierkać nad nimi, warto pokazać im, że my wiemy, że są mądre i sprytne i sobie poradzą. A jeśli im się nie chce i znajdą kolejną wymówkę, niech poniosą konsekwencje swoich czynów, nieodrobionych lekcji, nieprzeczytanej lektury czy kłótni z koleżanką. Bo niby kiedy jest ten magiczny wiek, gdy powiemy „NIE”, bez wyrzutów sumienia, kiedy uznamy, że już nie przeczytamy dziecku lektury, nie odrobimy lekcji, czy załagodzimy sporu z koleżanką? Zamiast tego uczmy nasze dzieci ambicji, chęci rozwoju, spełniania marzeń i nie narzekania na ciężki los. Przecież nie jest tak źle.

Wiem Mamusiu, Już Mi To Mówiłaś…..

Człowiek podobno uczy się całe życie, przynajmniej powinien, dla dobra własnego i swoich najbliższych. Mi, tak dla przykładu, długie lata zajęło przyznanie samej sobie wielkiej zdolności czytania ludzi. Tak mam, że umiem rozszyfrować człowieka bardzo szybko i jak się okazuje, w większości przypadków, właściwie. Długo nie chciałam tej zdolności mojej dopuścić do głosu. Kiedyś skupiałam się na uczuciach innych, na bardzo skromnej i powściągliwej ich ocenie. Nie dopuszczałam dość długo do siebie głosu, który szeptał mi: „ Ej, uważaj, to nie jest osoba dla ciebie, ta dobroć jest udawana”. Nie chciałam tego słyszeć. Pewnie tak jak każdy, lub przynajmniej większość, potrzebowałam ludzi przy sobie, ich adoracji, obecności. Myślałam, że moją wartość dyktują oni. Nie moje własne ja, nie moje poglądy, nie moje czyny. Tylko właśnie oni, to czy chcą się ze mną zadawać, czy mnie „lubią”, doceniają. I tak szłam przed siebie w zupełnym zaślepieniu, popełniając błąd za błędem, które niczego do mojego życia nie wnosiły. Mocno skupiona byłam na wklepywanych przez mamę słowach: „ Oj dobra, ustąp, nie odzywaj się……”. A we mnie od zawsze siedziała mała buntowniczka, która nie chciała z tymi słowami iść przez życie. Ja chciałam iść po swojemu.

Ale nie, to nie było tak, że opuściłam rodzinny dom i bum, olśnienie. Nie. Ja dalej brnęłam po kolana w tym błocie. Na szczęście, chociaż nie wiem w jakim momencie, zaczęłam dostrzegać światło, zaczęłam czytać siebie ze zrozumieniem i powoli wychodzić z otchłani. Chociaż powoli to zbyt dużo powiedziane. Czołgałam się jak ślimak w smole, ale najważniejsze, że do przodu, w kierunku światła. Kto wie, może kiedyś przejdę każdy level i osiągnę poziom mistrzowski. Teraz na szczęście, kiedy zaczęłam wreszcie wyciągać wnioski z moich błędów, uczę moich nowych zasad Zu, uczę Ją na moich błędach,bo chcę zrobić wszystko, by przeszłam przez życie z jak najmniejszą ilością obrażeń.

I tak.

LUDZIE SĄ INTERESOWNI.

Nie, nie każdy córeczko, ale bądź uważna. Ufaj powoli, stopniowo. Nie łykaj zachłannie przyjaźni, bo się zachłyśniesz. Jedz ją powoli, małymi łyżeczkami, delektuj się każdym jej kęsem, a los Ci to wynagrodzi. Tego Ci życzę perełko z każdej cząstki mojego ciała. Bo ja się na ludziach sparzyłam. Chciałam być dobra dla wszystkich. Dawałam co miałam, dzieliłam się sobą, swoimi rzeczami i swoim czasem. A każde potknięcie mojego „przyjaciela” starałam się tłumaczyć, chyba sama przed sobą. Teraz wiem, że zupełnie niepotrzebnie. Przyjaciół tłumaczyć nie trzeba. Oni po prostu są. Przy tobie, na dobre i na złe. I nawet jeśli nie mają dla ciebie czasu każdego dnia, to ty wiesz i czujesz, że twoje jedno wołanie o pomoc postawi ich na nogi o każdej porze dnia i nocy. Tacy właśnie są przyjaciele, ci prawdziwi, przez duże P. Innych traktuj z dystansem, jak garnek z gotującą się wodą, nie bój się go, ale podchodź bardzo ostrożnie, wtedy się nie sparzysz. Z ludźmi jest tak samo. Wielu z nich działa interesownie. Gotowi udawać tych najbliższych, jeśli wszystko robisz po ich myśli, jeśli są w stanie ugrać coś dla siebie. Po zdobyciu celu odchodzą, nie oglądając się za sobą. A ci lepsi cierpią. A ja cierpiącej widzieć Cię nie chcę córeczko. Dlatego uważaj, myśl o sobie, to nic złego i nie ustępuj, jeśli czujesz, że dobrze robisz. Bo nie warto i nie trzeba. W przyjaźni nie liczy się ilość, a jakość. Zawsze lepiej mieć jednego sprawdzonego przyjaciela, niż grono dobrych aktorów.

NIE, NIE MUSISZ SIĘ DZIELIĆ

Nie pożyczę ŻADNEJ mojej przyjaciółce czy koleżance bransoletki od męża czy nawet najtańszej biżuterii, którą kupiłaś mi za uciułane kieszonkowe. Mam takie rzeczy, jak każdy, które swoją wartością sentymentalną przekraczają milion razy wartość materialną. Staranie się z nimi obchodzę, odpowiednio przechowuję, dbam jak o najkruchsze szkło. Bez wstydu i bez skrupułów odmówię każdemu, kto chciałby ich pożyczyć. I dlatego rozumiem i wiem, że Ty też dzielić się nie musisz. To są Twoje rzeczy, Twoje żelki czy Twoje coś tam jeszcze innego. To nie ma znaczenia. Ważne, że to jest Twoje i masz prawo robić z tym, czego tylko dusza zapragnie. Jak byłaś malutka tego nie rozumiałam, jak większość matek kazałam Ci dzielić się łopatką i wiaderkiem w piaskownicy. Jakiś czas temu zrozumiałam swój błąd. Przepraszam. Lepiej późno niż wcale. Naprawiam go teraz i wierzę, że jesteś starsza i szybko zrozumiesz. Pamiętaj Kochanie. Nie, nie musisz się dzielić.

UCZ SIĘ KOCHANIE

Nie dla ocen, nie dla mnie, nie dla innych, dla SIEBIE. Trochę żałuję, no ok, bardzo żałuję, że mało czasu poświęcałam nauce. Z chęcią wróciłabym do lat szkolnych, do ławki i do klasówek, naprawdę, nawet tych z matmy 😉 I nie chodzi o poprawę średniej, ale o wiedzę, którą z chęcią zabrałabym w dorosłość. Dlatego ucz się Kochanie. Chłoń wiedzę, dbaj o swój mózg i swój rozwój. Oceny to tylko nagroda za wiedzę, nie są tak ważne, chociaż na pewno miłe. Nie chcę Cię zmuszać do nauki, chcę byś zrozumiała i nauczyła się na moim błędzie. Ucz się. Kiedyś zrozumiesz, kiedyś podziękujesz.

MIEJ PASJĘ

I ją rozwijaj. Dbaj o nią jeszcze bardziej niż o naukę. Z pasją nie zginiesz. Pasja poprowadzi Cię w odpowiednim kierunku. Pasja da Ci szczęście. Bądź uparta i zdobywaj swoje szczyty. Spełniaj swoje marzenia. I chociażby rzucali Ci kłody pod nogi, Ty skacz przez nie i idź po swoje. Zbierzesz po drodze wiele, a na szczycie czeka na Ciebie spełnienie, którego nikt nigdy Ci nie zabierze. Właśnie dlatego myszko spełniam te wszystkie Twoje zachcianki. Tańce 20 km od domu, czy pole dance w sobotę rano. I nawet jeśli miałabym Cię wozić o północy w najdalszy zakątek Warszawy, nawet jeśli miałabym jeść tylko przysłowiową bułkę ze smalcem, nawet jeśli miałabym sprzątać nad ranem, to zrobię wszystko, by znaleźć czas na Twoje pasje i Twoje marzenia. Tobie zostaje tylko jedno, miej pasje…..

Czasami, ok wróć, często Zu mówi mi: „ Wiem mamusiu, już mi to mówiłaś ! „. Słyszę wtedy w Jej głosie lekkie zirytowanie a Jej śliczne oczka uroczo się przewracają. Wiem, że wtedy ma mnie dość. Ale to nic. Ja nie przestanę. Będę Jej to wkładać do głowy milion razy dziennie, aż zobaczę, że naprawdę rozumie. Moja miłość i troska są silniejsze od tej irytacji, a ja naprawdę jestem cierpliwa. I na tyle mądra by wiedzieć, że lepiej Jej będzie bez moich błędów. Swoich pewnie popełni na tyle dużo, że wystarczy, kolejnych nie chcę Jej dokładać. Bo grunt to dopuścić do siebie, że poczyniło się w swoim życiu błędy i wyciągnąć z nich wnioski. Wtedy żyje się o wiele lepiej. A chyba o to chodzi w tym naszym życiu, by żyło się lepiej, czyż nie ?

A Dajcie Już Sobie Spokój Z Tą Komunią

Z mojej komunii pamiętam stres. Byłam wybrana do mówienia w kościele jakiejś modlitwy. Wtedy chyba pierwszy raz w życiu poczułam strach. Modlitwę powiedziałam, a wspomnienie tej chwili zostało we mnie na zawsze, raczej jako mało przyjemne, chociaż wtedy czułam się wyjątkowo, jako jedna z tych wybranych. Pamiętam jeszcze piękną sukienkę, którą mama zamawiała w Koninie, położonym ok 300 km od mojego rodzinnego miasta!!!! Sukienka była cudna i czułam się w niej wyjątkowo. Sprzedała się dokładnie w momencie, kiedy opuściłam kościół. Dobrze chociaż, że nabywcy pozwolili mi w niej pochodzić na biały tydzień. Czyste szaleństwo!!!. A, i pamiętam jeszcze prezenty. Długopisy z kalkulatorem, złoto i zegarek. Pamiętam też gości u mnie w domu i zabawy z dzieciakami pod blokiem. I to by było na tyle z moich komunijnych wspomnień.

W ogóle nie wiedziałam po co tak naprawdę mi ta komunia. Ksiądz nam pewnie tłumaczył, ale sorry, dziewięciolatkowi to możesz sobie tłumaczyć ewentualnie jak rośnie róża, a nie zawiłe sekrety wiary. Bardziej pewnie byłam skupiona na całej oprawie pozakościelnej, jak wszystkie moje koleżanki i koledzy, a nie na tym, kogo i po co przyjmuję do mojego serduszka. Poszłam do komunii, bo w tej wierze byłam chowana i tyle, większego sekretu nie ma.

Córkę puściłam z tego samego powodu, uznałam, że komunia w niczym Jej nie przeszkodzi. Jak tam kiedyś sobie panienka zamarzy za mąż wyjść i przed Bogiem przysięgać, to martwić się o sakramenty nie będzie musiała. A jak zapragnie zostać buddystką, to też proszę cię bardzo, komunia Jej w tym na pewno nie przeszkodzi. Puściłam też ze względu na babcie. Coś tam im się należy. Skoro tak bardzo im się marzyła wnusia w białej sukience to zobaczyły, przeżyły, łezkę z oka wytarły. Mi krzywda się z tego powodu nie stała. No i puściłam, bo córka iść chciała. Normalnie się Jej o zdanie spytałam, wyraziła chęci, to proszę Cię, idziesz. Nie będę nikomu makaronu na uszy nawijać, jak to moje dziecko uduchowione było, jak wiele z tego wszystkiego zrozumiało, bo na pewno wiele nie zrozumiała, oprócz pewnie tego, że modlitwy u księdza zaliczyć musiała, z których, tak swoją drogą, też niewiele ogarnia. Wszystko. Nic się nie zmieniło od czasów moich, oprócz prezentów może.

I uwaga, jeśli myślisz, że zacznę tu narzekać, że wariactwo i bogactwo itd., to muszę Cię rozczarować. Nie będę. Idę zwyczajnie przez życie i jestem w stanie zauważyć, że świat nam się trochę zmienia i rozwija. W moich czasach też się na prezenty czekało, też się miało swoje marzenia, też się kasę po przyjęciu liczyło i też się chwaliło. I też były wśród nas osoby biedniejsze i takie, które niezłe bogactwo w tym dniu otrzymało. Życie, od zawsze takie samo, pewnie mało sprawiedliwe, ale takie już jest. Z tą różnicą, że moja mama bawiła się lalką drewnianą, w moich czasach była już Barbie, a lalki mojej córki ruszały nogami, rękami, skrzydłami i czym tam jeszcze popadnie. Ot, cała tajemnica, rozwój. Dla mojej mamy też było niewiarygodne, że mam Barbie na rowerze, a dla mnie? Fajna lalka, ale czy jest naprawdę aż tak warta tych wszystkich zachwytów. Ja ich nie rozumiałam w ogóle, w moich dziecięcych czasach była to i może fajna zabawka, ale dla mojej mamy to chyba był jakiś kosmos.

I teraz mamy to samo, z tą różnicą, że sami jesteśmy rodzicami, nagle tacy dorośli i poważni, no i teraz to my przejęliśmy wydatki naszych rodziców i zwyczaje chyba też, bo ponarzekać i pomądrzyć się trzeba. Ano nie trzeba. Świat się zmienia i rozwija. Przychodzi nowe. I moim zdaniem lepiej nauczyć się z tym żyć, bo pewne rzeczy są nieuniknione. Kiedyś chrzestni składali się nie rower, teraz składają się na laptopy lub inne cuda, bo rowery nasze dzieci już dawno mają. Czy jest w tym coś złego? Nie jestem do końca przekonana, przecież sami się napędzamy.

Kupujemy coraz to nowsze cuda techniki i wśród nich wychowujemy dzieci. Od małego wciskamy im bajeczne zabawki, dajemy, dla chwili spokoju, tablety i telefony, a potem się dziwimy i mocno bulwersujemy, że nasze dzieci w głębokim poważaniu mają „wielkie” przesłanie komunii i marzą tylko o nowym telefonie, tablecie czy czymś tam jeszcze, co jest na czasie pociechy w tym wieku.

Naszym zdaniem dzieci mają teraz wszystko, normalnie bajka. Ale tak wracając do naszych dziecięcych czasów to samo słyszałam od mojej mamy i babci. Patrzyły się wielkimi oczami na otaczający mnie świat i wspominały swoje dzieciństwo. Ich wspomnienia zawsze kończyły się tak samo: „ Jakbym teraz chciała być dzieckiem……”. Z czystym sumieniem i prawdą rzucaną Ci w oczy powiem to samo. Wchodzę do sklepu z zabawkami i marzę by choć na krótki czas przenieść się w świat mojej córki.

Teraz tylko jedno, tak naprawdę różni nas od tamtych lat. Fora internetowe, na których ponarzekać sobie można. Można też zgrywać matki świętoszki, które to chowają swoje dzieci prawie na poziomie amiszów. Ich pociechy nie wiedzą co to telefon ni tablet, a ten przypadkowo pokazany na wakacjach to jednak rodziny z boku. Hipokryzją jest też „ ja nie pozwolę żeby mojemu dziecku na tablet się zrzucać, mój syn chce do Rzymu pojechać, na wycieczkę będzie zbierać” i co druga mama: „ o super pomysł, dzięki, ściągnę za rok” HIPOKRYZJA, HIPOKRYZJA, HIPOKRYZJA!!!!!!!. Na wycieczkę to nie wstyd i nie grzech brać kasę od rodziny, ale na tablet to już zjechać błotem trzeba i do spowiedzi czym prędzej się udać. HIPOKRYZJA !!!!!!

I dla tych, których tak bardzo rażą komunijne prezenty, mam rozwiązanie. Wystarczy na zaproszeniu napisać, że DZIECKO prosi o prezenty skromne, typu książka, maskotka, może jakaś kolorowanka, ewentualnie od chrzestnych bardziej na bogato, niech się złożą i medalik złoty kupią. Goście zaproszeni na pewno będą zadowoleni, rodzice pewnie też, skoro nie lubią dzisiejszych czasów, za dziecko się nie wypowiem. Zamiast narzekać, da się moi drodzy, jeśli tylko chcecie, oczywiście 😉

Ps. Nie, wycieczka do Rzymu czy Watykanu nie jest skromnym prezentem, nawet jeślibyście mieli po drodze spotkać samego Papieża. Nie kupuję tej bajki.

Warszawa Dzieciom – Papugarnia Carmen

Papugarnia Carmen to całkiem świeże miejsce na warszawskiej mapie dziecięcej, a już cieszy się ogromnym powodzeniem. Na facebooku co chwila pojawiają się uśmiechnięte dzieciaki, i nie tylko, z papugą na ręce czy głowie, które skutecznie zachęcają kolejnych znajomych i znajomych znajomych do odwiedzenia tego miejsca. Z nami nie było inaczej. Wystarczyło „Dzień dobry tvn” a wiedzieliśmy, że koniecznie musimy tam zawitać, raczej wcześniej niż później, bo my z tych, którzy na miejscu rzadko kiedy siadają. Zdjęcia znajomych i ich opinia tylko podsyciły naszą ciekawość, i tak oto zdjęcie uśmiechniętej Sue z papugą powiększyło galerię na facebooku.

Nam podobało się od samego początku. Krótkie i konkretne instrukcje od Pana na dzień dobry, kupiony bilet, karma i kilka drobiazgów i byliśmy gotowi zobaczyć kolorowy świat na żywo. Pierwsze wrażenie WOW. Po zwiedzaniu miejsc, gdzie zwierzęta to się ogląda i za nic na świecie nie wolno ich ni dotknąć ni nakarmić, te wolne ptaki latające nad nami naprawdę robią robotę. Musieliśmy chwilę się oswoić, wyłapać odpowiedni moment i sposób na zachęcenie papug do nas i później poszło. A poszło tak, że jeszcze w trakcie Sue się pytała, czy jeszcze tu wrócimy. Nie wiedzieliśmy gdzie się patrzeć, które łapać, bo wszystkie strasznie nam się podobały. Oczywiście najbardziej przykuwają wzrok te duże, ale te mniejsze też są cudne. Część z nich mocno wprawiona w boje i w głębokim poważaniu ma ludzkie towarzystwo, bierze sobie pojemniczek w dziób i tyle ją widzieli. Była też taka jedna, co to nikt z nią nie wygrał. Wszystkich dziobała, wszystkim karmę zabierała, charakterek pierwsza klasa, to pewnie dziewczyna 😉

A tak ogólnie, pomijając, chyba już oczywiste zachwyty, papugi, po krótkim wywiadzie z sympatycznymi pracownikami, najlepiej odwiedzać zaraz po otwarciu lub przed samym zamknięciem. Nie ma wtedy tłumów, a i ptaki są chętniejsze na zaczepki. Zasypiają najczęściej w godzinach 13-17 i wówczas są najmniej chętne na karmienie, chociaż, jeśli czas nas trochę ogranicza, to obojętnie o której godzinie i tak warto tam zajrzeć.

Papugarnia Carmen to miejsce dla wszystkich, bez żadnych ograniczeń wiekowych. Spokojnie spodoba się zarówno młodszym jak i starszym, a wcale nie jestem pewna komu bardziej ;). Czystko, miło, ciekawie i przyjemnie. Życzymy tylko, żeby Papugarnia poziom utrzymała, a na pewno będzie jednym z najbardziej lubianych miejsc w Warszawie. My wrócimy na pewno 🙂

1 2 3 4 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 20 21

Matka Matce ???

I po jaką cholerę ze sobą walczymy ?

Ile matek, tyle opinii i tyle sposobów na wychowywanie dziecka. I ile matek, tyle jadu w internecie. Męczy mnie to już przeokrutnie i mam pomysł dla nas mam wszystkich, żeby zająć się sobą i swoim dzieckiem, a innym matkom dać spokój, niech sobie chowają po swojemu. Przecież nikt nie lubi, kiedy mu się z buciorami do domu wchodzi. Więc moje cztery kąty, moja rodzina i moja sprawa. Jak będę chciała rady to o zdanie spytam lub poszukam se w książce, gazecie, necie. Gdziekolwiek.

Są jednak pewne wyjątki, kiedy jak najbardziej trzeba się wpieprzyć i zainterweniować. Kiedy pojawia się alkohol, przemoc i ewidentne zaniedbanie. Nie gadaj jednak wtedy z matką, bo z taką pewnie gadać nie ma o czym, ale dzwoń tam, gdzie trzeba. Ty będziesz miała czyste sumienie a dziecko pewnie życie spokojniejsze. Bo o ile się mówi, że dziecko najbardziej chce być przy matce, to pewnie tak jest, bo innego życia nie zna, ale kiedyś, w przyszłości, będzie wdzięczne, że ktoś zauważył i pomógł. Ale mamo droga w innych przypadkach, gdy Tobie zwyczajnie się widzi inaczej, daj sobie spokój i daj spokój innej matce.

Jestem kompletnie zafiksowana na macierzyństwie. Skoro zdecydowałam się na bycie matką, chcę tę rolę zagrać jak najlepiej. Mam więc swoje mocne zasady, których nie łamię i których mocno się trzymam. W tej kwestii podejście do wychowania dziecka mamy z mężem takie same, na szczęście więc u nas problemu nie ma. On pojawia się gdzie indziej, kiedy innej matce nie podoba się to jak chowam swoje dziecię i rzuca komentarze zupełnie niepotrzebne. Ciśnienie mi wtedy wzrasta i rodzi się konflikt niepotrzebny, bo ja z tych, które milczeć zamiaru nie mają, kiedy ktoś czepia się z dupy strony. Dlatego taka złota rada, nie oceniaj, a oceniana nie będziesz.

Chociaż, przyznaję się bez bicia, sama kiedyś byłam tą, która swoje zdanie w kwestii wychowania wypowiadała głośno. Nie było po mojemu, to bach, słowotok. Na szczęście z czasem, kiedy sama kilka razy usłyszałam zupełnie mi zbędną opinię innych, zaczęłam uczyć się milczeć w pewnych momentach. Zdałam sobie sprawę, że przecież nie każdy musi tak jak ja, naprawdę. Gryzę się więc w język i wciąż uczę wielkiej sztuki, jaką jest milczenie. Nie obchodzi mnie więc jak wygląda Twoje dziecko, jak je ubierasz, jak wychowujesz, czym karmisz i jak organizujesz czas wolny. Mam to w głębokim poważaniu, bo wiem, że każdy z nas kiedyś zbierze owoce swojego macierzyństwa. Czas zweryfikuje.

A kiedy ktoś mnie pyta o radę? Odpowiadam. Mówię o tym, jak robimy my, czym się kierujemy i co jest dla nas ważne, bo nie chodzi o to, żeby milczeć, ale o to, żeby wiedzieć kiedy mówić. Nie boję się swojego zdania na temat słodyczy i wciskania na siłę maluchowi żarcia dla dorosłych, to nie małpa, ani żaden królik doświadczalny, na wszystko przecież przyjdzie czas. Potrafię powiedzieć co myślę o dzieciach przy „stole dorosłych”, o nauce, czapkach kiedy na dworze +100ºC, o kłótniach przy dziecku, o szacunku, wspólnym czasie i innych moich poglądach. To są mojej sprawy i przecież mogę o nich paplać, mogę o nich pisać i opowiadać wszem i wobec. A Ty wcale nie musisz się do nich stosować ani brać ze mnie przykładu. Jeśli Ci się podoba, bierz i owszem, jeśli nie, chowaj po swojemu i mnie nie oceniaj.

Zawsze lepiej dogadywałam się z chłopami. Oni nie mają problemu, gdy powiesz im coś do słuchu, jeśli taka konieczność następuje, potrafią 5 minut później wódki razem się napić. Oni nie czepiają się bez powodu i nie przejmują się głupotami. Skupiają się na sobie i swoim życiu, a na resztę mają równo….obojętnie. I tak sobie myślę, że zamiast się tych chłopów wiecznie czepiać, warto czasami wziąć z nich przykład i skupić się na sobie, swoich czterech literach i swoich dzieciach. Wyobrażasz sobie, jak świat stałby się piękniejszy ?

Tak może być, to wszystko jest do zrobienia. Zacznijmy od siebie. Nie komentujmy i nie dajmy komentować innym naszych sposób na macierzyństwo. Nie oceniajmy i nie traktujmy innych z góry. Niech każda ma możliwość robić po swojemu. Pewnie, że możesz mówić o swoich sposobach, jest wiele kobiet, które potrzebują rad. Jest jednak różnica w przekazie, że Ty nie dajesz swojemu dziecku coli a w krytyce matki, która poi tym swoją pociechę. Przecież to Jej dziecko i Jej sprawa. Czyż nie ?

Żyj i daj żyć…..

Przeczytałam parę książek o bieganiu i pewnie z dwa razy więcej artykułów na ten temat. W prawie każdej pozycji przewijał się maraton, marzenie chyba każdego zagorzałego biegacza. I wiesz jaka jest różnica między maratonami za granicą a tymi u nas? Tam ludzie kibicują, stoją przy trasie, klaszczą, głośno dopingują uczestników, podają im wodę, pomagają jak mogą. A u nas??? Wieczne narzekanie, wielka tragedia, bo raz na chiński rok zamkną kilka ulic, no i biedaczek zakleszczony w domu, bo nie umie pojechać inną trasą. Nic, że o maratonie wiemy dużo wcześniej i wystarczy w necie sprawdzić jak się poruszać przez kilka godzin po mieście, ale nie szkodzi to wyzywać ludzi od debili i idiotów biegających po mieście i blokujących ulice. To się sam przebiegnij idioto 42 km a wtedy porozmawiamy…

Na maratony w swoim życiu trafiłam kilka razy, głównie przy okazji rowerowych wycieczek. Stawaliśmy wtedy na chwilę przy trasie, z wielkim podziwem obserwując tych, którzy mieli odwagę wystartować. Szacunek, to jedyne słowo jakie nasuwa mi się na myśl, kiedy myślę o ludziach, którzy dokonują takich rzeczy.

W tym roku pojechaliśmy na maraton w konkretnym celu. Mój brat, lekko dwanaście lat ode mnie starszy, postanowił zdobyć te marne 42 km. Dorwaliśmy Go pierwszy raz na 28 km. Byłam tak podekscytowana tym faktem, że miałam ochotę obdzwonić całą rodzinę, znajomych, a nawet porwać się na telefon do prezydenta i powiedzieć mu, żeby w cholerę rzucił te narty, niech zacznie biegać, przynajmniej będzie na miejscu ;). On pobiegł dalej, mój brat w sensie a nie prezydent, a my szybka kawa w rękę i kierunek Narodowy. Przecież wiedzieliśmy, że dobiegnie.

Z Wilanowa na stadion przejechaliśmy BEZ PROBLEMÓW. Nawet udało się mężowi samochód w pobliżu zaparkować. No i poszliśmy na metę brata witać. Tu już dało się odczuć fajną atmosferę i tego „debila co się od rana przez mikrofon drze”, taki cytat z internetu. Ludzie krzyczeli, dopingowali, aż i mi się udzieliło. Darłam się co chwila. Nic, że ludzi nie znałam, ale tuż przed metę taki doping jak najbardziej wskazany. Ale gdy zobaczyłam własnego, rodzonego brata, to jakieś takie fajne uczucie nie do opisania. I Zuzia, która kilka minut płakała ze wzruszenia, rozwaliła mnie całkowicie. Bo skoro dziewięciolatka zdaje sobie sprawę, że ten maraton to naprawdę wyczyn, to czego nie może pojąć dorosły człowiek???

A przed metę widziałam tych ludzi, którzy na sam koniec dostawali sił nadprzyrodzonych i sprintem wbiegali na metę. Widziałam kobiety, które wycierały łzy z policzków. Widziałam tych, którzy powłóczyli nogami i bili się w udo bo skurcz ich mocno paraliżował. Śmiem twierdzić, że na metę szli ostatkiem sił, ale ten tłum, który darł się wniebogłosy na pewno dodawał sił na te ostatnie metry. Widziałam dziadków, na oko będzie z siedemdziesiąt lat na karku, którym się kłaniam tak nisko jak się da. Widziałam ojców z wózkami i takich, którzy na sam finiszu brali swoje dzieci z tłumów i z nimi przekraczali metę. I widziałam biegacza, który upadał. W sekundzie znaleźli się przy nim sanitariusze, gotowi wynieść uczestnika na noszach. A On wstał i mimo bólu, ostatkiem sił, kulejąc, przekroczył ten wielki, na pewno wymarzony, napis. Okrzyki publiczności,  jakie temu towarzyszyły mi samej zmoczyły oczy.

Tych ludzi łączy pasja, chęć i odwaga do realizacji swoich marzeń, wielkie zacięcie i siła, niesamowita siła, która pozwala im dotrwać do końca. Ale mają oni przede wszystkim coś, czego brakuje niektórym, szczęście, zapewne mocno wybiegane, które daje im siłę by spełniać swoje marzenia, które mimo głupich komentarzy pozwala im z wielkim bananem na ustach przekroczyć magiczną linię. I tak, gdybym miała wybierać, wolę być idiotką blokującą ulicę, niż idiotką siedzącą na forach i wylewająca jad na tych, którzy robią w życiu coś, co kochają. Nie podcinajmy skrzydeł innym, niech fruną ze swoimi marzeniami, a my bierzmy przykład, że można i róbmy w życiu coś, co daje nam szczęście.

Żyj i daj żyć innym……

Bądź dobra dla siebie, nie tylko na wiosnę.

Kiedyś myślałam, że nie można odpuszczać. Każde „poddanie się” traktowałam jak porażkę, którą skrupulatnie kryłam przed innymi. Wstydziłam się, że nie dałam rady, tłumaczyłam każde odstępstwo, gotowa byłam pójść do spowiedzi, prosić o przebaczenie, mimo tego, że do kościoła zaglądam sporadycznie, prowadzona bardziej okazją niż potrzebą. Tak się wtedy czułam. Mocno przybita i całkowicie zagubiona. I pewnie dalej tkwiłabym w takim zaplątaniu, gdyby nie fakt, że zmądrzałam, w porę i na szczęście. Nie znaczy to jednak, że wszystko mam w głębokim poważaniu, że na nic i nikogo nie zwracam uwagi. Nie. Wciąż się przejmuję i wciąż nie odpuszczam, potrafię walczyć jak lwica, gdy na czymś bardzo mi zależy, nawet jeśli komuś z boku może wydawać się inaczej. Różnica jest taka, że nauczyłam się czytać samą siebie, swoje marzenia i potrzeby i swój sposób widzenia świata. Wiem już, że regeneracja jest tak samo potrzebna jak sam trening. Nie ma nic złego w odpoczynku, o ile wiesz, że wrócisz.

Ważne jednak, by swoje marzenia spełniać dla siebie, nie dla innych. Nikomu nie chcę i nie muszę niczego udowadniać. Nie chcę i nie muszę być taka, jaką Ty chcesz mnie widzieć. Już nie. Na szczęście. Przecież tyle ludzików na świecie, każdy znajdzie kogoś dla siebie. 

Zauważyłam, że większość z nas idzie z prądem. Ślepo stąpa za tłumem i panującymi obecnie trendami. Nie zachwyca nas jakość, ale ilość lajków na facebooku i czerwonych serduszek na Insta. Im ich więcej, tym bardziej nam się podoba. Nic, że treść czy wygląd dalekie od naszego spostrzegania świata, ważne, że na innych to robi wrażenie, a jeśli tak jest to i my naciśniemy magiczny przycisk.

Wszędzie widzę takie same pokoje, urządzane na ślepo według zdjęć z Pinteresta. Moda przestaje zachwycać, bo ileż razy mamy wzdychać nad takimi samymi stylizacjami i włosami ułożonymi zgodnie z trendami. Stajemy się kopiami innych, tracimy samych siebie, ale zyskujemy grono fanów, bo pewne hasztagi sprzedają się jak świeże bułeczki.

Co chwila wyświetlają mi się te same reklamy, co drugi tekst jest tak samo wyświechtany i mocno przesłodzony. Jakie to mamy wspaniałe życie, przecudownego męża i jeszcze bardziej cudowne dziecko, ewentualnie dzieci. Nie, wad mi nie posiadamy, gardzimy nimi. Jesteśmy bardziej doskonali niż amerykańskie sweet komedie. Problemom też dziękujemy, o gorszych dniach zapominamy, a tym całym szczęściem podzielimy się w internecie. Niech inni zazdroszczą i wpadną w depresję. Nam będzie lepiej tym bardziej, bo nic nie buduje tak naszego szczęścia jak nieszczęście innych.

Ewentualnie idziemy w kierunku drugimi. Krytykujemy wszystko i wszystkich. Od wyglądu po wiedzę. Nie odpuścimy, trzeba po kimś pojechać, by trochę się podnieść na duchu, swoje własne „ja” wynieść jak najwyżej. Szpila wsadzona, dzień udany.

Przestaje mnie to bawić, a im mniej mnie śmieszy i zachwyca, tym bardziej drażni, a ja mam ochotę iść w przeciwnym kierunku, jak ta lala na przekór innym. Mam wrażenie, że tylko tak zdołam utrzymać własne ja na powierzchni. Może nie doskonałe, ba, na pewno nie, ale przynajmniej własne, a to dla mnie najcenniejsze.