img_1731

Energylandia

Rok szkolny dopiero się zaczął, a my już wyruszyliśmy na wagary. Bez żadnych wyrzutów sumienia. Mała przygoda na zakończenie wakacji. Ostatnie naładowanie baterii.
Na wagary zabieramy przyjaciół. Spotykamy się o świcie bo przed nami lekko ponad 300 km. Kierunek Energylandia i Kraków. Weekend zapowiadają gorący, to chyba ostatnie takie ciepłe dni. Trafiliśmy idealnie, w lato nie było takiej pogody. Fajni ludzie, fajna pogoda, fajne miejsce, lepiej być nie może. Ruszamy.
Docieramy ok 11. W parku rozrywki już tłumy. Nie dziwi nas to, to nasza druga tu wizyta i wiemy, że warto wrócić, tym bardziej, że Sue urosła i doszły nowe atrakcje. Od wejścia szaleństwo. Dzieciakom oczy latają, Sue wciąż przeżywa poprzednią wizytę, porównuje, wie, gdzie chce znowu jechać. Dorośli nie lepiej, za naszych czasów nie było takich atrakcji, nie dziwne więc, że też chcemy skorzystać. Ja mniej. Skusiłam się na dwie delikatne atrakcje, a i tak choroba lokomocyjna dała o sobie znać. Zostało mi stanie na dole i pilnowanie rzeczy, ale i tak bawiłam się super. Ich zadowolenie jest dla mnie mega pozytywnym kopem, jesteśmy razem, to najważniejsze.
Córka mnie zaskakuje. Zauważyłam już wcześniej, że zrobiła się mniej wstydliwa, bardziej odważna, ale to co pokazała mi w Energylandii, wyrywa mnie z butów. Kiedyś musieliśmy Ją wszędzie pchać, praktycznie na siłę. Teraz wyrywa się sama, czasem potrzebuje lekkiego bodźca, czasem lekko się boi, ale idzie. Powtarza jak mantrę to, co tyle lat słyszała od nas. Czyli jednak nie było to puste gadanie. Kiedy wchodzi na Formułę mimo stresu, czuję wielką dumę. Mąż mówi, że w połowie krzyczała, że się boi, ale dała radę, pokonała strach. Nie mogę wyjść z podziwu. W nagrodę i na zachętę, by w przyszłości była w stanie też pokonać swoje słabe strony, dostaje od nas nagrodę, wymarzone Monopoly z Energylandii. Zawsze staramy się Ją nagradzać za rzeczy wielkie dla Niej. Taki kop motywacyjny :) .
Z parku wychodzimy na sam koniec, a i tak czujemy lekki niedosyt. Skorzystałoby się pewnie jeszcze z kilku atrakcji, no ale, siła wyższa. Nie ma co żałować. Za kilka lat znowu wrócimy :) . Polecamy, dla dużych i małych, na wagary, i nie tylko 😉
A teraz jedziemy do Krakowa. Tam też jest pięknie :)

img_1703 img_1735 img_1750 img_1759 img_1771

Z pogodą nie kłamali.  Było pięknie. Orzeźwienie chwilowe i można działać dalej 

img_1805

Ten Pan nas rozczulił. Miał gdzieś różowy samochodzik i wiek. Cały czas był uśmiechnięty. Widać, że dobrze się bawił. Chcę w Jego wieku też mieć  głęboko wszelkie granice i to takie bardzo znane „już mi nie wypada”. Drogie babcie. Drodzy dziadkowie. Bierzcie przykład. WYPADA !!!!!!

img_1919Poszukiwanie skarbów musieliśmy odwiedzić znowu. Na poprzedniej wizycie, przy wrzucaniu piasku, mąż przemycił 5 zł. Radość córki, bezcenna. W tym roku powtórzyliśmy.
Jej krzyk: ” Mamusiu, znowu znalazłam 5 zł”, miód na me serce :)

img_1965 img_1978

Tu gdzieś jest moja mała córeczka !!!!!!! :)

img_1980 img_1993 img_2011

Dziękujemy. Było super.  Czekamy na nowe atrakcje i wracamy :)img_2030

baby-feet-836867_1920

Nie Ten Czas

Mój brat jest dwanaście lat ode mnie starszy. Te 12 lat, dawno temu, było dla nas przepaścią, wtedy nie do przejścia. Inne zainteresowania, inne problemy, inne spojrzenie na świat. Rządził mną jak chciał, rozkazywał. Był takim zastępcą taty, którego niestety nie miałam. Denerwowałam go ostro. Taka śmierdząca gówniara, wiecznie pałętająca się pod nogami. Trudno, żeby zbuntowanego piętnastolatka nie denerwowała marudząca trzyletnia smarkula. Życie.

Trochę lat minęło, to co złe poszło w zapomnienie, różnica zaczęła się zacierać, prawie jej nie widać. Ok. On dalej jest starszy i brzydszy, tu nic się nie zmieniło 😉 . A poza tym siedzimy razem przy stole, mamy podobne problemy, podobne spojrzenie na świat. Pijemy razem wódkę i razem żartujemy. Oboje uwielbiamy sarkazm. Już się Go nie boję i nie słucham. Jestem tak samo dorosła jak On. Możemy iść razem na imprezę i razem oglądać wiadomości w tv. Jak brat z siostrą. Na równi. Nie czujemy już tych lat dwunastu. To tak jakby ich nie było. Bo dwanaście lat to w sumie mało.

Na początku myślałam, że to jakiś kolejny wirus puszczany na fb. Wiecie, szokujący tytuł równa się dobra klikalność i dziadostwo się rozprzestrzenia. Ominęłam myśląc, że tytuł jest naprawdę dobry. Po chwili widzę go znowu, i znowu. Patrzę na portal, który to zamieścił i myślę sobie, to nie wirus, to jakaś wiadomość z kontrowersyjnym tytułem. Nabrałam się już na to kilka razy, tytuł swoje a treść swoje. Zero powiązania. Liczą się liczby odsłon, tytuł ma zachęcać, treść może być taka sobie. Klikam. Czytam. I co??? Dawno nie byłam tak mocno zdziwiona i zszokowana. 12- letnia matka rozłożyła mnie na łopatki.

Nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić. Jak taka mała dziewczynka, której w głowie wciąż powinny siedzieć zabawy i problemy dziecięcego świata, mogła zajść w ciążę? Jej psychika, jej ciało, takie nieprzygotowane. Czytałam komentarze lekarzy o porodzie, sami wypowiadali się w szoku i z nutą współczucia. Bo w tej całej patologicznej sytuacji, warto dać czas na ostudzenie buntu i buzujących myśli i zwyczajnie współczuć dziewczynce, że ktoś jej odebrał dzieciństwo, zmusił do bólu i mocno nadwyrężył psychikę. Ona nie była gotowa, to pewne. Nikt jej nie uświadomił, nie nauczył, nie ostrzegł.

Internet i telewizja huczą, szukają winnych, chcą kogoś oskarżyć, pomijając oczywiście debila, który współżył z dzieckiem. On dostanie kilka lat, to nic w porównaniu z całym życiem matki i dziecka. Oprócz niego trzeba jeszcze kogoś znaleźć, obwinić. System im nachodzi na myśl, jedna lekcja tygodniowo w szkole ma załatwić sprawę i zmyć cały ciężar z barków rodziców czy opiekunów w domu dziecka. Po sprawie. Można iść dalej.

Mamy tendencje do obwiniania innych i zwalania na nich odpowiedzialności za nasze czyny. Jeśli sprawa tyczy się naszych dzieci, niegrzecznej młodzieży, obwiniamy system. Bo za mało lekcji, bo jednak gimnazjum to zło i dziecko zwariowało. A jednocześnie, przy całym tym obwinianiu, boże broń, by jakaś nauczycielka na nasze dziecko krzyknęła, zwróciła uwagę, bo w sekundzie skarga do szkoły płynie. Kochani rodzice, jedno zaprzecza drugiemu.

A teraz Was oświecę i prawdą plunę. Za nasze dzieci jesteśmy odpowiedzialni my, RODZICE. To MY mamy wychowywać nasze dziecko. To MY mamy im pokazywać co jest dobre a co złe. To MY wyznaczamy im granice. To MY uczymy, albo i nie, mówić dzień dobry, dziękuję, przepraszam. To MY mamy dziecku pokazać pasję i nauczyć chęci do działania. To MY mamy nauczyć szacunku do ludzi i siebie samego. To MY uczymy miłości i nienawiści. To MY mamy nauczyć ich życia. I to MY jesteśmy od tego, by rozmawiać z dzieckiem o seksie. Uczyć je, uświadamiać, przygotowywać.

Kiedy mówię znajomym, że otwarcie gadam z Sue o seksie, są zdziwieni, widzę to na ich twarzach. Ich oczy zdają się pytać, jakim prawem gadam z gówniarą o seksie? Nie wstydzę się? To nie czas przecież. Seks jest dla dorosłych, pod kołderką, przy zgaszonym świetle. I tylko ciii, nie mów nikomu, że uprawiam, bo wstyd. Tak, seks jest dla dorosłych, ale nie jest złem i wstydem. Nie powinien też być tematem tabu. O seksie trzeba z dzieckiem gadać, adekwatnie do wieku, na tyle, ile jest w stanie pojąć w danym momencie. Jak zadaje pytanie, odpowiadać prawdą. Nie wymyślać historyjek i nie odsyłać do swojego pokoju. Wiesz mamo, może w tym momencie to Cię obruszy albo i wkurzy, ale Twoje dziecko też kiedyś będzie seks uprawiało. I uwierz mi, lepiej, żeby zrobiło to później i bardziej świadomie. Nie zwalaj więc winny na system, nie wymagaj od szkoły, że nauczy Twoje dziecko o antykoncepcji. Od tego jesteś Ty. Szkoła jest tylko dodatkiem, małą przygodą w całym procesie wychowawczym naszych dzieci. I owszem, fajnie jak pomaga, ale nie odwali za nas całej roboty. Skoro zdecydowaliśmy się na dziecko, wychowujmy je.

Nie wiem, nikt nie wie, co się stanie z tą dziewczynką i jej dzieckiem. Jak potoczą się jej losy. Wiem, że bardzo jej współczuję, że nie miała przy sobie nikogo, kto by się nią interesował. Kto by pytał o szkołę, koleżanki, dziecięce problemy i wielkie marzenia na dorosłość. Wtedy pewnie, zamiast w szpitalu, siedziałaby w domu, otulona matczyną miłością……

Szkoda.

img_3685

After Bez Siebie Nie Przetrwamy

52/2016 #14

Z książkami mam tak, że jak zaczynam to kończę. I nawet jak mnie książka nie wciągnie, jak mnie lekko męczy, to czytam do końca, no dobra, z jednym wyjątkiem. Ulissesa nie dałam rady, a naprawdę, starałam się, siedem razy!!!!!! Poległam. W innych przypadkach wygrywałam, ciągnęłam, czasem naprawdę długo, ale przeczytałam do końca.

Tak było z ostatnią książkę, męczyłam, męczyłam, aż zmęczyłam. I mimo tego, że okładka zachęca napisem „największy fenomen wydawniczy tego roku”, to dla mnie to się lekko z prawdą mija, chyba, że fenomenem jest to, że ktoś się zdecydował tę książkę wydać. Innego fenomenu nie dostrzegam. Opowieść się ciągnie jak flaki z olejem, przy kolejnych wydarzeniach mam wrażenie, że to już było, a opisy sytuacji i całego krajobrazu wokół nie mają końca. Przekleństwa wplecione jakby na siłę, lekko połączone z kopią 50 twarzy Grey’a, to już było!!!! A pewne zdarzenia pojawiały się nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Koniec jest najlepszy, mocno przyspieszony, kilka lat opisanych na kilku kartkach, śmiesznie, w porównaniu z tym, że wcześniej akcja miała żółwie tempo. To tak, jakby autorka się zmęczyła i zakończyła na siłę, żeby jakiekolwiek zakończenie mieć. A mnie właśnie dopiero to zakończenie zainteresowało, chociaż nie jakoś specjalnie, tak leciutko, na tyle, że przyspieszyłam, tak jak autorka, byleby tylko mieć już tę książkę za sobą. A, mowa o „After Bez siebie nie przetrwamy”. Nie polecam.

img_3686

img_0861

Złomowisko Przy Czołgu

Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że pojadę na złomowisko. Po pierwsze, nie ma tam nic, co mogłoby mnie zainteresować, po drugie mam córkę, która złomem zainteresowania też nie wykazuje. Byłam więc pewna, że moja noga nigdy w takim miejscu nie postanie. A tu proszę, pewnego dnia przyjaciółka mówi, że jest w Pruszkowie takie jedno trochę inne złomowisko, gdzie stal dostaje nowe życie i powstają z niej figury przeróżne. Że my na miejscu siedzieć nie lubimy, żem ciekawi takich zjawisk, i że do Pruszkowa daleko nie mamy, to wsiedlim w samochody i pojechalim w kierunku Złomowiska przy czołgu.

Po pierwsze, Złomowisko przy czołgu rzeczywiście znajduje się na złomowisku. Taka ciekawostka. Bo jechałam i przez całą drogę zastanawiałam się jak to wyglądać będzie. A tu proszę, naprawdę centralnie na złomowisku, w jakimś tam pomieszczeniu znajduje się NIESAMOWITA wystawa. Wystawa, której zapewne nikt by się w takim miejscu nie spodziewał. Zwierzęta, roboty, pojazdy, bajkowe stwory i prawdziwe gwiazdy to wszystko wykonane ze stali, z wielką dbałością o detale ( patrz ostatnie zdjęcie ), z ogromną starannością, z wykorzystaniem wszystkich możliwych stalowych przedmiotów. Stoją i cieszą oko. I przy każdej takiej figurze stajesz, patrzysz i wyjść z podziwu nie możesz, że ktoś wpadł na taki pomysł, że to stworzył, że ogromnie się napracował ( wykonanie samochodu zajęło 8 miesięcy ). Wielkim plusem wystawy jest możliwość dotykania eksponatów i wsiadania do samochodów. To wielka frajda, zwłaszcza dla dzieciaków, chociaż muszę przyznać, że i nam się udzieliło. To jedna z nielicznych wystaw, gdzie wracałam do eksponatów i oglądałam je kolejny raz, nie mogąc nacieszyć oka. I to jedna z tych, gdzie wrócimy, zobaczyć kolejne cuda, które mają pojawić się jeszcze we wrześniu. Złomowisko przy czołgu szczerze polecamy, dużym i małym, chłopcom i dziewczynkom, bo tu każdemu podobać się będzie. Jedźcie i podziwiajcie 😉

1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 19 20 21 22 23 24 25

 

 Złomowisko przy czołgu

Pruszków ul. Przejazdowa 17