first-holy-communion-2261126_1920

A Dajcie Już Sobie Spokój Z Tą Komunią

Z mojej komunii pamiętam stres. Byłam wybrana do mówienia w kościele jakiejś modlitwy. Wtedy chyba pierwszy raz w życiu poczułam strach. Modlitwę powiedziałam, a wspomnienie tej chwili zostało we mnie na zawsze, raczej jako mało przyjemne, chociaż wtedy czułam się wyjątkowo, jako jedna z tych wybranych. Pamiętam jeszcze piękną sukienkę, którą mama zamawiała w Koninie, położonym ok 300 km od mojego rodzinnego miasta!!!! Sukienka była cudna i czułam się w niej wyjątkowo. Sprzedała się dokładnie w momencie, kiedy opuściłam kościół. Dobrze chociaż, że nabywcy pozwolili mi w niej pochodzić na biały tydzień. Czyste szaleństwo!!!. A, i pamiętam jeszcze prezenty. Długopisy z kalkulatorem, złoto i zegarek. Pamiętam też gości u mnie w domu i zabawy z dzieciakami pod blokiem. I to by było na tyle z moich komunijnych wspomnień.

W ogóle nie wiedziałam po co tak naprawdę mi ta komunia. Ksiądz nam pewnie tłumaczył, ale sorry, dziewięciolatkowi to możesz sobie tłumaczyć ewentualnie jak rośnie róża, a nie zawiłe sekrety wiary. Bardziej pewnie byłam skupiona na całej oprawie pozakościelnej, jak wszystkie moje koleżanki i koledzy, a nie na tym, kogo i po co przyjmuję do mojego serduszka. Poszłam do komunii, bo w tej wierze byłam chowana i tyle, większego sekretu nie ma.

Córkę puściłam z tego samego powodu, uznałam, że komunia w niczym Jej nie przeszkodzi. Jak tam kiedyś sobie panienka zamarzy za mąż wyjść i przed Bogiem przysięgać, to martwić się o sakramenty nie będzie musiała. A jak zapragnie zostać buddystką, to też proszę cię bardzo, komunia Jej w tym na pewno nie przeszkodzi. Puściłam też ze względu na babcie. Coś tam im się należy. Skoro tak bardzo im się marzyła wnusia w białej sukience to zobaczyły, przeżyły, łezkę z oka wytarły. Mi krzywda się z tego powodu nie stała. No i puściłam, bo córka iść chciała. Normalnie się Jej o zdanie spytałam, wyraziła chęci, to proszę Cię, idziesz. Nie będę nikomu makaronu na uszy nawijać, jak to moje dziecko uduchowione było, jak wiele z tego wszystkiego zrozumiało, bo na pewno wiele nie zrozumiała, oprócz pewnie tego, że modlitwy u księdza zaliczyć musiała, z których, tak swoją drogą, też niewiele ogarnia. Wszystko. Nic się nie zmieniło od czasów moich, oprócz prezentów może.

I uwaga, jeśli myślisz, że zacznę tu narzekać, że wariactwo i bogactwo itd., to muszę Cię rozczarować. Nie będę. Idę zwyczajnie przez życie i jestem w stanie zauważyć, że świat nam się trochę zmienia i rozwija. W moich czasach też się na prezenty czekało, też się miało swoje marzenia, też się kasę po przyjęciu liczyło i też się chwaliło. I też były wśród nas osoby biedniejsze i takie, które niezłe bogactwo w tym dniu otrzymało. Życie, od zawsze takie samo, pewnie mało sprawiedliwe, ale takie już jest. Z tą różnicą, że moja mama bawiła się lalką drewnianą, w moich czasach była już Barbie, a lalki mojej córki ruszały nogami, rękami, skrzydłami i czym tam jeszcze popadnie. Ot, cała tajemnica, rozwój. Dla mojej mamy też było niewiarygodne, że mam Barbie na rowerze, a dla mnie? Fajna lalka, ale czy jest naprawdę aż tak warta tych wszystkich zachwytów. Ja ich nie rozumiałam w ogóle, w moich dziecięcych czasach była to i może fajna zabawka, ale dla mojej mamy to chyba był jakiś kosmos.

I teraz mamy to samo, z tą różnicą, że sami jesteśmy rodzicami, nagle tacy dorośli i poważni, no i teraz to my przejęliśmy wydatki naszych rodziców i zwyczaje chyba też, bo ponarzekać i pomądrzyć się trzeba. Ano nie trzeba. Świat się zmienia i rozwija. Przychodzi nowe. I moim zdaniem lepiej nauczyć się z tym żyć, bo pewne rzeczy są nieuniknione. Kiedyś chrzestni składali się nie rower, teraz składają się na laptopy lub inne cuda, bo rowery nasze dzieci już dawno mają. Czy jest w tym coś złego? Nie jestem do końca przekonana, przecież sami się napędzamy.

Kupujemy coraz to nowsze cuda techniki i wśród nich wychowujemy dzieci. Od małego wciskamy im bajeczne zabawki, dajemy, dla chwili spokoju, tablety i telefony, a potem się dziwimy i mocno bulwersujemy, że nasze dzieci w głębokim poważaniu mają „wielkie” przesłanie komunii i marzą tylko o nowym telefonie, tablecie czy czymś tam jeszcze, co jest na czasie pociechy w tym wieku.

Naszym zdaniem dzieci mają teraz wszystko, normalnie bajka. Ale tak wracając do naszych dziecięcych czasów to samo słyszałam od mojej mamy i babci. Patrzyły się wielkimi oczami na otaczający mnie świat i wspominały swoje dzieciństwo. Ich wspomnienia zawsze kończyły się tak samo: „ Jakbym teraz chciała być dzieckiem……”. Z czystym sumieniem i prawdą rzucaną Ci w oczy powiem to samo. Wchodzę do sklepu z zabawkami i marzę by choć na krótki czas przenieść się w świat mojej córki.

Teraz tylko jedno, tak naprawdę różni nas od tamtych lat. Fora internetowe, na których ponarzekać sobie można. Można też zgrywać matki świętoszki, które to chowają swoje dzieci prawie na poziomie amiszów. Ich pociechy nie wiedzą co to telefon ni tablet, a ten przypadkowo pokazany na wakacjach to jednak rodziny z boku. Hipokryzją jest też „ ja nie pozwolę żeby mojemu dziecku na tablet się zrzucać, mój syn chce do Rzymu pojechać, na wycieczkę będzie zbierać” i co druga mama: „ o super pomysł, dzięki, ściągnę za rok” HIPOKRYZJA, HIPOKRYZJA, HIPOKRYZJA!!!!!!!. Na wycieczkę to nie wstyd i nie grzech brać kasę od rodziny, ale na tablet to już zjechać błotem trzeba i do spowiedzi czym prędzej się udać. HIPOKRYZJA !!!!!!

I dla tych, których tak bardzo rażą komunijne prezenty, mam rozwiązanie. Wystarczy na zaproszeniu napisać, że DZIECKO prosi o prezenty skromne, typu książka, maskotka, może jakaś kolorowanka, ewentualnie od chrzestnych bardziej na bogato, niech się złożą i medalik złoty kupią. Goście zaproszeni na pewno będą zadowoleni, rodzice pewnie też, skoro nie lubią dzisiejszych czasów, za dziecko się nie wypowiem. Zamiast narzekać, da się moi drodzy, jeśli tylko chcecie, oczywiście 😉

Ps. Nie, wycieczka do Rzymu czy Watykanu nie jest skromnym prezentem, nawet jeślibyście mieli po drodze spotkać samego Papieża. Nie kupuję tej bajki.

5

Warszawa Dzieciom – Papugarnia Carmen

Papugarnia Carmen to całkiem świeże miejsce na warszawskiej mapie dziecięcej, a już cieszy się ogromnym powodzeniem. Na facebooku co chwila pojawiają się uśmiechnięte dzieciaki, i nie tylko, z papugą na ręce czy głowie, które skutecznie zachęcają kolejnych znajomych i znajomych znajomych do odwiedzenia tego miejsca. Z nami nie było inaczej. Wystarczyło „Dzień dobry tvn” a wiedzieliśmy, że koniecznie musimy tam zawitać, raczej wcześniej niż później, bo my z tych, którzy na miejscu rzadko kiedy siadają. Zdjęcia znajomych i ich opinia tylko podsyciły naszą ciekawość, i tak oto zdjęcie uśmiechniętej Sue z papugą powiększyło galerię na facebooku.

Nam podobało się od samego początku. Krótkie i konkretne instrukcje od Pana na dzień dobry, kupiony bilet, karma i kilka drobiazgów i byliśmy gotowi zobaczyć kolorowy świat na żywo. Pierwsze wrażenie WOW. Po zwiedzaniu miejsc, gdzie zwierzęta to się ogląda i za nic na świecie nie wolno ich ni dotknąć ni nakarmić, te wolne ptaki latające nad nami naprawdę robią robotę. Musieliśmy chwilę się oswoić, wyłapać odpowiedni moment i sposób na zachęcenie papug do nas i później poszło. A poszło tak, że jeszcze w trakcie Sue się pytała, czy jeszcze tu wrócimy. Nie wiedzieliśmy gdzie się patrzeć, które łapać, bo wszystkie strasznie nam się podobały. Oczywiście najbardziej przykuwają wzrok te duże, ale te mniejsze też są cudne. Część z nich mocno wprawiona w boje i w głębokim poważaniu ma ludzkie towarzystwo, bierze sobie pojemniczek w dziób i tyle ją widzieli. Była też taka jedna, co to nikt z nią nie wygrał. Wszystkich dziobała, wszystkim karmę zabierała, charakterek pierwsza klasa, to pewnie dziewczyna 😉

A tak ogólnie, pomijając, chyba już oczywiste zachwyty, papugi, po krótkim wywiadzie z sympatycznymi pracownikami, najlepiej odwiedzać zaraz po otwarciu lub przed samym zamknięciem. Nie ma wtedy tłumów, a i ptaki są chętniejsze na zaczepki. Zasypiają najczęściej w godzinach 13-17 i wówczas są najmniej chętne na karmienie, chociaż, jeśli czas nas trochę ogranicza, to obojętnie o której godzinie i tak warto tam zajrzeć.

Papugarnia Carmen to miejsce dla wszystkich, bez żadnych ograniczeń wiekowych. Spokojnie spodoba się zarówno młodszym jak i starszym, a wcale nie jestem pewna komu bardziej ;). Czystko, miło, ciekawie i przyjemnie. Życzymy tylko, żeby Papugarnia poziom utrzymała, a na pewno będzie jednym z najbardziej lubianych miejsc w Warszawie. My wrócimy na pewno :)

1 2 3 4 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 20 21

woman-975339_1920

Matka Matce ???

I po jaką cholerę ze sobą walczymy ?

Ile matek, tyle opinii i tyle sposobów na wychowywanie dziecka. I ile matek, tyle jadu w internecie. Męczy mnie to już przeokrutnie i mam pomysł dla nas mam wszystkich, żeby zająć się sobą i swoim dzieckiem, a innym matkom dać spokój, niech sobie chowają po swojemu. Przecież nikt nie lubi, kiedy mu się z buciorami do domu wchodzi. Więc moje cztery kąty, moja rodzina i moja sprawa. Jak będę chciała rady to o zdanie spytam lub poszukam se w książce, gazecie, necie. Gdziekolwiek.

Są jednak pewne wyjątki, kiedy jak najbardziej trzeba się wpieprzyć i zainterweniować. Kiedy pojawia się alkohol, przemoc i ewidentne zaniedbanie. Nie gadaj jednak wtedy z matką, bo z taką pewnie gadać nie ma o czym, ale dzwoń tam, gdzie trzeba. Ty będziesz miała czyste sumienie a dziecko pewnie życie spokojniejsze. Bo o ile się mówi, że dziecko najbardziej chce być przy matce, to pewnie tak jest, bo innego życia nie zna, ale kiedyś, w przyszłości, będzie wdzięczne, że ktoś zauważył i pomógł. Ale mamo droga w innych przypadkach, gdy Tobie zwyczajnie się widzi inaczej, daj sobie spokój i daj spokój innej matce.

Jestem kompletnie zafiksowana na macierzyństwie. Skoro zdecydowałam się na bycie matką, chcę tę rolę zagrać jak najlepiej. Mam więc swoje mocne zasady, których nie łamię i których mocno się trzymam. W tej kwestii podejście do wychowania dziecka mamy z mężem takie same, na szczęście więc u nas problemu nie ma. On pojawia się gdzie indziej, kiedy innej matce nie podoba się to jak chowam swoje dziecię i rzuca komentarze zupełnie niepotrzebne. Ciśnienie mi wtedy wzrasta i rodzi się konflikt niepotrzebny, bo ja z tych, które milczeć zamiaru nie mają, kiedy ktoś czepia się z dupy strony. Dlatego taka złota rada, nie oceniaj, a oceniana nie będziesz.

Chociaż, przyznaję się bez bicia, sama kiedyś byłam tą, która swoje zdanie w kwestii wychowania wypowiadała głośno. Nie było po mojemu, to bach, słowotok. Na szczęście z czasem, kiedy sama kilka razy usłyszałam zupełnie mi zbędną opinię innych, zaczęłam uczyć się milczeć w pewnych momentach. Zdałam sobie sprawę, że przecież nie każdy musi tak jak ja, naprawdę. Gryzę się więc w język i wciąż uczę wielkiej sztuki, jaką jest milczenie. Nie obchodzi mnie więc jak wygląda Twoje dziecko, jak je ubierasz, jak wychowujesz, czym karmisz i jak organizujesz czas wolny. Mam to w głębokim poważaniu, bo wiem, że każdy z nas kiedyś zbierze owoce swojego macierzyństwa. Czas zweryfikuje.

A kiedy ktoś mnie pyta o radę? Odpowiadam. Mówię o tym, jak robimy my, czym się kierujemy i co jest dla nas ważne, bo nie chodzi o to, żeby milczeć, ale o to, żeby wiedzieć kiedy mówić. Nie boję się swojego zdania na temat słodyczy i wciskania na siłę maluchowi żarcia dla dorosłych, to nie małpa, ani żaden królik doświadczalny, na wszystko przecież przyjdzie czas. Potrafię powiedzieć co myślę o dzieciach przy „stole dorosłych”, o nauce, czapkach kiedy na dworze +100ºC, o kłótniach przy dziecku, o szacunku, wspólnym czasie i innych moich poglądach. To są mojej sprawy i przecież mogę o nich paplać, mogę o nich pisać i opowiadać wszem i wobec. A Ty wcale nie musisz się do nich stosować ani brać ze mnie przykładu. Jeśli Ci się podoba, bierz i owszem, jeśli nie, chowaj po swojemu i mnie nie oceniaj.

Zawsze lepiej dogadywałam się z chłopami. Oni nie mają problemu, gdy powiesz im coś do słuchu, jeśli taka konieczność następuje, potrafią 5 minut później wódki razem się napić. Oni nie czepiają się bez powodu i nie przejmują się głupotami. Skupiają się na sobie i swoim życiu, a na resztę mają równo….obojętnie. I tak sobie myślę, że zamiast się tych chłopów wiecznie czepiać, warto czasami wziąć z nich przykład i skupić się na sobie, swoich czterech literach i swoich dzieciach. Wyobrażasz sobie, jak świat stałby się piękniejszy ?

Tak może być, to wszystko jest do zrobienia. Zacznijmy od siebie. Nie komentujmy i nie dajmy komentować innym naszych sposób na macierzyństwo. Nie oceniajmy i nie traktujmy innych z góry. Niech każda ma możliwość robić po swojemu. Pewnie, że możesz mówić o swoich sposobach, jest wiele kobiet, które potrzebują rad. Jest jednak różnica w przekazie, że Ty nie dajesz swojemu dziecku coli a w krytyce matki, która poi tym swoją pociechę. Przecież to Jej dziecko i Jej sprawa. Czyż nie ?

17917756_10210879470761044_7442447453368745863_o

Żyj i daj żyć…..

Przeczytałam parę książek o bieganiu i pewnie z dwa razy więcej artykułów na ten temat. W prawie każdej pozycji przewijał się maraton, marzenie chyba każdego zagorzałego biegacza. I wiesz jaka jest różnica między maratonami za granicą a tymi u nas? Tam ludzie kibicują, stoją przy trasie, klaszczą, głośno dopingują uczestników, podają im wodę, pomagają jak mogą. A u nas??? Wieczne narzekanie, wielka tragedia, bo raz na chiński rok zamkną kilka ulic, no i biedaczek zakleszczony w domu, bo nie umie pojechać inną trasą. Nic, że o maratonie wiemy dużo wcześniej i wystarczy w necie sprawdzić jak się poruszać przez kilka godzin po mieście, ale nie szkodzi to wyzywać ludzi od debili i idiotów biegających po mieście i blokujących ulice. To się sam przebiegnij idioto 42 km a wtedy porozmawiamy…

Na maratony w swoim życiu trafiłam kilka razy, głównie przy okazji rowerowych wycieczek. Stawaliśmy wtedy na chwilę przy trasie, z wielkim podziwem obserwując tych, którzy mieli odwagę wystartować. Szacunek, to jedyne słowo jakie nasuwa mi się na myśl, kiedy myślę o ludziach, którzy dokonują takich rzeczy.

W tym roku pojechaliśmy na maraton w konkretnym celu. Mój brat, lekko dwanaście lat ode mnie starszy, postanowił zdobyć te marne 42 km. Dorwaliśmy Go pierwszy raz na 28 km. Byłam tak podekscytowana tym faktem, że miałam ochotę obdzwonić całą rodzinę, znajomych, a nawet porwać się na telefon do prezydenta i powiedzieć mu, żeby w cholerę rzucił te narty, niech zacznie biegać, przynajmniej będzie na miejscu ;). On pobiegł dalej, mój brat w sensie a nie prezydent, a my szybka kawa w rękę i kierunek Narodowy. Przecież wiedzieliśmy, że dobiegnie.

Z Wilanowa na stadion przejechaliśmy BEZ PROBLEMÓW. Nawet udało się mężowi samochód w pobliżu zaparkować. No i poszliśmy na metę brata witać. Tu już dało się odczuć fajną atmosferę i tego „debila co się od rana przez mikrofon drze”, taki cytat z internetu. Ludzie krzyczeli, dopingowali, aż i mi się udzieliło. Darłam się co chwila. Nic, że ludzi nie znałam, ale tuż przed metę taki doping jak najbardziej wskazany. Ale gdy zobaczyłam własnego, rodzonego brata, to jakieś takie fajne uczucie nie do opisania. I Zuzia, która kilka minut płakała ze wzruszenia, rozwaliła mnie całkowicie. Bo skoro dziewięciolatka zdaje sobie sprawę, że ten maraton to naprawdę wyczyn, to czego nie może pojąć dorosły człowiek???

A przed metę widziałam tych ludzi, którzy na sam koniec dostawali sił nadprzyrodzonych i sprintem wbiegali na metę. Widziałam kobiety, które wycierały łzy z policzków. Widziałam tych, którzy powłóczyli nogami i bili się w udo bo skurcz ich mocno paraliżował. Śmiem twierdzić, że na metę szli ostatkiem sił, ale ten tłum, który darł się wniebogłosy na pewno dodawał sił na te ostatnie metry. Widziałam dziadków, na oko będzie z siedemdziesiąt lat na karku, którym się kłaniam tak nisko jak się da. Widziałam ojców z wózkami i takich, którzy na sam finiszu brali swoje dzieci z tłumów i z nimi przekraczali metę. I widziałam biegacza, który upadał. W sekundzie znaleźli się przy nim sanitariusze, gotowi wynieść uczestnika na noszach. A On wstał i mimo bólu, ostatkiem sił, kulejąc, przekroczył ten wielki, na pewno wymarzony, napis. Okrzyki publiczności,  jakie temu towarzyszyły mi samej zmoczyły oczy.

Tych ludzi łączy pasja, chęć i odwaga do realizacji swoich marzeń, wielkie zacięcie i siła, niesamowita siła, która pozwala im dotrwać do końca. Ale mają oni przede wszystkim coś, czego brakuje niektórym, szczęście, zapewne mocno wybiegane, które daje im siłę by spełniać swoje marzenia, które mimo głupich komentarzy pozwala im z wielkim bananem na ustach przekroczyć magiczną linię. I tak, gdybym miała wybierać, wolę być idiotką blokującą ulicę, niż idiotką siedzącą na forach i wylewająca jad na tych, którzy robią w życiu coś, co kochają. Nie podcinajmy skrzydeł innym, niech fruną ze swoimi marzeniami, a my bierzmy przykład, że można i róbmy w życiu coś, co daje nam szczęście.

Żyj i daj żyć innym……

woman-1901702_1920

Bądź dobra dla siebie, nie tylko na wiosnę.

Kiedyś myślałam, że nie można odpuszczać. Każde „poddanie się” traktowałam jak porażkę, którą skrupulatnie kryłam przed innymi. Wstydziłam się, że nie dałam rady, tłumaczyłam każde odstępstwo, gotowa byłam pójść do spowiedzi, prosić o przebaczenie, mimo tego, że do kościoła zaglądam sporadycznie, prowadzona bardziej okazją niż potrzebą. Tak się wtedy czułam. Mocno przybita i całkowicie zagubiona. I pewnie dalej tkwiłabym w takim zaplątaniu, gdyby nie fakt, że zmądrzałam, w porę i na szczęście. Nie znaczy to jednak, że wszystko mam w głębokim poważaniu, że na nic i nikogo nie zwracam uwagi. Nie. Wciąż się przejmuję i wciąż nie odpuszczam, potrafię walczyć jak lwica, gdy na czymś bardzo mi zależy, nawet jeśli komuś z boku może wydawać się inaczej. Różnica jest taka, że nauczyłam się czytać samą siebie, swoje marzenia i potrzeby i swój sposób widzenia świata. Wiem już, że regeneracja jest tak samo potrzebna jak sam trening. Nie ma nic złego w odpoczynku, o ile wiesz, że wrócisz.

Ważne jednak, by swoje marzenia spełniać dla siebie, nie dla innych. Nikomu nie chcę i nie muszę niczego udowadniać. Nie chcę i nie muszę być taka, jaką Ty chcesz mnie widzieć. Już nie. Na szczęście. Przecież tyle ludzików na świecie, każdy znajdzie kogoś dla siebie. 

Zauważyłam, że większość z nas idzie z prądem. Ślepo stąpa za tłumem i panującymi obecnie trendami. Nie zachwyca nas jakość, ale ilość lajków na facebooku i czerwonych serduszek na Insta. Im ich więcej, tym bardziej nam się podoba. Nic, że treść czy wygląd dalekie od naszego spostrzegania świata, ważne, że na innych to robi wrażenie, a jeśli tak jest to i my naciśniemy magiczny przycisk.

Wszędzie widzę takie same pokoje, urządzane na ślepo według zdjęć z Pinteresta. Moda przestaje zachwycać, bo ileż razy mamy wzdychać nad takimi samymi stylizacjami i włosami ułożonymi zgodnie z trendami. Stajemy się kopiami innych, tracimy samych siebie, ale zyskujemy grono fanów, bo pewne hasztagi sprzedają się jak świeże bułeczki.

Co chwila wyświetlają mi się te same reklamy, co drugi tekst jest tak samo wyświechtany i mocno przesłodzony. Jakie to mamy wspaniałe życie, przecudownego męża i jeszcze bardziej cudowne dziecko, ewentualnie dzieci. Nie, wad mi nie posiadamy, gardzimy nimi. Jesteśmy bardziej doskonali niż amerykańskie sweet komedie. Problemom też dziękujemy, o gorszych dniach zapominamy, a tym całym szczęściem podzielimy się w internecie. Niech inni zazdroszczą i wpadną w depresję. Nam będzie lepiej tym bardziej, bo nic nie buduje tak naszego szczęścia jak nieszczęście innych.

Ewentualnie idziemy w kierunku drugimi. Krytykujemy wszystko i wszystkich. Od wyglądu po wiedzę. Nie odpuścimy, trzeba po kimś pojechać, by trochę się podnieść na duchu, swoje własne „ja” wynieść jak najwyżej. Szpila wsadzona, dzień udany.

Przestaje mnie to bawić, a im mniej mnie śmieszy i zachwyca, tym bardziej drażni, a ja mam ochotę iść w przeciwnym kierunku, jak ta lala na przekór innym. Mam wrażenie, że tylko tak zdołam utrzymać własne ja na powierzchni. Może nie doskonałe, ba, na pewno nie, ale przynajmniej własne, a to dla mnie najcenniejsze.

img_3601

Cześć Kraków

To był cudowny weekend. Dokładnie taki, jaki lubię. Skupiony wyłącznie na nas. Leniwym czasie, bez konieczności załatwiania nagłych spraw, bez odkurzacza, ścierki, miotełki do kurzu i innych ważnościach. Była piękna pogoda, cały dzień szaleństwa w Energylandii, zwiedzanie Krakowa i przyjaciele. Nic więcej do szczęścia nie było nam trzeba.

Drugi dzień przeznaczony był na Kraków. Żal nie skorzystać z odwiedzin tego pięknego miejsca, gdy jesteś tak blisko. Mieliśmy więc w planach spacerowanie od rana do nocy. Chcieliśmy zobaczyć jak najwięcej, nacieszyć się ostatnimi ciepłymi dniami.

Kraków zwiedzaliśmy jak turyści, zahaczaliśmy o miejsca najbardziej znane i najbardziej oblegane. Dawno nas tu nie było, musieliśmy trochę sobie odświeżyć, zresztą, jesteśmy tu tak rzadko, że możemy na Stare Miasto chodzić za każdym razem. Jest piękne, zwłaszcza wieczorem.

Zaczęliśmy nasz spacer od Placu Matejki, następnie przespacerowaliśmy się na Stare Miasto, skąd udaliśmy się na małą przejażdżkę bryczką. Po powrocie krótki spacer, a następnie kierunek Wawel. Pokazaliśmy dzieciakom smoka i długim spacerkiem udaliśmy się na obiad. Chwila odpoczynku, po takim łażeniu naprawdę się należał, i dalej w drogę. Pojechaliśmy odwiedzić koty w kociej kawiarni i znowu na Stare Miasto, po zmroku wygląda naprawdę cudnie, warto to zobaczyć, mimo zmęczenia. Dzień był intensywny, całodzienny spacer i dość upalny dzień dały się we znaki, muszę przyznać, że lekko zmęczeni wracaliśmy do domu, ale tak pozytywnie. Takie zmęczenie jest fajne.

Drugi dzień był trochę spokojniejszy, bo wracaliśmy już do Wawy, ale na pewno też bardziej upalny. Z racji pogody i powrotu, postanowiliśmy zwiedzić tylko Ogród Doświdczeń i zobaczyć, tak szeroko zachwalaną, klubokawiarnię Forum Przestrzenie. Powiem szczerze, oba te miejsca spodobały nam się bardzo i spokojnie można je wpisać na listę miejsc, które warto w Krakowie zobaczyć.

Kraków jest piękny, to nie ulega wątpliwości. I mamy takie postanowienie, że będziemy tam wracać częściej, tym bardziej, że jeszcze mamy tam sporo do zobaczenia.

img_2049 img_2069 img_2179 img_2232 img_2244 img_2245 img_2256 img_2271 img_2276 img_2312 img_2320 img_2349 img_2376 img_2390 img_2409 img_2446 img_2514 img_2551 img_2567 img_2573 img_2579-horz img_2627 img_2631 img_2637 img_2680 img_2859-horz img_2887 img_2981 img_3049 img_3064 img_3086 img_3094 img_3143 img_3180 img_3204 img_3211 img_3216 img_3247 img_3257-tile img_3276 img_3306 img_3312 img_3313 img_3321 img_3327-tile img_3340-tile

img_3388 img_3403 img_3427 img_3463 img_3483 img_3503 img_3530 img_3548 img_3580 img_3594 img_3604 img_3610 img_3612 img_3614 img_3618 img_3632 img_3634 img_3666

img_1731

Energylandia

Rok szkolny dopiero się zaczął, a my już wyruszyliśmy na wagary. Bez żadnych wyrzutów sumienia. Mała przygoda na zakończenie wakacji. Ostatnie naładowanie baterii.
Na wagary zabieramy przyjaciół. Spotykamy się o świcie bo przed nami lekko ponad 300 km. Kierunek Energylandia i Kraków. Weekend zapowiadają gorący, to chyba ostatnie takie ciepłe dni. Trafiliśmy idealnie, w lato nie było takiej pogody. Fajni ludzie, fajna pogoda, fajne miejsce, lepiej być nie może. Ruszamy.
Docieramy ok 11. W parku rozrywki już tłumy. Nie dziwi nas to, to nasza druga tu wizyta i wiemy, że warto wrócić, tym bardziej, że Sue urosła i doszły nowe atrakcje. Od wejścia szaleństwo. Dzieciakom oczy latają, Sue wciąż przeżywa poprzednią wizytę, porównuje, wie, gdzie chce znowu jechać. Dorośli nie lepiej, za naszych czasów nie było takich atrakcji, nie dziwne więc, że też chcemy skorzystać. Ja mniej. Skusiłam się na dwie delikatne atrakcje, a i tak choroba lokomocyjna dała o sobie znać. Zostało mi stanie na dole i pilnowanie rzeczy, ale i tak bawiłam się super. Ich zadowolenie jest dla mnie mega pozytywnym kopem, jesteśmy razem, to najważniejsze.
Córka mnie zaskakuje. Zauważyłam już wcześniej, że zrobiła się mniej wstydliwa, bardziej odważna, ale to co pokazała mi w Energylandii, wyrywa mnie z butów. Kiedyś musieliśmy Ją wszędzie pchać, praktycznie na siłę. Teraz wyrywa się sama, czasem potrzebuje lekkiego bodźca, czasem lekko się boi, ale idzie. Powtarza jak mantrę to, co tyle lat słyszała od nas. Czyli jednak nie było to puste gadanie. Kiedy wchodzi na Formułę mimo stresu, czuję wielką dumę. Mąż mówi, że w połowie krzyczała, że się boi, ale dała radę, pokonała strach. Nie mogę wyjść z podziwu. W nagrodę i na zachętę, by w przyszłości była w stanie też pokonać swoje słabe strony, dostaje od nas nagrodę, wymarzone Monopoly z Energylandii. Zawsze staramy się Ją nagradzać za rzeczy wielkie dla Niej. Taki kop motywacyjny :) .
Z parku wychodzimy na sam koniec, a i tak czujemy lekki niedosyt. Skorzystałoby się pewnie jeszcze z kilku atrakcji, no ale, siła wyższa. Nie ma co żałować. Za kilka lat znowu wrócimy :) . Polecamy, dla dużych i małych, na wagary, i nie tylko 😉
A teraz jedziemy do Krakowa. Tam też jest pięknie :)

img_1703 img_1735 img_1750 img_1759 img_1771

Z pogodą nie kłamali.  Było pięknie. Orzeźwienie chwilowe i można działać dalej 

img_1805

Ten Pan nas rozczulił. Miał gdzieś różowy samochodzik i wiek. Cały czas był uśmiechnięty. Widać, że dobrze się bawił. Chcę w Jego wieku też mieć  głęboko wszelkie granice i to takie bardzo znane „już mi nie wypada”. Drogie babcie. Drodzy dziadkowie. Bierzcie przykład. WYPADA !!!!!!

img_1919Poszukiwanie skarbów musieliśmy odwiedzić znowu. Na poprzedniej wizycie, przy wrzucaniu piasku, mąż przemycił 5 zł. Radość córki, bezcenna. W tym roku powtórzyliśmy.
Jej krzyk: ” Mamusiu, znowu znalazłam 5 zł”, miód na me serce :)

img_1965 img_1978

Tu gdzieś jest moja mała córeczka !!!!!!! :)

img_1980 img_1993 img_2011

Dziękujemy. Było super.  Czekamy na nowe atrakcje i wracamy :)img_2030