After Bez Siebie Nie Przetrwamy

52/2016 #14

Z książkami mam tak, że jak zaczynam to kończę. I nawet jak mnie książka nie wciągnie, jak mnie lekko męczy, to czytam do końca, no dobra, z jednym wyjątkiem. Ulissesa nie dałam rady, a naprawdę, starałam się, siedem razy!!!!!! Poległam. W innych przypadkach wygrywałam, ciągnęłam, czasem naprawdę długo, ale przeczytałam do końca.

Tak było z ostatnią książkę, męczyłam, męczyłam, aż zmęczyłam. I mimo tego, że okładka zachęca napisem „największy fenomen wydawniczy tego roku”, to dla mnie to się lekko z prawdą mija, chyba, że fenomenem jest to, że ktoś się zdecydował tę książkę wydać. Innego fenomenu nie dostrzegam. Opowieść się ciągnie jak flaki z olejem, przy kolejnych wydarzeniach mam wrażenie, że to już było, a opisy sytuacji i całego krajobrazu wokół nie mają końca. Przekleństwa wplecione jakby na siłę, lekko połączone z kopią 50 twarzy Grey’a, to już było!!!! A pewne zdarzenia pojawiały się nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Koniec jest najlepszy, mocno przyspieszony, kilka lat opisanych na kilku kartkach, śmiesznie, w porównaniu z tym, że wcześniej akcja miała żółwie tempo. To tak, jakby autorka się zmęczyła i zakończyła na siłę, żeby jakiekolwiek zakończenie mieć. A mnie właśnie dopiero to zakończenie zainteresowało, chociaż nie jakoś specjalnie, tak leciutko, na tyle, że przyspieszyłam, tak jak autorka, byleby tylko mieć już tę książkę za sobą. A, mowa o „After Bez siebie nie przetrwamy”. Nie polecam.

img_3686

You May Also Like

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>


sześć + = 14