alexander-dummer-150646

Mamo, Gdzie Byłaś, Gdzie Jesteś ???

Rozumiem doskonale zabiegane matki, zwłaszcza te, które mieszkają w większych miastach, gdzie tempo życia ma naprawdę imponującą prędkość. Rozumiem, że musimy spłacać kredyty, opłacać zajęcia dodatkowe, spełniać marzenia wszystkich członków rodziny no i może odłożyć parę groszy na wymarzone wakacje. Jestem w stanie to wszystko pojąć, naprawdę. Jednego czego nie rozumiem i co dla mnie nigdy nie znajdzie wytłumaczenia, to brak czasu dla dziecka, to ciągłe wysyłanie ich do babci czy życie samopas w wieku kilku lat. Nie rozumiem i zrozumieć nie chcę. Bo uważam, że nie liczy się ilość czasu jaką spędzamy z naszymi dziećmi ale jego jakość. Nic nie dadzą godziny spędzone obok dziecka, gdzie każdy robi co chce, a wystarczy godzina w pełni poświęcona małej istocie. Rozmowa, chwila zabawy, przytulanie, to wszystko ma ogromne znaczenie. Bo ten czas, który mamy teraz jest nam dany tylko raz, jeden jedyny raz. Teraz.

Większość moich znajomych była przeciwna gimnazjum. Uważają, że w chwili przekroczenia tych magicznych drzwi dzieci raptownie zmieniają się w diabły, którymi nigdy nie byli. Wystarczy ten próg i całe życie spokojne i ułożone dziecko raptownie zaczyna sprawiać kłopoty. Ojciec łysieje, matka siwieje a wszystko to wina gimnazjum. A ja uważam, że wszystko zaczyna się dużo wcześniej. Właśnie wtedy, gdy wydawało nam się, że nasze dziecko radzi sobie doskonale, że nie potrzebuje nas już tak bardzo, że nam też się coś od życia należy, że jest grzeczne i takie ułożone i kontrolować nie trzeba, że te wszystkie dziwne odzywki to są śmieszne i nic nie znaczą. To przekonanie, że możemy ufać na 100 % i damy sobie dwie ręce uciąć za naszą pociechę.Tak właśnie wtedy, w wieku kilku lat, gdy wydaje nam się, że nasze dziecko jest jeszcze takie malutkie, a naszym dzieciom wydaje się, że są już prawie dorośli, właśnie wtedy występują pierwsze sygnały, na które jeszcze możemy zareagować i które jeszcze nasze dziecko uszanuje. Później będzie zdecydowanie za późno. I to wcale nie będzie wina gimnazjum, liceum czy innych czynników, ale to wina tylko i wyłącznie nasza, rodziców. Bo kochani, w chwili pojawienia się dziecka na świecie, to my całkowicie za nie odpowiadamy.

Wiele razy słyszałam zarzuty w naszym kierunku, że możemy pozwolić sobie na luksus, jakim jest jeden pracujący rodzic. A że ja nigdy tłumaczyć się z moich decyzji nie lubiłam, milczałam, albo odpowiadała, zrób to samo, nikt nikogo na siłę nie trzyma. Nikt, nawet nasze najbliższe otoczenie, nie wiedziało wtedy z jakimi trudnościami finansowymi musimy się zmagać każdego miesiąca. To liczenie grosza do grosza, to przekładanie co jest ważniejsze, odbywało się tylko między nami, w naszych czterech ścianach wziętych w kredycie. Nigdy nie skarżyłam się na swój los, bo decyzja podjęta była w pełni świadomie. Większy luksus i więcej kasy na koncie kontra czas spędzony z dzieckiem. Długo nie myśleliśmy, wiedzieliśmy co jest ważniejsze. I dopiero niedawno zaczęliśmy przyznawać się, z czym wiązała się wtedy podjęta decyzja. Daliśmy radę, minęło kilka ładnych lat, sytuacja finansowa trochę się polepszyła, a czas spędzony z dzieckiem przynosi wiele korzyści, które zaczynamy dostrzegać właśnie teraz.

Nie osiadłam na laurach, uważam, że walka o silną więź, zaufanie, miłość i szacunek wciąż trwa. Nie ma dnia bez rozmów, tłumaczenia, przytulania i kilkadziesiąt razy wypowiedzianego KOCHAM CIĘ. Zdaję sobie sprawy, że lada moment przyjdą dni, kiedy nasze dziecko skupi się głównie na znajomych, kawkach z koleżankami i pierwszych miłościach. Nie będę walczyła z nimi o czas, bo taka kolej rzeczy, ale wiem, że nawet wtedy nie odpuszczę chwili rozmowy i całusa skradzionego na dobranoc z wyszeptanym wyznaniem ogromnej miłości.

Nie oznacza to, że jestem idealna i błędów nie popełniam. Myślę, że wykładam się każdego dnia, jak każdy. I myślę też, gdzieś tam z tyłu głowy mi siedzi, że moje dziecko mimo to, wyłożyć też się może. Dlatego stosuję jedną zasadę. NAJLEPSZĄ FORMĄ ZAUFANIA JEST KONTROLA.

Mimo tego, a może właśnie głównie dlatego, że mam konta na chyba wszystkich portalach społecznościowych i widzę, naprawdę, co dzieje się na nich między „młodzieżą”, nie pozwalam jeszcze na wejście w ten świat mojemu dziecku. Myślę, że czas jeszcze ma, a gdy najdzie Ją ochota na oglądanie zdjęć na Instragramie, spokojnie może korzystać z konta mojego. Siedzimy sobie wtedy we dwie i oglądamy te wszystkie piękne fotki, wspólnie je komentujemy, wyrażamy swoje opinie. Ja widzę, gdzie stawia serduszka, widzę co komentuje. Mija chwila i zaraz oddaje mi telefon. Wilk syty i owca cała :)

A, że czasem można robić odstępstwa, ba nawet trzeba, pozwoliliśmy na musica.ly. Siedzi więc z tym telefonem, tańczy, robi dziwne minki, słucha muzyki i ogląda filmiki, a ja wszystko kontroluję…… ze swojego konta. Widzę te Jej wszystkie najnowsze filmiki, widzę co i do czego nagrywa i widzę komentarze pod tymi wielkimi produkcjami i śpię trochę bardziej spokojniej, gdy wiem, co robi.

Kiedy Zu zakładała konto na musica.ly byłam mocno przekonana, że nic głupiego się tam nie dzieje. Dzieciaki sobie tańczą, nakręcają filmiki, luz, może to nawet i fajne. Od początku śledziłam córkę i od czasu do czasu zaglądałam na inne profile. Moje zdziwienie było ogromne, kiedy dnia pewnego widzę gówniarę w wieku mojej córki, która kusicielsko pokazuje język, wydyma swoje małe usteczka, wstrząsa włosami, za chwilę pokazuje środkowy palec a na koniec rzuca siarczyste BITCH. Oglądałam filmik kilka razy, chyba mając nadzieję, że troszkę się przewidziałam. Kiedy doszłam wreszcie do siebie zaczęłam przeglądać inne cuda tej dziewczynki. Kilka filmików normalnych, miliony takich na musica.ly, a za chwilę kolejne wielkie dzieło. Siedzi ta mała i nagrywa „teledysk” do „ ja rozpalony jak pochodnia, dj napierdala, od koksu cała biała sala, nosy ujebane i kawalerstwo rozbujane, przejebane będzie, jak waza po sobocie zejdzie”. Ta dziewczyna jest w wieku Zu, może rok starsza. Czasem ją widuję, chodzi i buja się jak wielka pannica, a ja się pytam: Mamo, gdzie jesteś ???? Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę jak zachowuje się twoje dziecko, że trochę za wcześniej na takie „dorosłe” zagrywki ?? Czy naprawdę nie słyszysz jak odzywa się do koleżanek, jak większość traktuje z góry, czy zwyczajnie widzieć tego nie chcesz? I czy kiedyś będziesz jedną z tych, która winę zgoni na liceum, system i może nieodpowiednie towarzystwo?

Macierzyństwo jest najtrudniejszą rolą, jaką przyszło nam w życiu odgrywać. Nikt nie mówił, że będzie lekko, nikt nie mówił, że będziesz idealna i błędów nie popełnisz, wręcz przeciwnie, każdego dnia każda z nas zalicza pewnie jakąś macierzyńską porażkę. Grunt to wyciągać z niej wnioski i starać się z całych sił więcej ich nie powielać. Bo macierzyństwo nie kończy się na wydaniu maleństwa na świat, wręcz przeciwnie, ono dopiero wtedy się zaczyna. To od nas zależy jakiego człowieka puścimy w świat, to my kształtujemy nasze pociechy od pierwszych dni życia. Wpajamy im pewne zasady, uczymy dobra i zła, nawiązujemy z nim więź, która może być solidnym gruntem w przyszłości, albo i nie, nasz wybór. Ale skoro teraz, kiedy twoje dziecko ma kilka lat, podejmujesz takie decyzje, to za lat kilka zamiast głośno szczekać i szukać winnych, spójrz prawdzie w oczy.

abstract-1239375_1920

Szkoda Mi Ani Lewandowskiej

My mamy poddawane jesteśmy wiecznym osądom. Czy to w kwestii ubioru, jedzenia czy ogólnie pojętego wychowywania. Z każdej strony zasypują nas informacje co robimy źle, co powinniśmy robić lepiej. Proponuje nam się 10 rzeczy, które MUSISZ zrobić ze swoim dzieckiem. 10 rzeczy, które MUSISZ mówić swojemu dziecko czy 10 punktów, których NIGDY ALE TO PRZENIGDY nie możesz powiedzieć swojemu dziecku. Nie klikam już w te punkty, szerokim łukiem omijam „perfekcyjne” matki, które nie dopuszczają, że KAŻDY popełnia błędy, że matka też człowiek, że ma dni gorsze, kiedy to zwyczajnie wszyscy i wszystko mocno ją denerwuje i lepiej jej w drogę nie wchodzić. Ja na szczęście jestem zwykłą szarą matką, która nie jest poddawana ogólnym ocenom. Nie muszę słuchać porad zwariowanych kobiet, które mocno zaplątały się w sieć perfekcjonizmu. Ale są takie matki, które od rana do wieczora, każdego dnia są pod ostrzałem i ja serdecznie im współczuję.

W sieci właśnie pojawiło się zdjęcie uśmiechniętej Ani Lewandowskiej z córeczką. Zdjęcie jak to zdjęcie, matka z córką na tle cudnego nieba. I gdybym ja to zrobiła, dostałabym pewnie kilka lajków od koleżanek i parę miłych komentarzy. Bo nie ma się do czego czepiać, cieszyć się trzeba szczęściem innych. Ani Lewandowskiej to raczej dane nie jest i nie będzie, bo u niej został wychwycony jeden szczegół, że dziecko jest w nosidełku, a powinno być w chuście. Jak to dobrze, że Ania zaraz nawiedzone mamuśki uspokoiła, pisząc, że to chusta, brawa dostała i jedna z drugą spać będą spokojnie. Szkoda tylko, że nie podała firmy tej chusty ani ceny, bo tylko to jeszcze innym do szczęścia potrzebne. Chciałabym zaznaczyć, że Ania na zdjęciu na pomalowane paznokcie, nie ma przetłuszczonych włosów i się uśmiecha, ciekawe czy podziękowała tym wszystkim opiekunkom, które jej pomagają 😉 . A i doczytałam jeszcze, bo jakoś nie zauważyłam, że dziecko jest bez czapeczki. Ja bym to zgłosiła. Gdzie się zgłasza zaniedbania rodzicielskie? Dowód mam w postaci zdjęcia, chyba wystarczy, co ?

A kilka dni wcześniej widziałam zdjęcie, które w sumie mocno mnie przeraziło. Widać na nich wspomnianą wyżej mamę, w towarzystwie swojego męża, którzy trzymają budkę od wózka, bo jeden z paparzzich wsadził im prawie lufę do środka pojazdu, wartego miliony 😉 . No ludzie. Ja rozumiem, że zdjęcie Klary jest pewnie warte więcej niż wózek, ale czy naprawdę trzeba się zapędzać aż tak daleko, czy trzeba zabierać tym ludziom resztkę prywatności? Rozumiem, że to ich praca, naprawdę, staram się zająć stanowisko obu stron, ale czy nie lepiej zrobić im ogólne zdjęcie, jak stoją razem, szczęśliwi i uśmiechnięci, tylko trzeba zachowywać się jak debil pozbawionych wszelkich skrupułów, bo inaczej nazwać tego się nie da.

Nie, znana buzia i nazwisko nie stanowi wytłumaczenia dla takiego zachowania. Nie jest prawdą, że muszą się z tym liczyć. To, że są osobami publicznymi to ich wybór i taka kolei rzeczy, przy wykonywaniu pewnych zawodów, ale nie oznacza to, że my, jako społeczeństwo, mamy prawo wchodzić ludziom z buciorami do domu. Tak jak nikt nie ma prawa wpierniczać się w nasze życie, dopóki oczywiście krzywda się nikomu nie dzieje. Jeśli więc wszystko jest w porządku, to nieproszonych do domu wpuszczać nie musimy. Oni też, tak dla jasności.

A najbardziej w sieci zawrzało, kiedy młoda mama pokazała swój brzuch kilka tygodni po porodzie. Szczerze, nie rozumiem zamieszania. Czego się ludzie spodziewają po mistrzyni karate, która zamiast hamburgera na kolację wpiernicza sałatkę z jarmużu, i która większość swojego życia spędza ćwicząc. Czy naprawdę myślicie, że zobaczycie Anię ociekającą tłuszczem, siedzącą przed tv. No wtedy to bym się zdziwiła i ja, pewnie bardzo mocno. Ale tak? Dla mnie zdjęcie było tylko potwierdzeniem tego, czego się spodziewałam. Nie, wspomniana fotka w ogóle nie wpędziła mnie w kompleksy. Nie, nie czuję się z tego powodu gorzej i przyznać szczerze umiem, że mogłabym taki brzuch posiadać, wcale bym się nie pogniewała. Nie mam jednak prawa z tego powodu jechać po Ani i oskarżać, że wpędziła mnie w kompleksy, że „normalne „ matki tak nie wyglądają, że nie mają miliona opiekunek. Bo są i „normalne” matki, które wyglądają podobnie. Bo tym matkom się chce, bo znajdują czas, bo nie szukają wymówek.

Poznałam kilka lat temu taką właśnie matkę. Mieszkankę Warszawy, wciąż pracującą zawodowo matkę trójki dzieci. Nie miała niani, nie miała babci obok. Jej pomocą, a raczej wspólnikiem, był mąż, z którym potrafili znaleźć wspólne zrozumienie dla swojej pracy, swoich pasji, potrzeb, domu i rodziny. Ona nie szukała wymówek, nie zganiała niczego na sprzątanie czy późne kończenie pracy. Ona znalazła czas by kilka razy w tygodniu wpaść na swój ulubiony fitness. Jej ciało, kilka lat starsze od mojego, świeciło przykładem. To właśnie ona uświadomiła mi, że chcieć to móc. Mówię o niej za każdym razem, kiedy staram się innym udowodnić, że można, jeśli komuś naprawdę zależy. A jeśli nie chcesz to zawsze znajdziesz punkt zaczepny, który nie pozwoli ci zrobić kroku w przód.

Dlatego właśnie współczuję Ani życia pod ciągłym ostrzałem i współczuję małej Klarze, że te matki wariatki będą ją bacznie obserwować, że każdy jej krok, każdy strój, każdy posiłek będzie poddawany mocnej ocenie. Współczuję, że ci, którzy tak naprawdę jej nie znają, już ją ocenili i wsadzili do odpowiedniego worka. Wycenili jej wózek, prezenty od Nike i zatrudnili za nią stado opiekunek. Bo przecież pewne jest, że sama dziecka nie wychowa, przecież nie ubrudzi wypielęgnowanych dłoni kupą, a Robertowi, TAKIEMU piłkarzowi tym bardziej nie wypada się w gównie bawić.

A może tak zamiast oceniać, oskarżać i jeździć jak po, a przemilczę, warto brać z niej przykład. Zajrzeć na jej stronę, ugotować coś zdrowego i zamiast kolejnego odcinka mega inspirującego serialu trochę poćwiczyć. Jak się endorfinki do mózgu dostaną to może dalekie mamuśki będziecie od oceniania innych a znajdziecie szczęście w swoim życiu.

19059747_10158923118885387_5138878600278162206_n

maternity-2252154_1920

Ciąża To Nie Choroba, To Stan Wyjątkowy

Są takie dni, kiedy budzę się rano i czuję, że mogłabym góry przenosić. Energia rozwala mnie od środka, a ja latam jak oszalała i robię milion rzeczy na minutę. Czasem to szaleństwo trawa cały dzień, czasem łapię krótką drzemkę regeneracyjną i lecę dalej. Cieszę się tym stanem jak dziecko, bo tak jest mi dobrze, czuję, że jutro będzie tak samo, że załatwię wszystkie zaległe sprawy i wieczorem siądę szczęśliwa i spełniona.

A kolejny dzień wita mnie walącym sercem. Zastanawiam się, czy jest możliwe, że w nocy biegałam, ale jakoś tego nie zarejestrowałam. Zwlekam się bez sił z łóżka, zwlekam, bo muszę. Odprawiam córkę do szkoły, Ryśka wyprowadzam w pięć sekund i zalegam na kanapie, sącząc jedną melisę za drugą. Mimo tego, że siedzę, boli mnie podbrzusze, ciągnie nieco niżej, a brzuch faluje jak oszalały. Moje serce czuję w przełyku. Tętno wynosi ponad 100. Jestem zmęczona samym siedzeniem, żadna pozycja nie jest wygodna. Męczę się sama sobą.

Były też takie dni, kiedy z wielkim łomotem w głowie lądowałam na ostrym dyżurze. Leki, które mogę łykać działają ewentualnie na ból włosów, a nie na potworną bitwę rozgrywającą się w mojej głowie. Mam wrażenie, że zaraz wybuchnie. Boli mnie wszystko, każdy dźwięk skręca mnie od środka. Nienawidzę świata, nienawidzę mojego stanu, nienawidzę lekarzy, dla których pięć minut nie robi różnicy, a dla mnie to nieskończoność. Kroplówka pomaga, wychodzę ze szpitala z lekkim ćmieniem w głowie. Wykończona.

Kolejny dzień jest lepszy, ale wciąż odczuwam skutki wczorajszego ataku migreny. Leżę cały dzień i cieszę się, że jestem tylko zmęczona, że mogę rozmawiać i patrzeć się w jasność dnia. Tak zastaję mnie wieczór. Usypiam z nadzieją, że jutro będzie lepiej.

Wstaję przed 6. Wyspana i gotowa do działania. Życie jest piękne. Robię jogurt na bazie płatków jaglanych, wszyscy go uwielbiamy. Budzę rodzinkę, razem pijemy śniadanie w łóżku, jest bosko. Mąż się pyta: „ Jak się czujesz? „ Odpowiadam: „ Super” i wiem, że to będzie fajny dzień.

Można zwariować, prawda? I myślisz sobie, że z takimi objawami powinnam się przebadać i znaleźć źródło tych wahań. Spokojnie, badam się co chwila, dawno tak przebadana nie byłam. Podobno nie jestem chora, jestem TYLKO w ciąży, a to przecież nie choroba…..

Zdecydowanie jest lepiej, niż 10 lat temu, gdy to w ciąży byłam z Zu. Wtedy panowała ogólna znieczulica, a każda ciężarna postrzegana była jak połączenie hipochondryczki z psychopatką. Pamiętam, jak stare babsko w autobusie wygoniło mnie z krzesła, stanęłam wtedy przy niej, wielgachnym brzuchem zbliżyłam się do jej perfidnej paszczy i przy każdej dziurze w asfalcie waliłam ją po policzku. Cudnie się czułam, kiedy nie wytrzymała i poszła szukać miejsca dalej. Mamusia dobrze mnie nauczyła, kiedy tłumaczyła, bierz przykład ze starszych, to wzięłam. Chamstwem ją pokonałam. Teraz co prawda dawno komunikacją miejską nie jeździłam, ale po sklepach dalej łażę, bo czy w ciąży czy nie, jeść trzeba. I chociaż są dni, kiedy najchętniej siedziałabym na dupie przed tv, to się nie da, gdy sprawca zamieszania w pracy, lodówka pusta, a mój brzuch i córki woła o paszę. Muszę wtedy udać się do sklepu i zakupy zrobić, bo jak inaczej ( a, uprzedzam, te na dowóz tak szybko nie będą ). No i idę.

Najczęściej jestem w Lidlu, i tu na wstępie powinnam jednej Pani z Lidla podziękować, która dwa razy specjalnie dla mnie kasę otworzyła. Cudna kobieta. Inaczej stałabym w tym wężyku, bo przecież każdy myśli, że mnie wydęło. Dopchać się w Lidlu do kasjerki kiepsko, bo tam dość wąsko jest, a przecież ja taka mała, że nikt mnie nie widzi. Ostatnio się trochę zirytowałam, kiedy kolejki kończyły się w połowie sklepu, moje serce wariowało, a ja naprawdę stałam ostatkiem sił. Naprawdę, stanie jest o wiele gorsze od chodzenia !!!!!! Wtedy jedna starsza Pani podeszła do mnie i mówi, że mam iść na przód. Miałam więc dwa wyjścia, albo posłuchać tej miłej kobiety, ha nie wszystkie staruszki są głupie, albo zemdleć, bo już tak się czułam. Przepchałam się więc jakoś, tym wydętym brzuchem stojących przede mną i bez pytania podchodzę do kasjerki, prosząc o obsługę poza kolejnością. Obsłużyłam, z głośnym i serdecznym oczywiście. I nie mam pretensji do sklepu, ani do kasjerki, która i tak by mnie nie zauważyła, ale proponuję władzom sklepu zrobić kasę pierwszeństwa lub iść za przykładem Rossmanna, gdzie ekspedientki chodzą z plakietkami, że przyszłe mamy obsługiwane są poza kolejnością.

Bo w Rossmannie nigdy żadnych problemów nie miałam. Idę jak po swoje. Mam prawo. A Panie wszędzie przemiłe i nawet z kolejki wyłapać umieją wieloryba z dużym brzuchem. Rossmannowi dziękuję.

W sklepiku osiedlowym różnie bywa, zależy kto na kasie siedzi. Od ludzi nie oczekuję jakoś, bo zbyt często jestem niewidzialna. Patrzą się na mnie i mnie nie widzą. Kurde, zawsze jako dziecko chciałam mieć czapkę niewidkę. Chociaż nie chciałabym wkładać wszystkich do jednego worka, bo zdarzają się przypadki, jak np. jeden Pan z ogromnej kolejki w Grzybku.

U nas w piekarni najczęściej tłoczno, a w sobotę rano kolejka zawija się kilka razy. Ostatnio miałam przyjemność wejść w ten tłum. Zauważyło mnie pewnie z kilkanaście osób. Ale co, niemcy, nie widzą. Chyba sobie plakietkę kupię: „ Tak, jestem w ciąży, nie wydęło mnie”, chociaż na chamstwo i brak empatii nic nie pomoże. A najgorzej gdy nie widzi Cię druga baba, która sama przez to przechodziła. I stoi takie w kolejce i myśli sobie: „Mnie nie puszczali, to ja też nie puszczę”. Nie, to nie. Biorę więc krzesło, myślę, przesiedzę. I wtedy wychodzi On. Największy z kolejki, cały w tatuażach, mocno napakowany, bandyta normalnie. Podchodzi do mnie, myślę, będzie bił, a On: „ Pani bez kolejki”. Poszłam bo się przestraszyłam 😉 . Tak się łamie stereotypy, Panu wielkie DZIĘKI, chociaż i tak tego nie przeczyta, ale dla tych, którzy to zrobią, nie oceniajcie ludzi po wyglądzie.

O Ikei wspominać chyba nie trzeba, wiadomo są kasy, wiadomo się podchodzi i już ludzie się nie burzą, jak kilka lat temu, gdy jedna pani mnie opieprzyła, że się wciskam. Nic nie pomogły tłumaczenia, że kasa pierwszeństwa i mam prawo i sama sobie wybrała, więc niech się liczy, że taka ciężarna wepchać się może. Ta dalej na mnie najeżdża, wyzywa i spokoju nie daje. Nie wytrzymałam. Kazałam się jej zamknąć albo ją uderzę. Mocno się zdziwiła, bo więcej się nie odezwała. Teraz najczęściej te kasy są puste, ludzie wiedzą, że jak się ciężarne wysypią albo matki z małymi dziećmi, to zejdzie się dwa razy dłużej, więc stają do kasy normalnej.

W Zarze wyłapują mnie z kolejki. I albo obsługują poza kolejnością, albo prowadzą do innej kasy. Cudnie.

Takich sklepów i zachowań pewnie więcej, ale nie latam po wszystkich i nie wyłapuję, gdzie i jak się do ciężarnych mają, chociaż powinna powstać taka strona albo profil na fb, gdzie ciężarne oceniałaby sklepy pod tym kątem, może wtedy władze niektórych zmieniłyby politykę sklepu.

Wiem, że ciąża to nie choroba, ale to stan wyjątkowy, często mocno wyczekiwany, kiedy to musisz dbać nie tylko o siebie, ale też o maluszka, które się w Tobie rozwija. W ciąży bywa różnie, jedne przeskoczą całą, prawie nie zdając sobie sprawy ze swojego stanu, inne muszą leżeć plackiem 9 miesięcy, a inne mają tak jak ja, różnie. Dnia, kiedy czujesz się dobrze, a kiedy możesz zdychać nie przewidzisz i nie wybierzesz. Przychodzi samo. Ale nikt, poza mną, tego nie wie. Nikt nie widzi bólów kręgosłupa, ciągnięcia w podbrzuszu, okropnego kłucia w pochwie, walącego serca czy opuchniętych nóg. Nikt tego nie widzi. A tak jak powiedziałam, żyć trzeba. Trzeba wyjść na pocztę, do urzędu, apteki czy sklepu. Nie każdy mąż może siedzieć w domu i pomagać, większość pracuje poza domem i wtedy ciężarna zdana jest sama na siebie i może na większą życzliwość innych ludzi. Więc proszę wszystkich, w imieniu ciężarnych, obecnych czy przyszłych o więcej zrozumienia i życzliwości. Przepuszczenie jednej czy nawet dwóch kobiet z ciążowym brzuszkiem pół dnia nikomu nie zabierze, a takiej kobiecie, która akurat tego dnia może czuć się gorzej, która nosi często mocne dodatkowe kilogramy, naprawdę zrobi różnicę. Przypomnijcie wtedy sobie siebie w ciąży, swoje żony, siostry, córki czy koleżanki, postawcie się na chwilę w jej sytuacji i przyznajcie sami przed sobą, że ten brzuch to nie wynik gazów, ale małego człowieka, żyjącego w środku. I pomyślcie, że może kiedyś też będziecie potrzebować, by ktoś powiedział: „Proszę, pani podejdzie bez kolejki”.

Bądźmy dla siebie dobrzy. To nic nie kosztuje, no może poza odrobiną życzliwości.

baby-2166101_1920

Ciężki Los Naszych Dzieci

Rodzice mają jedną wspólną cechę. Doskonale widzą wady i złe zachowanie u innych dzieci, ale swoje zawsze potrafią wytłumaczyć. A to złym dniem, bolącą główką, słabą psychiką, dysleksją, wstydem itd. itp. Nie, moje to jest cacy, to wina Twojego. Takich wymówek można znaleźć miliony. A ja myślę, że wszystkie dzieci, łącznie z moim na czele, są cwańsze niż ustawa przewiduje. Kupują nas częściej niż nam się wydaje. Warto więc czasem wyjść z siebie, stanąć z boku i spojrzeć tak trochę chłodno na swoje dziecko, by zobaczyć, że wcale taka biedna z niej sierota to nie jest.

Zu jest osóbką dość drobną, przez co odbierana jest jak taka słodka laleczka, którą opiekować trzeba się podwójnie. Do tego dochodzą chochliki w czach, dołki w policzkach i lekko falowane długie włosy, a odbiór sam się nastawia. Ją samą często to denerwowało, odbieranie Jej, jako osoby raczej bezbronnej. Pamiętam, jak wracała ze szkoły zła, bo dziewczyny ze starszych klas zaczepiały Ją i piały nad Nią z zachwytu. Większość pewnie odebrałaby to jako komplement. My tłumaczyliśmy Jej to w podobny sposób, ale nie, Ona po dziurki w nosie miała tych ochów i achów nad swoją osobą, tym bardziej, że takie traktowanie powtarzało się dość często. Nie tylko od starszych koleżanek, ale też nauczycieli czy woźnych, którzy systematycznie ubolewali nad Jej ciężkim losem, jako uczennicy. A powiem szczerze, że nijak to się miało do Jej osoby. Bo Zu z jednej strony urocza i słodka, umiała doskonale walczyć o swoje i wbijać szpilę tym, którzy mocniej dali Jej się we znaki. Dość długo tego nie widziałam, bo tak naprawdę córka nie dawała nam nigdy większych problemów wychowawczych i ja sama pewnie odbierałam Ją podobnie, jak większość znajomych. Pewnie dlatego puszczaliśmy Ją do szkoły z pewną obawą. Nie baliśmy się w ogóle problemów z nauką, mimo tego, że zaczynała szkołę na poziomie zerowym. Nie umiała czytać ani wybitnie trzaskać matematyką. W porównaniu z dziećmi, z którymi trafiła do klasy, powiem szczerze, była w czarnej dupie. Ale to nie problem, naprawdę. Wychodzę z założenia, że jak się chce i trochę czasu się poświęci, to można wiele zdobyć. Ja się obawiałam raczej tego, jak ta moja kruszyna poradzi sobie w tym okropnym szkolnym środowisku. Ale co tam, decyzja zapadła, rozczulać się nie będziemy. Puszczamy Ją na głęboką wodę, niech się uczy radzić sobie w życiu. Każdy musi, inaczej zginie.

Moje zdziwienie było tym większe, kiedy po kilku miesiącach pytam się wychowawczyni jak Zu, w sensie emocjonalnym, a Ona mi odpowiada: „ Zuzia? Ta mała sobie świetnie radzi, połowę klasy sprzeda w sekundzie” Wtedy zaczęłam otwierać oczy i przyglądać się córce z innej perspektywy. To pozwoliło mi spuścić trochę powietrza i spojrzeć na Nią, jak na inną osobę. Zaczęłam mocniej przysłuchiwać się jak rozmawia z koleżankami, jak rozwiązuje pewne nieporozumienia, jak coś opowiada. To pozwoliło mi dokładnie dostrzec to, o czym mówiła Jej wychowawczyni. Ten spryt, którego wcześniej jakoś nie widziałam, to zacięcie, kiedy chciała walczyć o swoje i niesamowitą ambicję, którą czasem próbuję ostudzić, gdy zaczyna wymagać od siebie zdecydowanie za dużo. Wtedy przestałam się nad córką użalać. Zobaczyłam w Niej wojownika, który poradzi sobie w życiu. Dziewczynę, która doskonale wie czego chce. Ale nie zobaczyłabym tego, gdybym wciąż chodziła z klapkami na oczach i nie pozwoliła nikomu ocenić mojego dziecka. A uważam, że każdej matce taka ocena powinna być wykładana, bo my często obiektywne być nie potrafimy. Widzimy własny obraz naszego dziecka, niestety w większości przypadków mocno zniekształcony.

Ostatnio jedna z moich znajomych mocno zaczęła się rozczulać nas swoją córką, jaka to ona biedna, że chodzi do tej szkoły, że źle zrobiła, że ją puściła, że w innych szkołach praktykuje się, że dzieci zostają jednak drugi rok w tej samej klasie itd.itp. Patrzyłam, słuchałam i naprawdę nie wierzyłam. Właśnie dlatego, że ja widzę jej córkę całkiem inaczej. To mała spryciura jest, która potrafi ustawić wszystkie dzieciaki obok siebie i tak przekręcić przebieg wydarzeń, że wszyscy są winni, tylko nie ona. Nie muszę chyba nadmieniać, że mała, jak wszystkie obecnie dzieciaki, perfekcyjnie radzi sobie z każdą technologią, która wpadnie jej w rękę. Nie szkodzi, że wtedy musi trochę przeczytać, czy nauczyć się obsługi. Ta nauka wcale nie boli, ale rozwiązanie kilku zadań to już wyczyn ponad jej możliwości. Wtedy zaczynają się schody i wszelkie możliwe jęki stęki. Mamusia oczywiście zaczyna wówczas się nad córcią użalać i mocno przepraszać, jaką to krzywdę ogromną dziecku wyrządziła, że ją do szkoły wcześniej puściła. Przecie to dziecie niegotowe jeszcze. A ja myślę, że gotowe i to bardzo, tylko mocno sprytne i wie jak na matce zagrać. Zu też próbuje 😉 Ale gdy się powiedziało A, trzeba powiedzieć i B. Życie ma to do siebie, że czasem rzuca nam kłody pod nogi, uciera nosa w najmniej spodziewanym momencie. Uważam, że jesteśmy od tego, by uczyć dzieci walki na takie momenty, a nie płaczu nad rozlanym mlekiem.

To, że dziecko zawsze będzie dla matki malutkie i takie bezbronne to pewne. Będziemy do końca naszych dni trząść się nad każdym ich potknięciem i płakać po nocach nad ich bólem. Taka jest miłość matczyna i nie ma w ogóle co z nią walczyć. Nie wygramy. Ale obok tej miłości powinien stać rozsądek, który pozwoli puścić dziecko trochę dalej, który pozwoli nam zobaczyć wady naszego dziecka i dostrzec, że też popełnia błędy. Nie jesteśmy od tego, by dziecko osądzać, ale od tego, by tłumaczyć co źle zrobiło i dlaczego, wyciągać z tych błędów wnioski, które mogą przydać się na przyszłość. Nasze dzieci rosną, rozwijają się i naprawdę radzą sobie doskonale. Tylko zamiast ćwierkać nad nimi, warto pokazać im, że my wiemy, że są mądre i sprytne i sobie poradzą. A jeśli im się nie chce i znajdą kolejną wymówkę, niech poniosą konsekwencje swoich czynów, nieodrobionych lekcji, nieprzeczytanej lektury czy kłótni z koleżanką. Bo niby kiedy jest ten magiczny wiek, gdy powiemy „NIE”, bez wyrzutów sumienia, kiedy uznamy, że już nie przeczytamy dziecku lektury, nie odrobimy lekcji, czy załagodzimy sporu z koleżanką? Zamiast tego uczmy nasze dzieci ambicji, chęci rozwoju, spełniania marzeń i nie narzekania na ciężki los. Przecież nie jest tak źle.

yada-yada-1430679_1920

Wiem Mamusiu, Już Mi To Mówiłaś…..

Człowiek podobno uczy się całe życie, przynajmniej powinien, dla dobra własnego i swoich najbliższych. Mi, tak dla przykładu, długie lata zajęło przyznanie samej sobie wielkiej zdolności czytania ludzi. Tak mam, że umiem rozszyfrować człowieka bardzo szybko i jak się okazuje, w większości przypadków, właściwie. Długo nie chciałam tej zdolności mojej dopuścić do głosu. Kiedyś skupiałam się na uczuciach innych, na bardzo skromnej i powściągliwej ich ocenie. Nie dopuszczałam dość długo do siebie głosu, który szeptał mi: „ Ej, uważaj, to nie jest osoba dla ciebie, ta dobroć jest udawana”. Nie chciałam tego słyszeć. Pewnie tak jak każdy, lub przynajmniej większość, potrzebowałam ludzi przy sobie, ich adoracji, obecności. Myślałam, że moją wartość dyktują oni. Nie moje własne ja, nie moje poglądy, nie moje czyny. Tylko właśnie oni, to czy chcą się ze mną zadawać, czy mnie „lubią”, doceniają. I tak szłam przed siebie w zupełnym zaślepieniu, popełniając błąd za błędem, które niczego do mojego życia nie wnosiły. Mocno skupiona byłam na wklepywanych przez mamę słowach: „ Oj dobra, ustąp, nie odzywaj się……”. A we mnie od zawsze siedziała mała buntowniczka, która nie chciała z tymi słowami iść przez życie. Ja chciałam iść po swojemu.

Ale nie, to nie było tak, że opuściłam rodzinny dom i bum, olśnienie. Nie. Ja dalej brnęłam po kolana w tym błocie. Na szczęście, chociaż nie wiem w jakim momencie, zaczęłam dostrzegać światło, zaczęłam czytać siebie ze zrozumieniem i powoli wychodzić z otchłani. Chociaż powoli to zbyt dużo powiedziane. Czołgałam się jak ślimak w smole, ale najważniejsze, że do przodu, w kierunku światła. Kto wie, może kiedyś przejdę każdy level i osiągnę poziom mistrzowski. Teraz na szczęście, kiedy zaczęłam wreszcie wyciągać wnioski z moich błędów, uczę moich nowych zasad Zu, uczę Ją na moich błędach,bo chcę zrobić wszystko, by przeszłam przez życie z jak najmniejszą ilością obrażeń.

I tak.

LUDZIE SĄ INTERESOWNI.

Nie, nie każdy córeczko, ale bądź uważna. Ufaj powoli, stopniowo. Nie łykaj zachłannie przyjaźni, bo się zachłyśniesz. Jedz ją powoli, małymi łyżeczkami, delektuj się każdym jej kęsem, a los Ci to wynagrodzi. Tego Ci życzę perełko z każdej cząstki mojego ciała. Bo ja się na ludziach sparzyłam. Chciałam być dobra dla wszystkich. Dawałam co miałam, dzieliłam się sobą, swoimi rzeczami i swoim czasem. A każde potknięcie mojego „przyjaciela” starałam się tłumaczyć, chyba sama przed sobą. Teraz wiem, że zupełnie niepotrzebnie. Przyjaciół tłumaczyć nie trzeba. Oni po prostu są. Przy tobie, na dobre i na złe. I nawet jeśli nie mają dla ciebie czasu każdego dnia, to ty wiesz i czujesz, że twoje jedno wołanie o pomoc postawi ich na nogi o każdej porze dnia i nocy. Tacy właśnie są przyjaciele, ci prawdziwi, przez duże P. Innych traktuj z dystansem, jak garnek z gotującą się wodą, nie bój się go, ale podchodź bardzo ostrożnie, wtedy się nie sparzysz. Z ludźmi jest tak samo. Wielu z nich działa interesownie. Gotowi udawać tych najbliższych, jeśli wszystko robisz po ich myśli, jeśli są w stanie ugrać coś dla siebie. Po zdobyciu celu odchodzą, nie oglądając się za sobą. A ci lepsi cierpią. A ja cierpiącej widzieć Cię nie chcę córeczko. Dlatego uważaj, myśl o sobie, to nic złego i nie ustępuj, jeśli czujesz, że dobrze robisz. Bo nie warto i nie trzeba. W przyjaźni nie liczy się ilość, a jakość. Zawsze lepiej mieć jednego sprawdzonego przyjaciela, niż grono dobrych aktorów.

NIE, NIE MUSISZ SIĘ DZIELIĆ

Nie pożyczę ŻADNEJ mojej przyjaciółce czy koleżance bransoletki od męża czy nawet najtańszej biżuterii, którą kupiłaś mi za uciułane kieszonkowe. Mam takie rzeczy, jak każdy, które swoją wartością sentymentalną przekraczają milion razy wartość materialną. Staranie się z nimi obchodzę, odpowiednio przechowuję, dbam jak o najkruchsze szkło. Bez wstydu i bez skrupułów odmówię każdemu, kto chciałby ich pożyczyć. I dlatego rozumiem i wiem, że Ty też dzielić się nie musisz. To są Twoje rzeczy, Twoje żelki czy Twoje coś tam jeszcze innego. To nie ma znaczenia. Ważne, że to jest Twoje i masz prawo robić z tym, czego tylko dusza zapragnie. Jak byłaś malutka tego nie rozumiałam, jak większość matek kazałam Ci dzielić się łopatką i wiaderkiem w piaskownicy. Jakiś czas temu zrozumiałam swój błąd. Przepraszam. Lepiej późno niż wcale. Naprawiam go teraz i wierzę, że jesteś starsza i szybko zrozumiesz. Pamiętaj Kochanie. Nie, nie musisz się dzielić.

UCZ SIĘ KOCHANIE

Nie dla ocen, nie dla mnie, nie dla innych, dla SIEBIE. Trochę żałuję, no ok, bardzo żałuję, że mało czasu poświęcałam nauce. Z chęcią wróciłabym do lat szkolnych, do ławki i do klasówek, naprawdę, nawet tych z matmy 😉 I nie chodzi o poprawę średniej, ale o wiedzę, którą z chęcią zabrałabym w dorosłość. Dlatego ucz się Kochanie. Chłoń wiedzę, dbaj o swój mózg i swój rozwój. Oceny to tylko nagroda za wiedzę, nie są tak ważne, chociaż na pewno miłe. Nie chcę Cię zmuszać do nauki, chcę byś zrozumiała i nauczyła się na moim błędzie. Ucz się. Kiedyś zrozumiesz, kiedyś podziękujesz.

MIEJ PASJĘ

I ją rozwijaj. Dbaj o nią jeszcze bardziej niż o naukę. Z pasją nie zginiesz. Pasja poprowadzi Cię w odpowiednim kierunku. Pasja da Ci szczęście. Bądź uparta i zdobywaj swoje szczyty. Spełniaj swoje marzenia. I chociażby rzucali Ci kłody pod nogi, Ty skacz przez nie i idź po swoje. Zbierzesz po drodze wiele, a na szczycie czeka na Ciebie spełnienie, którego nikt nigdy Ci nie zabierze. Właśnie dlatego myszko spełniam te wszystkie Twoje zachcianki. Tańce 20 km od domu, czy pole dance w sobotę rano. I nawet jeśli miałabym Cię wozić o północy w najdalszy zakątek Warszawy, nawet jeśli miałabym jeść tylko przysłowiową bułkę ze smalcem, nawet jeśli miałabym sprzątać nad ranem, to zrobię wszystko, by znaleźć czas na Twoje pasje i Twoje marzenia. Tobie zostaje tylko jedno, miej pasje…..

Czasami, ok wróć, często Zu mówi mi: „ Wiem mamusiu, już mi to mówiłaś ! „. Słyszę wtedy w Jej głosie lekkie zirytowanie a Jej śliczne oczka uroczo się przewracają. Wiem, że wtedy ma mnie dość. Ale to nic. Ja nie przestanę. Będę Jej to wkładać do głowy milion razy dziennie, aż zobaczę, że naprawdę rozumie. Moja miłość i troska są silniejsze od tej irytacji, a ja naprawdę jestem cierpliwa. I na tyle mądra by wiedzieć, że lepiej Jej będzie bez moich błędów. Swoich pewnie popełni na tyle dużo, że wystarczy, kolejnych nie chcę Jej dokładać. Bo grunt to dopuścić do siebie, że poczyniło się w swoim życiu błędy i wyciągnąć z nich wnioski. Wtedy żyje się o wiele lepiej. A chyba o to chodzi w tym naszym życiu, by żyło się lepiej, czyż nie ?

first-holy-communion-2261126_1920

A Dajcie Już Sobie Spokój Z Tą Komunią

Z mojej komunii pamiętam stres. Byłam wybrana do mówienia w kościele jakiejś modlitwy. Wtedy chyba pierwszy raz w życiu poczułam strach. Modlitwę powiedziałam, a wspomnienie tej chwili zostało we mnie na zawsze, raczej jako mało przyjemne, chociaż wtedy czułam się wyjątkowo, jako jedna z tych wybranych. Pamiętam jeszcze piękną sukienkę, którą mama zamawiała w Koninie, położonym ok 300 km od mojego rodzinnego miasta!!!! Sukienka była cudna i czułam się w niej wyjątkowo. Sprzedała się dokładnie w momencie, kiedy opuściłam kościół. Dobrze chociaż, że nabywcy pozwolili mi w niej pochodzić na biały tydzień. Czyste szaleństwo!!!. A, i pamiętam jeszcze prezenty. Długopisy z kalkulatorem, złoto i zegarek. Pamiętam też gości u mnie w domu i zabawy z dzieciakami pod blokiem. I to by było na tyle z moich komunijnych wspomnień.

W ogóle nie wiedziałam po co tak naprawdę mi ta komunia. Ksiądz nam pewnie tłumaczył, ale sorry, dziewięciolatkowi to możesz sobie tłumaczyć ewentualnie jak rośnie róża, a nie zawiłe sekrety wiary. Bardziej pewnie byłam skupiona na całej oprawie pozakościelnej, jak wszystkie moje koleżanki i koledzy, a nie na tym, kogo i po co przyjmuję do mojego serduszka. Poszłam do komunii, bo w tej wierze byłam chowana i tyle, większego sekretu nie ma.

Córkę puściłam z tego samego powodu, uznałam, że komunia w niczym Jej nie przeszkodzi. Jak tam kiedyś sobie panienka zamarzy za mąż wyjść i przed Bogiem przysięgać, to martwić się o sakramenty nie będzie musiała. A jak zapragnie zostać buddystką, to też proszę cię bardzo, komunia Jej w tym na pewno nie przeszkodzi. Puściłam też ze względu na babcie. Coś tam im się należy. Skoro tak bardzo im się marzyła wnusia w białej sukience to zobaczyły, przeżyły, łezkę z oka wytarły. Mi krzywda się z tego powodu nie stała. No i puściłam, bo córka iść chciała. Normalnie się Jej o zdanie spytałam, wyraziła chęci, to proszę Cię, idziesz. Nie będę nikomu makaronu na uszy nawijać, jak to moje dziecko uduchowione było, jak wiele z tego wszystkiego zrozumiało, bo na pewno wiele nie zrozumiała, oprócz pewnie tego, że modlitwy u księdza zaliczyć musiała, z których, tak swoją drogą, też niewiele ogarnia. Wszystko. Nic się nie zmieniło od czasów moich, oprócz prezentów może.

I uwaga, jeśli myślisz, że zacznę tu narzekać, że wariactwo i bogactwo itd., to muszę Cię rozczarować. Nie będę. Idę zwyczajnie przez życie i jestem w stanie zauważyć, że świat nam się trochę zmienia i rozwija. W moich czasach też się na prezenty czekało, też się miało swoje marzenia, też się kasę po przyjęciu liczyło i też się chwaliło. I też były wśród nas osoby biedniejsze i takie, które niezłe bogactwo w tym dniu otrzymało. Życie, od zawsze takie samo, pewnie mało sprawiedliwe, ale takie już jest. Z tą różnicą, że moja mama bawiła się lalką drewnianą, w moich czasach była już Barbie, a lalki mojej córki ruszały nogami, rękami, skrzydłami i czym tam jeszcze popadnie. Ot, cała tajemnica, rozwój. Dla mojej mamy też było niewiarygodne, że mam Barbie na rowerze, a dla mnie? Fajna lalka, ale czy jest naprawdę aż tak warta tych wszystkich zachwytów. Ja ich nie rozumiałam w ogóle, w moich dziecięcych czasach była to i może fajna zabawka, ale dla mojej mamy to chyba był jakiś kosmos.

I teraz mamy to samo, z tą różnicą, że sami jesteśmy rodzicami, nagle tacy dorośli i poważni, no i teraz to my przejęliśmy wydatki naszych rodziców i zwyczaje chyba też, bo ponarzekać i pomądrzyć się trzeba. Ano nie trzeba. Świat się zmienia i rozwija. Przychodzi nowe. I moim zdaniem lepiej nauczyć się z tym żyć, bo pewne rzeczy są nieuniknione. Kiedyś chrzestni składali się nie rower, teraz składają się na laptopy lub inne cuda, bo rowery nasze dzieci już dawno mają. Czy jest w tym coś złego? Nie jestem do końca przekonana, przecież sami się napędzamy.

Kupujemy coraz to nowsze cuda techniki i wśród nich wychowujemy dzieci. Od małego wciskamy im bajeczne zabawki, dajemy, dla chwili spokoju, tablety i telefony, a potem się dziwimy i mocno bulwersujemy, że nasze dzieci w głębokim poważaniu mają „wielkie” przesłanie komunii i marzą tylko o nowym telefonie, tablecie czy czymś tam jeszcze, co jest na czasie pociechy w tym wieku.

Naszym zdaniem dzieci mają teraz wszystko, normalnie bajka. Ale tak wracając do naszych dziecięcych czasów to samo słyszałam od mojej mamy i babci. Patrzyły się wielkimi oczami na otaczający mnie świat i wspominały swoje dzieciństwo. Ich wspomnienia zawsze kończyły się tak samo: „ Jakbym teraz chciała być dzieckiem……”. Z czystym sumieniem i prawdą rzucaną Ci w oczy powiem to samo. Wchodzę do sklepu z zabawkami i marzę by choć na krótki czas przenieść się w świat mojej córki.

Teraz tylko jedno, tak naprawdę różni nas od tamtych lat. Fora internetowe, na których ponarzekać sobie można. Można też zgrywać matki świętoszki, które to chowają swoje dzieci prawie na poziomie amiszów. Ich pociechy nie wiedzą co to telefon ni tablet, a ten przypadkowo pokazany na wakacjach to jednak rodziny z boku. Hipokryzją jest też „ ja nie pozwolę żeby mojemu dziecku na tablet się zrzucać, mój syn chce do Rzymu pojechać, na wycieczkę będzie zbierać” i co druga mama: „ o super pomysł, dzięki, ściągnę za rok” HIPOKRYZJA, HIPOKRYZJA, HIPOKRYZJA!!!!!!!. Na wycieczkę to nie wstyd i nie grzech brać kasę od rodziny, ale na tablet to już zjechać błotem trzeba i do spowiedzi czym prędzej się udać. HIPOKRYZJA !!!!!!

I dla tych, których tak bardzo rażą komunijne prezenty, mam rozwiązanie. Wystarczy na zaproszeniu napisać, że DZIECKO prosi o prezenty skromne, typu książka, maskotka, może jakaś kolorowanka, ewentualnie od chrzestnych bardziej na bogato, niech się złożą i medalik złoty kupią. Goście zaproszeni na pewno będą zadowoleni, rodzice pewnie też, skoro nie lubią dzisiejszych czasów, za dziecko się nie wypowiem. Zamiast narzekać, da się moi drodzy, jeśli tylko chcecie, oczywiście 😉

Ps. Nie, wycieczka do Rzymu czy Watykanu nie jest skromnym prezentem, nawet jeślibyście mieli po drodze spotkać samego Papieża. Nie kupuję tej bajki.

5

Warszawa Dzieciom – Papugarnia Carmen

Papugarnia Carmen to całkiem świeże miejsce na warszawskiej mapie dziecięcej, a już cieszy się ogromnym powodzeniem. Na facebooku co chwila pojawiają się uśmiechnięte dzieciaki, i nie tylko, z papugą na ręce czy głowie, które skutecznie zachęcają kolejnych znajomych i znajomych znajomych do odwiedzenia tego miejsca. Z nami nie było inaczej. Wystarczyło „Dzień dobry tvn” a wiedzieliśmy, że koniecznie musimy tam zawitać, raczej wcześniej niż później, bo my z tych, którzy na miejscu rzadko kiedy siadają. Zdjęcia znajomych i ich opinia tylko podsyciły naszą ciekawość, i tak oto zdjęcie uśmiechniętej Sue z papugą powiększyło galerię na facebooku.

Nam podobało się od samego początku. Krótkie i konkretne instrukcje od Pana na dzień dobry, kupiony bilet, karma i kilka drobiazgów i byliśmy gotowi zobaczyć kolorowy świat na żywo. Pierwsze wrażenie WOW. Po zwiedzaniu miejsc, gdzie zwierzęta to się ogląda i za nic na świecie nie wolno ich ni dotknąć ni nakarmić, te wolne ptaki latające nad nami naprawdę robią robotę. Musieliśmy chwilę się oswoić, wyłapać odpowiedni moment i sposób na zachęcenie papug do nas i później poszło. A poszło tak, że jeszcze w trakcie Sue się pytała, czy jeszcze tu wrócimy. Nie wiedzieliśmy gdzie się patrzeć, które łapać, bo wszystkie strasznie nam się podobały. Oczywiście najbardziej przykuwają wzrok te duże, ale te mniejsze też są cudne. Część z nich mocno wprawiona w boje i w głębokim poważaniu ma ludzkie towarzystwo, bierze sobie pojemniczek w dziób i tyle ją widzieli. Była też taka jedna, co to nikt z nią nie wygrał. Wszystkich dziobała, wszystkim karmę zabierała, charakterek pierwsza klasa, to pewnie dziewczyna 😉

A tak ogólnie, pomijając, chyba już oczywiste zachwyty, papugi, po krótkim wywiadzie z sympatycznymi pracownikami, najlepiej odwiedzać zaraz po otwarciu lub przed samym zamknięciem. Nie ma wtedy tłumów, a i ptaki są chętniejsze na zaczepki. Zasypiają najczęściej w godzinach 13-17 i wówczas są najmniej chętne na karmienie, chociaż, jeśli czas nas trochę ogranicza, to obojętnie o której godzinie i tak warto tam zajrzeć.

Papugarnia Carmen to miejsce dla wszystkich, bez żadnych ograniczeń wiekowych. Spokojnie spodoba się zarówno młodszym jak i starszym, a wcale nie jestem pewna komu bardziej ;). Czystko, miło, ciekawie i przyjemnie. Życzymy tylko, żeby Papugarnia poziom utrzymała, a na pewno będzie jednym z najbardziej lubianych miejsc w Warszawie. My wrócimy na pewno :)

1 2 3 4 6 7 8 9 10 11 12 13 14 15 16 17 18 20 21

woman-975339_1920

Matka Matce ???

I po jaką cholerę ze sobą walczymy ?

Ile matek, tyle opinii i tyle sposobów na wychowywanie dziecka. I ile matek, tyle jadu w internecie. Męczy mnie to już przeokrutnie i mam pomysł dla nas mam wszystkich, żeby zająć się sobą i swoim dzieckiem, a innym matkom dać spokój, niech sobie chowają po swojemu. Przecież nikt nie lubi, kiedy mu się z buciorami do domu wchodzi. Więc moje cztery kąty, moja rodzina i moja sprawa. Jak będę chciała rady to o zdanie spytam lub poszukam se w książce, gazecie, necie. Gdziekolwiek.

Są jednak pewne wyjątki, kiedy jak najbardziej trzeba się wpieprzyć i zainterweniować. Kiedy pojawia się alkohol, przemoc i ewidentne zaniedbanie. Nie gadaj jednak wtedy z matką, bo z taką pewnie gadać nie ma o czym, ale dzwoń tam, gdzie trzeba. Ty będziesz miała czyste sumienie a dziecko pewnie życie spokojniejsze. Bo o ile się mówi, że dziecko najbardziej chce być przy matce, to pewnie tak jest, bo innego życia nie zna, ale kiedyś, w przyszłości, będzie wdzięczne, że ktoś zauważył i pomógł. Ale mamo droga w innych przypadkach, gdy Tobie zwyczajnie się widzi inaczej, daj sobie spokój i daj spokój innej matce.

Jestem kompletnie zafiksowana na macierzyństwie. Skoro zdecydowałam się na bycie matką, chcę tę rolę zagrać jak najlepiej. Mam więc swoje mocne zasady, których nie łamię i których mocno się trzymam. W tej kwestii podejście do wychowania dziecka mamy z mężem takie same, na szczęście więc u nas problemu nie ma. On pojawia się gdzie indziej, kiedy innej matce nie podoba się to jak chowam swoje dziecię i rzuca komentarze zupełnie niepotrzebne. Ciśnienie mi wtedy wzrasta i rodzi się konflikt niepotrzebny, bo ja z tych, które milczeć zamiaru nie mają, kiedy ktoś czepia się z dupy strony. Dlatego taka złota rada, nie oceniaj, a oceniana nie będziesz.

Chociaż, przyznaję się bez bicia, sama kiedyś byłam tą, która swoje zdanie w kwestii wychowania wypowiadała głośno. Nie było po mojemu, to bach, słowotok. Na szczęście z czasem, kiedy sama kilka razy usłyszałam zupełnie mi zbędną opinię innych, zaczęłam uczyć się milczeć w pewnych momentach. Zdałam sobie sprawę, że przecież nie każdy musi tak jak ja, naprawdę. Gryzę się więc w język i wciąż uczę wielkiej sztuki, jaką jest milczenie. Nie obchodzi mnie więc jak wygląda Twoje dziecko, jak je ubierasz, jak wychowujesz, czym karmisz i jak organizujesz czas wolny. Mam to w głębokim poważaniu, bo wiem, że każdy z nas kiedyś zbierze owoce swojego macierzyństwa. Czas zweryfikuje.

A kiedy ktoś mnie pyta o radę? Odpowiadam. Mówię o tym, jak robimy my, czym się kierujemy i co jest dla nas ważne, bo nie chodzi o to, żeby milczeć, ale o to, żeby wiedzieć kiedy mówić. Nie boję się swojego zdania na temat słodyczy i wciskania na siłę maluchowi żarcia dla dorosłych, to nie małpa, ani żaden królik doświadczalny, na wszystko przecież przyjdzie czas. Potrafię powiedzieć co myślę o dzieciach przy „stole dorosłych”, o nauce, czapkach kiedy na dworze +100ºC, o kłótniach przy dziecku, o szacunku, wspólnym czasie i innych moich poglądach. To są mojej sprawy i przecież mogę o nich paplać, mogę o nich pisać i opowiadać wszem i wobec. A Ty wcale nie musisz się do nich stosować ani brać ze mnie przykładu. Jeśli Ci się podoba, bierz i owszem, jeśli nie, chowaj po swojemu i mnie nie oceniaj.

Zawsze lepiej dogadywałam się z chłopami. Oni nie mają problemu, gdy powiesz im coś do słuchu, jeśli taka konieczność następuje, potrafią 5 minut później wódki razem się napić. Oni nie czepiają się bez powodu i nie przejmują się głupotami. Skupiają się na sobie i swoim życiu, a na resztę mają równo….obojętnie. I tak sobie myślę, że zamiast się tych chłopów wiecznie czepiać, warto czasami wziąć z nich przykład i skupić się na sobie, swoich czterech literach i swoich dzieciach. Wyobrażasz sobie, jak świat stałby się piękniejszy ?

Tak może być, to wszystko jest do zrobienia. Zacznijmy od siebie. Nie komentujmy i nie dajmy komentować innym naszych sposób na macierzyństwo. Nie oceniajmy i nie traktujmy innych z góry. Niech każda ma możliwość robić po swojemu. Pewnie, że możesz mówić o swoich sposobach, jest wiele kobiet, które potrzebują rad. Jest jednak różnica w przekazie, że Ty nie dajesz swojemu dziecku coli a w krytyce matki, która poi tym swoją pociechę. Przecież to Jej dziecko i Jej sprawa. Czyż nie ?