Ciężki Los Naszych Dzieci

baby-2166101_1920

Rodzice mają jedną wspólną cechę. Doskonale widzą wady i złe zachowanie u innych dzieci, ale swoje zawsze potrafią wytłumaczyć. A to złym dniem, bolącą główką, słabą psychiką, dysleksją, wstydem itd. itp. Nie, moje to jest cacy, to wina Twojego. Takich wymówek można znaleźć miliony. A ja myślę, że wszystkie dzieci, łącznie z moim na czele, są cwańsze niż ustawa przewiduje. Kupują nas częściej niż nam się wydaje. Warto więc czasem wyjść z siebie, stanąć z boku i spojrzeć tak trochę chłodno na swoje dziecko, by zobaczyć, że wcale taka biedna z niej sierota to nie jest.

Zu jest osóbką dość drobną, przez co odbierana jest jak taka słodka laleczka, którą opiekować trzeba się podwójnie. Do tego dochodzą chochliki w czach, dołki w policzkach i lekko falowane długie włosy, a odbiór sam się nastawia. Ją samą często to denerwowało, odbieranie Jej, jako osoby raczej bezbronnej. Pamiętam, jak wracała ze szkoły zła, bo dziewczyny ze starszych klas zaczepiały Ją i piały nad Nią z zachwytu. Większość pewnie odebrałaby to jako komplement. My tłumaczyliśmy Jej to w podobny sposób, ale nie, Ona po dziurki w nosie miała tych ochów i achów nad swoją osobą, tym bardziej, że takie traktowanie powtarzało się dość często. Nie tylko od starszych koleżanek, ale też nauczycieli czy woźnych, którzy systematycznie ubolewali nad Jej ciężkim losem, jako uczennicy. A powiem szczerze, że nijak to się miało do Jej osoby. Bo Zu z jednej strony urocza i słodka, umiała doskonale walczyć o swoje i wbijać szpilę tym, którzy mocniej dali Jej się we znaki. Dość długo tego nie widziałam, bo tak naprawdę córka nie dawała nam nigdy większych problemów wychowawczych i ja sama pewnie odbierałam Ją podobnie, jak większość znajomych. Pewnie dlatego puszczaliśmy Ją do szkoły z pewną obawą. Nie baliśmy się w ogóle problemów z nauką, mimo tego, że zaczynała szkołę na poziomie zerowym. Nie umiała czytać ani wybitnie trzaskać matematyką. W porównaniu z dziećmi, z którymi trafiła do klasy, powiem szczerze, była w czarnej dupie. Ale to nie problem, naprawdę. Wychodzę z założenia, że jak się chce i trochę czasu się poświęci, to można wiele zdobyć. Ja się obawiałam raczej tego, jak ta moja kruszyna poradzi sobie w tym okropnym szkolnym środowisku. Ale co tam, decyzja zapadła, rozczulać się nie będziemy. Puszczamy Ją na głęboką wodę, niech się uczy radzić sobie w życiu. Każdy musi, inaczej zginie.

Moje zdziwienie było tym większe, kiedy po kilku miesiącach pytam się wychowawczyni jak Zu, w sensie emocjonalnym, a Ona mi odpowiada: „ Zuzia? Ta mała sobie świetnie radzi, połowę klasy sprzeda w sekundzie” Wtedy zaczęłam otwierać oczy i przyglądać się córce z innej perspektywy. To pozwoliło mi spuścić trochę powietrza i spojrzeć na Nią, jak na inną osobę. Zaczęłam mocniej przysłuchiwać się jak rozmawia z koleżankami, jak rozwiązuje pewne nieporozumienia, jak coś opowiada. To pozwoliło mi dokładnie dostrzec to, o czym mówiła Jej wychowawczyni. Ten spryt, którego wcześniej jakoś nie widziałam, to zacięcie, kiedy chciała walczyć o swoje i niesamowitą ambicję, którą czasem próbuję ostudzić, gdy zaczyna wymagać od siebie zdecydowanie za dużo. Wtedy przestałam się nad córką użalać. Zobaczyłam w Niej wojownika, który poradzi sobie w życiu. Dziewczynę, która doskonale wie czego chce. Ale nie zobaczyłabym tego, gdybym wciąż chodziła z klapkami na oczach i nie pozwoliła nikomu ocenić mojego dziecka. A uważam, że każdej matce taka ocena powinna być wykładana, bo my często obiektywne być nie potrafimy. Widzimy własny obraz naszego dziecka, niestety w większości przypadków mocno zniekształcony.

Ostatnio jedna z moich znajomych mocno zaczęła się rozczulać nas swoją córką, jaka to ona biedna, że chodzi do tej szkoły, że źle zrobiła, że ją puściła, że w innych szkołach praktykuje się, że dzieci zostają jednak drugi rok w tej samej klasie itd.itp. Patrzyłam, słuchałam i naprawdę nie wierzyłam. Właśnie dlatego, że ja widzę jej córkę całkiem inaczej. To mała spryciura jest, która potrafi ustawić wszystkie dzieciaki obok siebie i tak przekręcić przebieg wydarzeń, że wszyscy są winni, tylko nie ona. Nie muszę chyba nadmieniać, że mała, jak wszystkie obecnie dzieciaki, perfekcyjnie radzi sobie z każdą technologią, która wpadnie jej w rękę. Nie szkodzi, że wtedy musi trochę przeczytać, czy nauczyć się obsługi. Ta nauka wcale nie boli, ale rozwiązanie kilku zadań to już wyczyn ponad jej możliwości. Wtedy zaczynają się schody i wszelkie możliwe jęki stęki. Mamusia oczywiście zaczyna wówczas się nad córcią użalać i mocno przepraszać, jaką to krzywdę ogromną dziecku wyrządziła, że ją do szkoły wcześniej puściła. Przecie to dziecie niegotowe jeszcze. A ja myślę, że gotowe i to bardzo, tylko mocno sprytne i wie jak na matce zagrać. Zu też próbuje 😉 Ale gdy się powiedziało A, trzeba powiedzieć i B. Życie ma to do siebie, że czasem rzuca nam kłody pod nogi, uciera nosa w najmniej spodziewanym momencie. Uważam, że jesteśmy od tego, by uczyć dzieci walki na takie momenty, a nie płaczu nad rozlanym mlekiem.

To, że dziecko zawsze będzie dla matki malutkie i takie bezbronne to pewne. Będziemy do końca naszych dni trząść się nad każdym ich potknięciem i płakać po nocach nad ich bólem. Taka jest miłość matczyna i nie ma w ogóle co z nią walczyć. Nie wygramy. Ale obok tej miłości powinien stać rozsądek, który pozwoli puścić dziecko trochę dalej, który pozwoli nam zobaczyć wady naszego dziecka i dostrzec, że też popełnia błędy. Nie jesteśmy od tego, by dziecko osądzać, ale od tego, by tłumaczyć co źle zrobiło i dlaczego, wyciągać z tych błędów wnioski, które mogą przydać się na przyszłość. Nasze dzieci rosną, rozwijają się i naprawdę radzą sobie doskonale. Tylko zamiast ćwierkać nad nimi, warto pokazać im, że my wiemy, że są mądre i sprytne i sobie poradzą. A jeśli im się nie chce i znajdą kolejną wymówkę, niech poniosą konsekwencje swoich czynów, nieodrobionych lekcji, nieprzeczytanej lektury czy kłótni z koleżanką. Bo niby kiedy jest ten magiczny wiek, gdy powiemy „NIE”, bez wyrzutów sumienia, kiedy uznamy, że już nie przeczytamy dziecku lektury, nie odrobimy lekcji, czy załagodzimy sporu z koleżanką? Zamiast tego uczmy nasze dzieci ambicji, chęci rozwoju, spełniania marzeń i nie narzekania na ciężki los. Przecież nie jest tak źle.

Share This Story

STREFA MAMY

You May Also Like

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *


sześć − = 5

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>