Góra Tajget

52/2016 #5

Jestem trochę rozdarta i zagubiona. Uwielbiam Panią Anię, za książki, za pasję, za gadkę, za poczucie humoru i za męża też uwielbiam. Czekałam na Jej książkę niecierpliwie, przekonana, że to będzie strzał w 10, jedna z lepszych, jakie przeczytam w 2016. Kupiłam „Górę Tajget” bez zastanowienia. Szczęśliwa, że wreszcie jest. Pewna, że inne odłożę na bok i skupię się na tej jedynej, wyczekanej.

Prawda jest taka, że „Góra Tajget” do łatwych i przyjemnych książek nie należy, ale z takimi nigdy problemu nie miałam. Anna Dziewit-Meller porusza w niej temat trudny i bolesny, bo taka właśnie była wojna, chociaż wszystko zaczyna się spokojnie i współcześnie.

Poznajemy Sebastiana, aptekarza, świeżo upieczonego ojca. Jego życie, odkąd pojawiło się dziecko, zakłóca wieczny strach. Dni wyglądają tak samo, dom, rodzina, praca – apteka odziedziczona po ojcu, znajdująca się w pobliżu szpitala. Zwykłe życie. Powoli w inny świat przenosi nas staruszek, który z zaskoczenia prosi Sebastiana o pomoc w uzyskaniu od miasta pomnika dla dzieci, które zginęły w szpitalu w czasie II wojny światowej, w ramach prowadzonych tam badań. Zdaniem poczciwego nauczyciela miasto musi uczcić pamięć o tych dzieciach. Sebastian początkowo myśli, że starszy mężczyzna bredzi, ale gdy ten ponawia prośbę, aptekarz zaczyna interesować się tą sprawą.

W kolejnych rozdziałach książki poznajemy Gertrudę Luben, profesor, która w swoim życiu prowadziła eksperymenty na dzieciach. Czuję strach, ale nie ma w niej poczucia winy. Jej postać jest inspirowana lekarzami, Elisabeth Hecker i Ernst Buchalik, którzy w czasie II wojny światowej prowadzili w szpitalu dla psychicznie chorych w Lublińcu zbrodniczą działalność. Nigdy nie zostali ukarani za okropne czyny popełnione na dzieciach, a w Republice Federalnej Niemiec dożyli spokojnej starości jako szanowani obywatele.

Zefka wraca na Śląsk z Niemiec. Z jednej strony tęskniła za domem, ale po powrocie tu, tęskni tam. I tęskni za Emmą, kobietą, która okazała jej wiele ciepła i czułości. Nigdy tego nie zaznała w domu. Potrzebowała takiego uczucia.

I jest jeszcze Rysio, mały chłopczyk w ciemnym, długim szpitalnym korytarzu. Idzie, przestraszony, nie wie po co i nie wie gdzie……..

Zaczęło mi się łatwo. Sebastiana, pierwszego bohatera „Góry Tajget” zrozumiałam od razu. Mam to samo, odkąd pojawiła się Sue. Czuję wieczny strach i sama się dziwię, że jeszcze na zawał nie walnęłam. Dlatego właśnie poczułam w nim bratnią duszę. Jestem pewna, że wódki mogłabym się z nim napić spokojnie. I czytałam tak sobie, łatwo i przyjemnie. Do czasu. Bo im dalej szłam, tym jakoś gorzej mi się robiło, ciężej szło. I ciężko mi to teraz wszystko zebrać w całość i sensownie napisać. Gubię się, tak samo jak podczas czytania. Tym razem z Panią Anią nie poszło nam w tym samym kierunku. A może to ja nie do końca zrozumiałam, nie wyczułam , lub zwyczajnie się w czytanie nie wczułam. Chciałabym zacząć tę książkę raz jeszcze, bo być może coś ominęłam, coś co do końca mnie zgubiło. Z jednej strony rozumiem zamysł samej autorki, wiem o co Jej chodzi, co chciała przekazać. Szanuję i podziwiam za poruszenie tak mocnego i bolesnego tematu jakim jest akcja T4. Z drugiej coś nie zagrało, przynajmniej między nami. Myślę jednak, że kiedyś dam tej książce jeszcze jedną szansę.

IMG_0145

You May Also Like

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>


dziewięć × 6 =