img_3685

After Bez Siebie Nie Przetrwamy

52/2016 #14

Z książkami mam tak, że jak zaczynam to kończę. I nawet jak mnie książka nie wciągnie, jak mnie lekko męczy, to czytam do końca, no dobra, z jednym wyjątkiem. Ulissesa nie dałam rady, a naprawdę, starałam się, siedem razy!!!!!! Poległam. W innych przypadkach wygrywałam, ciągnęłam, czasem naprawdę długo, ale przeczytałam do końca.

Tak było z ostatnią książkę, męczyłam, męczyłam, aż zmęczyłam. I mimo tego, że okładka zachęca napisem „największy fenomen wydawniczy tego roku”, to dla mnie to się lekko z prawdą mija, chyba, że fenomenem jest to, że ktoś się zdecydował tę książkę wydać. Innego fenomenu nie dostrzegam. Opowieść się ciągnie jak flaki z olejem, przy kolejnych wydarzeniach mam wrażenie, że to już było, a opisy sytuacji i całego krajobrazu wokół nie mają końca. Przekleństwa wplecione jakby na siłę, lekko połączone z kopią 50 twarzy Grey’a, to już było!!!! A pewne zdarzenia pojawiały się nie wiadomo skąd i nie wiadomo po co. Koniec jest najlepszy, mocno przyspieszony, kilka lat opisanych na kilku kartkach, śmiesznie, w porównaniu z tym, że wcześniej akcja miała żółwie tempo. To tak, jakby autorka się zmęczyła i zakończyła na siłę, żeby jakiekolwiek zakończenie mieć. A mnie właśnie dopiero to zakończenie zainteresowało, chociaż nie jakoś specjalnie, tak leciutko, na tyle, że przyspieszyłam, tak jak autorka, byleby tylko mieć już tę książkę za sobą. A, mowa o „After Bez siebie nie przetrwamy”. Nie polecam.

img_3686

IMG_9913

Elementarz Stylu

52/2016 #13

Na bloga Kasi Tusk zaglądam regularnie. Nie komentuję nic, nie jestem też ogromną fanką Jej stylu. Mogę nawet śmiało powiedzieć, że mój styl baaaardzo odbiega od tego, jaki prezentuje Kasia. Jestem za to wielką fanką Jej zdjęć. Uwielbiam je oglądać. Niby zrobione od niechcenia, tak zwyczajnie w domu, na ulicy czy na plaży. Bez żadnych wyszukanych elementów, wysilania się, i nadmiernego photoshopa. A jednak jest w nich coś magicznego, to coś właśnie, co przyciąga i sprawia, że się tam wraca, nawet jak nie do końca gra nam w duszy ta sama muzyka..

Książkę Kasi kupiłam z czystej ciekawości. Byłam naprawdę ciekawa tej pozycji, zwłaszcza, że to wielka odwaga wydać poradnik w czasach, gdy wszystko znajdziemy w internecie. Ja sama od dawna nie kupuję tego typu książek, skoro wszystko mam w sieci. Ale tu wygrała ciekawość i chęć zobaczenia tych zdjęć, znowu.

Książka już od okładki jest idealnie skomponowana ze stylem i estetyką Kasi. Prosta i bardzo schludna dalej utrzymuje się w tym samym klimacie. Podzielona na osiemnaście rozdziałów książka jest dobrym drogowskazem nie tylko dla tych, którzy pogubili się w modzie i szukają drogi odpowiedniej dla siebie, ale jest idealna również dla tych, którzy poszukują lekkich porad na określone sytuacje. I tak w pierwsza część książki to porady między innymi na temat bałaganu w szafie i jak z niego wyjść, jak stworzyć bazę ubrań, do której będzie pasowało wszystko, w co się ubrać na weekend za miasto a w co na wielkie wyjście. W drugiej części Kasia opisuje cztery największe miodowe miasta na świecie, swoją codzienność, wspomina o odpowiednim zachowaniu i że kompleksy nie mogą być wymówką. Każdy z tych rozdziałów opatrzony jest oczywiście pięknymi zdjęciami, które idealnie komponują się z treścią.

Książka wydana jest perfekcyjnie, dopracowana w każdym najmniejszym szczególe, łącznie z tasiemką, która robi za zakładkę, naprawdę genialne rozwiązanie. „Elementarz stylu” jest bez wątpienie idealną wizytówką Kasi Tuski i książką, która z pewnością przyda się każdej kobiecie, bez względu na wiek i styl.

IMG_9914

IMG_9249

Gdzie Jest Julia ?

52/2016 #12

Nie pamiętam już, kiedy usłyszałam pierwszy raz o Julii. Nie była to na pewno jakaś długa i fascynująca opowieść, raczej takie krótkie info, rzucone jedno zdanie. To jednak wystarczyło, by ta dziewczyna zapadła mi w pamięć.

A Ty znasz Julię? Zwykłą/niezwykłą dziewczynę z sąsiedztwa, byłą pracownicę TVN-u, która tak o pewnego dnia rzuca wsio i rusza w podróż dookoła świata? Nie znasz? Najwyższa pora, żebyś poznała. Bo to fajna dziewczyna jest. W sumie to ja też Jej nie znam tak o, osobiście, ale na pewno jest fajna, bo każdy, kto ma w sobie tyle szaleństwa i odwagi, by odmienić swoje życie, nawet nie wiem o ile stopni, musi być fajny.

Julia chciała wyjechać tylko na kilka miesięcy, zwiedzić świat i wrócić. Sama nie wie skąd w Niej pojawił się taki pomysł. Nigdy nie była wielką miłośniczką podróży, nie ciągnęło Jej w nieznane, nie musiała ani sobie, ani innym niczego udowadniać. Coś po prostu jednego dnia zaświtało Jej w głowie, pojawiło się nie wiadomo skąd. Swoim szalonym pomysłem podzieliła się z przyjaciółka, a ta bez zastanowienia powiedział: „ Jedź”. I pojechała. Rok później, spakowana, pożegnana, lekko zdenerwowana i całkiem zielona ruszyła ku przygodzie. Przygodzie, w której została, w miasteczku, którego nawet nie miała w planach. Została. Szczęśliwa i zakochana.

Ale zanim tam trafiła to trochę sobie pojeździła, trochę przeżyła i trochę zobaczyła.

Tajlandia, Malezja, Indonezja, Australia, Nowa Zelandia, Polinezja Francuska, Chile, Peru, Kuba, Meksyk, Polska, Australia. To Jej mapa. Pokonana w pojedynkę, ale nie w samotności bo z przypadkowo poznanymi ludźmi, równie szalonymi jak Ona. Bez nadbagażu, luksusowych hoteli z opcją all-inclusive, bez przewodników, podstawianych na zawołanie autobusów, całkiem na dziko, tak nasza dziewczyna zwiedza świat. A podczas podróży prowadzi blog, a później wydaje książkę. Fascynującą opowieść o Jej podróży życia. Z dokładnymi opisami miejsc, w których się pojawiła, o ludziach, których poznała, opowiada w sposób tak ciekawy, że ciężko się od tej opowieści oderwać. Masz za to ochotę spakować się tak jak Ona, rzucić wszystko i pojechać w nieznane, zobaczyć zakątki o jakich marzyłaś, bo przecież Julia pokazuje Ci, że można, że to wcale takie trudne nie jest. Julia zaraża optymizmem, daje wiarę i solidnego kopa. Dla ułatwienia daje też wskazówki, dla każdego rejonu oddzielne, a na końcu książki ogólne informacje, które z pewnością ułatwią podróżowanie. Po takiej książce nie pozostaje nic innego, jak tylko wyruszyć w swoją podróż, bo jak mówi Małgosia, przyjaciółka Julii, podróże zmieniają nas na lepsze.

Julia została w Australii, w małym miasteczku Brisbane, z mężczyzną swojego życia, z którym spaceruje brzegiem oceanu, z którym rozbija namiot na środku pustyni, i dla którego nauczyła się lepić pierogi. Julia wyjechała w podróż dookoła świata, by odmienić swoje życie i znaleźć swoją miłość. Ale przecież my nie musimy rzucać wszystkiego by zwiedzać świat. Możemy to robić ze swoimi chłopakami, mężami, dziećmi. W podróżach nie ma przeszkód. A zwiedzanie świata z tymi, których się kocha, poznawanie dzieci z innymi kulturami to najpiękniejsze, co możemy dla nich zrobić. I te wspomnienia, nasze wspólne, które zostają z nami na zawsze. Piękny bonus.

Możliwości są jak wschody słońca.

Gdy będziesz zwlekał zbyt długo, możesz je stracić

William Arthur Ward

IMG_9241

IMG_9202

Igrając Z Ogniem

52/2016#11

Tess Gerritsen kocham od dawna, od pierwszej książki, która całkiem przypadkowo wpadła mi w ręce, popłynęłam, przepadałam. I mój budżet lekko też, bo zaraz poleciałam po kolejną i kolejną i kolejną. A musisz wiedzieć jedno. Z Tess mam tak, że Jej książki połykam. Dzień, maks dwa i po przyjemności. Dlatego jest jedna zasada. Nie masz czasu, do Tess nie siadaj.

„ Igrając z ogniem” celowo omijałam, szeroko. Zamykałam oczy za każdym razem jak ją widziałam, a w głowie brzmiało mi tylko „ nie teraz, nie teraz, nie teraz….”. Aż przyszły wakacje, spacer po Świnoujściu, mijany przypadkowo salonik prasowy i jedyny egzemplarz na półce. Mój. Znowu tylko na dwa dni…..

Julia, skrzypaczka, żona i matka trzyletniej Lilly podczas pobytu w Rzymie odwiedza stary antykwariat, w którym jej uwagę przykuwa zakurzona książka z zapisami nutowymi. Jedno spojrzenie i Julia wie, że jest to idealna pamiątka dla niej. Podczas przeglądania książki na podłogę wypada z niej jedna karta z zapisem nutowym utworu Incendio nieznanego muzyka. W głowie Juli ta muzyka gra już po jednym spojrzeniu. Kobieta kupuję książkę bez zastanowienie i odprowadzona dziwnym spojrzeniem starego sprzedawcy opuszcza antykwariat i Włochy.

Już na drugi dzień po powrocie skrzypaczka siada do nowego utworu. Z początku muzyka jest spokojna a dźwięk piękny i aksamitny. Lecz po czterdziestym takcie dźwięk staje się szybszy, smyczek zaczyna poruszać się niezależnie od skrzypaczki, pot wstępuję na jej twarz, ręce nie nadążają…..przerywa w momencie gdy podchodzi do niej córka z zakrwawionymi rączkami, Julia wyjmuje z nich mokre grabie, jej wzrok podąża za zakrwawioną podłogą na której ślady zostawiły małe stópki, a po chwili wydobywa się z niej straszny krzyk. Ten kot był z nimi siedemnaście lat, a teraz zginął z rok jej trzyletniej słodkiej córeczki.

Julia siada do Incendio ponownie po kilka dniach……a później wraca do Włoch w poszukiwaniu historii.

Tess Gerritsen kolejny raz pokazała się z najlepszej strony. Perfekcyjnie przygotowana, idealnie splata ze sobą kilka wątków, wciąga czytelnika w swoje myśli, zwalnia by za chwilę mocno zaskoczyć. Jej wyobraźnia działa na największych obrotach, dając tym samym swoim czytelnikom kawał dobrego thillera do poczytania. Bo skoro sam Stephen King się Nią zachwyca, to inaczej być nie może.

IMG_9214

IMG_9112

Przesunąć Horyzont

52/2016 #10

Martynę Wojciechowską szczerze uwielbiam. Za miłość do świata, za ciekawość, za chęć życia, za pasję, za  odwagę, za upartość w dążeniu do celu, za marzenia i ich realizację. Naprawdę, szczerze uwielbiam.

I Podziwiam, choć jednocześnie nie rozumiem. Jako kobieta i człowiek, chylę czoła i zazdroszczę, jako matka w ogóle nie kupuję. Jestem rozbita. Bo z jednej strony kocham ludzi z pasją i kocham ich ciekawość świata i życia,chcę się nimi zarażać, pragnę nimi otaczać, pochłaniać w całości. Słucham ich całą sobą, nawet gdy te pasje nie leżą w moim kręgu zainteresowań. A z drugiej strony nie rozumiem ludzi, którzy swoją pasją narażają się na utratę zdrowia lub życia. I tak wiem, wszystko co złe może nas spotkać nawet w domu, jednak kusisz los gdy pędzisz na motorze lub wspinasz się na Everest. Moje spojrzenie na bezpieczeństwo było zdecydowanie inne, gdy byłam sama i gdy nie byłam odpowiedzialna za drugiego człowieka, gdy tak naprawdę nie była nikomu potrzebna, a tak bardzo się zmieniło 8 lat temu, gdy zostałam matką. Od tej chwili inaczej patrzę na świat, już nie chcę uczyć się jeździć na motorze i nie marzę o skoku spadochronem jak kiedyś…..

„Przesunąć horyzont” to moja pierwsza książka Wojciechowskiej i na pewno nie ostatnia. Wcześniej zaczytywałam się w Jej dziecięcych wydaniach, siedząc z córką przy globusie, pokazując miejsca o których pisze autorka. Te wydania dla najmłodszych są wspaniałe, idealnie dostosowane dla dzieciaków, pięknie ilustrowane. Dlatego sama sobie się dziwię, dlaczego tak późno trafiła w moje ręce książka dla starszych, ale jak to się mówi, lepiej późno niż wcale.

Połknęłam ją w sekundzie, czytałam wszędzie, łapiąc chociaż kilka wersów, nie mogłam się nią nasycić, cały czas miałam za  mało, a gdy zmuszona byłam ją odłożyć,  w mojej głowie tylko słyszałam „co będzie dalej????” I chociaż nigdy nie marzyłam o zdobywaniu takich szczytów, a po przeczytaniu tej książki jestem pewna, że na Everest na pewno nie wejdę, to dawno żadna książka nie wywołała we mnie tylu emocji, a przeplatana historia o Rafale, któremu zresztą Martyna dedykuję tę książkę, rozwalała mnie na łopatki za każdym razem. Płacz, śmiech, obrzydzenie, strach, wiara, to wszystko kotłowało się we mnie. Co kartka to inne uczucie. Nawet głowa bolała mnie razem z Martyną. I żałuję tylko jednego, że już skończyłam czytać.

Ta książka nie jest o Evereście, wbrew pozorom. To nie jest książka suchych faktów, to nie jest poradnik jak zdobyć ten szczyt, więc jeśli nie sięgasz po nią, bo nie interesują Cię góry, to pora zmienić zdanie. „Przesunąć horyzont” to hołd oddany przyjacielowi, oczyszczenie duszy. To książka o przyjaźni, o relacjach ludzkich w innych warunkach. To książka o odwadze, determinacji, zdobywaniu marzeń, to pokazanie pasji w jej najlepszym wydaniu. Tu znajdziesz wszystkie możliwe uczucia, zobaczysz ile człowiek jest w stanie się posunąć, ile może zdobyć, jak bardzo jest wytrzymały.  To książka dla tych, którzy zwątpili w siebie, stracili wiarę i nadzieję, którzy potrzebują solidnego kopa w tyłek. To książka o tym, że przesunąć horyzont jest możliwe. Wystarczy chcieć.

Martynie chylę czoła, i wcale nie dlatego, że weszła na 8848 m n. p. m. , ale kłaniam się za to, jakim jest człowiekiem.

 

IMG_9126

IMG_5810

Szczęśliwe Zakończenie

52/2016 #9

Amelia powstała jako koło ratunkowe, lek na depresję, oderwanie od szarej, biednej rzeczywistości. Powstała szybko, zaledwie w trzy miesiące. W małym, zimnym mieszkaniu, przy drapiących w gardło papierosach, jedynych na jakie mogła wtedy pozwolić sobie bezrobotna Sabina. Amelia zajmowała jej pamięć, lekko kolorowała czarne myśli. Na początku tylko na papierze, w tym małym mieszkaniu, później znacznie szerzej. Amelię szybko pokochały miliony Polek, domagając się kolejnych tomów. I Sabina je pisała. Już w ogromnym apartamencie, na specjalnym fotelu, który leczyć miał jej chory kręgosłup i pod pseudonimem – Sonia Geppert, tak oficjalnie nazywała się autorka bestsellerowej serii o Amelii, organizatorce ślubów.

Życie Sabiny zmieniło się szybko, wraz z powstaniem pierwszego tomu o Amelii. Jej konto było pokaźne, małe mieszkanie zamieniła na przepiękny apartament, a sprawami związanymi z książkami zajmowała się agentka. W tym mieszkaniu, po tych zmianach, Sabina/Sonia miała być szczęśliwa wraz z mężem i córką. Coś jednak poszło nie tak, życie napisało dla Niej inny scenariusz.

Sabinę Amelia zaczęła męczyć. Ambitna pisarka marzyła o innej książce, takiej prawdziwej, a nie romansidle. Męczyła ją Warszawa, męczył ją mąż, męczyła zła relacja z córką i nieprzewidywane ruchy agentki. Pragnęła zmian, zarówno w książkach jak i w życiu prywatnym. I uważaj o czym marzysz, chciałoby się rzec. Sabina odeszła od męża, porzuciła wygodne i bogate życie w Warszawie i wyjechała…….do malutkiej mieściny nad morzem, gdzie kupiła dom z widokiem na morze ( nie, wcale nie było tak kolorowo ) i gdzie chciała zacząć nowe życie. A co z tego wyszło to sobie doczytaj.

„Szczęśliwe zakończenie „ by Vera Falski, swoją drogą z chęcią bym się dowiedziała, któż to taki kryje się za tym pseudonimem. To książka lekka, zabawna, kobieca, niezobowiązująca, lekko zaskakująca, taka prawdziwa, napisana z lekkim przymrużeniem oka. Jednym słowem obowiązkowa lektura na wakacyjne, leniwe dni :)

IMG_5816

 

IMG_4723

Seniorzy W natarciu

52/2016 #8

Pewnie większości z nas starość nie kojarzy się zbyt dobrze. Wieje głównie nudą, chorobami i wiecznym narzekaniem, z którym tak naprawdę starsze osoby niewiele robią. Tak nas nauczyło życie, takie głównie widzimy osoby w podeszłym wieku, a wszystkie, które choć trochę odbiegają od „normy” są dla nas niezłą atrakcją. Na szczęście zmieniają się czasy, starzeją się nowe pokolenia, które wprowadzają w życie inne normy. Spacery z kijkami, podróżowanie, rowery a nawet rolki powoli stają się dla nas normą. I bardzo dobrze, chwali się.

Są jednak i tacy starsi, którzy w nosie mają kijki, podróże, rowery i rolki. Oni potrzebują innych wrażeń, zdecydowanie silniejszych doznań. Biorą byka za rogi i robią rzeczy niesamowite, które nie przyszłyby do głowy nawet największym śmiałkom. Oni potrzebują adrenaliny, przygody życia. Nudzi im się życie w domu starców. Nie cieszą już robótki na drutach, malowanie ani plotkowanie. Denerwują ich ograniczenia w żywności i faszerowanie lekami, które mocno ich osłabiają. Postanawiają wziąć życie w swoje ręce. I decydują, że będą jak Robin Hood. Zabiorą bogatym a dadzą biednym. W tym celu uciekają z domu starców, meldują się w luksusowym hotelu i tam dokonują kradzieży doskonałej. A potem zgłaszają się na policję i lądują w więzieniu. To jednak jest dopiero początek przygód grupy staruszków. Całkiem niezłej przygody…..

„Seniorzy w natarciu” to książka idealna na wakacje. Pełna przygód komedia kryminalna wciąga od pierwszej strony, zaskakując z każdą następną. Nikt się nie spodziewa na co jeszcze wpadnie zwariowana szajka. Grupa staruszków śmieszy do łez i udowadnia, że starość to tylko stan umysłu, a życie można zacząć po 80 :).

IMG_4728

IMG_4703

Myślnik

52/2016 #7

Nachodzą Was czasem takie momenty, że nic Wam się nie chce??? Najchętniej rzucilibyście wszystko w kąt, posadzili swoje cztery litery na kanapie przed telewizorem i przykryci kocem oglądalibyście wszystko jak leci. Do tego masa niezdrowego jedzenia w komplecie z wyrzutami sumienia. Nic i nikt nie są w stanie Wam poprawić humoru, nic Wam nie daje energii. Wszystko Was boli, nie macie sił na nic. Macie tak czasami ???

Mnie nachodzą takie chwile. Najgorsze to, że nawet przygotować się nie mogę bo atakują znienacka. Jestem bezsilna, a w środku wszystko we mnie buzuje. Najchętniej wskoczyłabym na ring i komuś mocno przywaliła, wyładowała całą swoją złą energię i przywołała się do stanu normalności. Wskoczyłabym, ale nie mam siły.

Nienawidzę takiego stanu. Ja, osoba zawsze w biegu, ciągle zajęta, raptownie opada z sił. Czasem pozwalam sobie na dzień lub dwa totalnego lenistwa, ładuję baterie, odpoczywam na maksa i wracam zaraz do swojego normalnego życia. Gorzej, jak te dni zaczynają się ciągnąć. Wtedy już wpadam w szał, zła tak naprawdę sama na siebie. Szukam wtedy motywacji, jakiejś siły, która popchnie mnie ku górze i nie pozwoli usiąść, dopóki roboty nie zrobię. A prawda jest też taka, że muszę sama chcieć, inaczej nie pomoże nic, bo chęci to już połowa sukcesu.

IMG_4698

Często w takich gorszych stanach, kiedy własne chęci są za słabe, szukam motywacji gdzie indziej. Cokolwiek, byleby pomogło. I tak właśnie kilka dni temu stałam się szczęśliwą posiadaczką najnowszej książki Ewy Chodakowskiej „Myślnik”. Ta pozycja to typowy kop w tyłek. Pełna pięknych, motywujących zdjęć i równie silnych tekstów. Idealna, kiedy opadasz z sił, kiedy chcesz, ale jakoś wstać nie możesz i szukasz pomocnej ręki. „ Myślnik” motywuje, sprawia, że się uśmiechniesz i stwierdzisz, że możesz, że dasz radę. To książka, której nie musisz czytać od deski do deski, bo gdziekolwiek otworzysz, będziesz w domu :) .Sama Ewa, wiadomo, ma tyle samo zwolenników co przeciwników. Zdania są podzielone, internet huczy, jest jednak coś, czego Ewie zarzucić nie można. Motywuje, jak nikt inny. Jej ciało, jej podejście do życia są najlepszą wizytówką. Nic, tylko czerpać motywację, podaną na tacy. Żal nie skorzystać.

IMG_4718

Kocham wszystko co motywuje. Myślę, że w tym zabieganym świeci potrzebujemy kopa, żeby pomyśleć o sobie i zrobić coś tylko i wyłącznie dla siebie, czysto egoistyczne, nie oglądając się na innych, bez wyrzutów sumienia. Wbrew pozorom ten egoizm wyjdzie nam na dobre. Ja musiałam trochę dojrzeć do momentu, kiedy moje własne ja, jest równie ważne jak ich. Na szczęście jestem już na tym etapie i z całego serca życzę wszystkim, by stali się egoistami, chociaż troszeczkę, bo warto :)

IMG_4707

IMG_4310

Mike Tyson Moja Prawda

52/2016 #6

Są takie książki od których naprawdę ciężko się oderwać. Zgarniasz łapczywie każdą wolną minutę, dla dwóch stron, może jednej, chcesz złapać cokolwiek. Bierzesz je ze sobą wszędzie, do autobusu, do łóżka, do toalety, do wanny. To nic, że potem suszysz dni kilka, chociaż mokrą też da się czytać, druk się nie rozlewa. Sprawdziłam 😉

Biografię Tysona kupiłam z całkiem przypadka. Tak w sumie od niechcenia, dla zapchania dziury, dla kupienia jakiejkolwiek książki ( tak mam ), i dlatego, że uwielbiam biografie. Boksem specjalnie się nie interesuje, Tysonem tym bardziej. Coś tam o Nim słyszałam, wiadomo. Kupiłam, to stwierdziłam, że i przeczytam, w połowie mokrą, bo to właśnie taka książka, którą bierze się ze sobą wszędzie.

Tak jak napisałam wcześniej, biografie uwielbiam, bo uwielbiam ludzi i kocham ich poznawać, ale niestety jest z nimi różnie. Najczęściej są tak mocno ubarwione, wyidealizowane, że w połowie lektury sama nie wierzę w to co czytam. Ci sławni są tacy idealni, z ewentualnie malutkimi rysami. Piękni, bogaci, uzdolnieni. I tak się też przedstawiają. Opisują swoje życie w samych superlatywach, a porażki lub potknięcia, o których wspominają, zajmują dwa zdania i pojawiają się tylko dlatego, że świat kiedyś tam o nich usłyszał, to głupio nie wspomnieć. Reszta jest dokładnie zamieciona pod dywan i życie znowu jest takie piękne.

U Tysona jest na odwrót. Bokser sypie prawdą jak z rękawa. Wspomina dokładnie swoje ciężkie dzieciństwo, nieciekawe relacje z matką, dziwną, ale bardzo mocną więź ze swoim odkrywcą – trenerem, u którego w końcu zamieszkał, i który był dla niego najważniejszy. Mike nie ukrywa swojej przeszłości, problemów z psychiką, łykania Zoloftu. Nie zamiata pod dywan alkoholu i narkotyków. Otwarcie mówi o swojej porywczości. Nie chowa kolejnych żon i dzieci, ani tego, że to On był przede wszystkim winien rozpadów swoich związków. Bokser dokładnie opisuje imprezy, prostytutki, wielką miłość do pieniędzy, których w ogóle nie szanował. Otwarcie mówi o swoich zarobkach i swoich długach. Opowiada o swoim życiu za kratkami, o walkach, które wygrał i te, które położył. Przedstawia swoje życie bez ściemy.

Biografia Tysona to zdecydowanie jedna z lepszych książek jakie miałam przyjemność przeczytać. Taka szczera i prawdziwa, a to lubię w biografiach najbardziej. Poznałam Tysona dokładnie, inaczej na Niego patrzę, już nie tak, jak przedstawiały Go media. I chociaż wiem, od Niego samego, że święty nie był, to wiem też, jaką drogę musiał przejść, a to trochę tłumaczy. Naprawdę warto sięgnąć po Jego książkę, naprawdę warto Go poznać.

IMG_4316