doctor-1149149_1920

Wizyta U Dentysty. Gaz Rozweselający Dla Dzieci

Pierwsza wizyta Sue u dentysty była wielkim sukcesem. Mała bez problemu otworzyła buzię, dała sobie przejrzeć wszystkie ząbki, poddała się lekkiemu leczeniu. Nie było lamentu, krzyków, płaczów. Na zakończenie wielka pochwała, milion całusów i wymarzona lalka w prezencie. Wydawać by się mogło, że ta pierwsza wizyta, o której tak zawsze głośno się trąbi, przebiegła książkowo.

Potwierdzić to mogły kolejne wizyty w gabinecie stomatologicznym. Badania i przeglądy zębów przebiegały bez większego problemu. Nie stresowaliśmy się zbytnio, ani my, ani Sue. Ot, taka zwykła, konieczna wizyta. Idealnie.

Aż tu nagle, bez ostrzeżenie, bez wyraźnej przyczyny, odmiana całkowita. Sue denerwuje się jak tylko usłyszy, że ma iść przejrzeć zęby, na fotelu płacz i na maksa zaciśnięta szczęka. Prośbami i groźbami jakoś zęba wyleczyliśmy, ale napociliśmy się wszyscy bardziej niż na maratonie. Następne odwiedziny przebiegały podobnie. Masakra, że tak delikatnie powiem. A najgorsze, że my nawet nie wiemy skąd taka panika. Na każdej wizycie byliśmy z Nią, na żadnej nie wydarzyło się nic strasznego. Nigdy nie groziliśmy, nie straszyliśmy dentystą, dalecy jesteśmy od takich sztuczek. Serio nie widzimy nigdzie błędu. Zmieniło Jej się i już.

I teraz, gdy zobaczyłam małą dziurkę do leczenia, już się zmęczyłam na samą myśl. Gdyby tylko były inne sposoby leczenia zębów, byłabym pierwsza do ich wypróbowania. Naprawdę. Więc ten gabinet, co tu się otworzył na naszej ulicy, spadł nam z nieba. A jeszcze bardziej wielki baner przy nim, z napisem „Gaz rozweselający”.

Na leczenie szła oczywiście jęcząc. A czy duża dziurka, czy będzie wiercił, czy będzie bolało. Milion pytań, łzy w oczach, wielki strach. Ja żyłam nadzieją, że ten gaz jednak pomoże.

Ta wizyta przypadła w udziale mężowi. Zadzwonił zaraz po. Uradowany, że się udało. Tak zwyczajnie, po prostu, pan Kuba zęba wyleczył. Od tamtej pory nie ma innej opcji. Ma być gaz rozweselający i koniec. Ja całkowicie się zgadzam. Dla mnie to kolejne spokojne minuty na czytanie książki 😉

Nie wiesz jak działa ta metoda, to tak po krótce Ci opowiem.

Sedacja wziewna, to jej prawidłowa nazwa, polega na podaniu podtlenku azotu i tlenu pacjentowi przez specjalną maskę ( zakup maski jest jednorazowy ). Podanie tej mieszanki wprowadza dziecko w stan ogólnego rozluźnienia, rozweselenia oraz pomaga w podaniu znieczulenia. Dzieciom wydaje się, że biegają po łące, wąchają kwiatki, albo, jak było w przypadku Zu, latają. U Sue było to widoczne gołym okiem, bo nogi zadzierała pod sufit, muszę przyznać, że śmieszny widok.

Gaz rozweselający z powodzeniem można stosować u dzieci powyżej 3 roku życia. Należy pamiętać, że nie powinno się stosować go na siłę, gdyż dziecko musi idealnie współpracować z dentystą, ważny jest tu bowiem odpowiedni oddech dziecka.

Sedacja wskazana jest każdemu, przestraszonemu pacjentowi. Zabieg ten pozwala pozbyć się stresu i normalnie poddać leczeniu. Ciekawymi przypadkami są dzieci, które doświadczają chwilowej amnezji po podaniu gazu. Sedację warto zastosować też u dzieci z ADHD, chorobami serca, nadciśnieniem, padaczką czy astmą. W tych przypadkach zmniejszenie stresu odgrywa ważną rolę. A jeśli Ty też boisz się borowania, to gaz rozweselający działa też na dorosłych. Nasz dentysta próbował na sobie, na niego zadziałało jak 0,5 l. 😉

Jeśli masz jakiekolwiek obawy przed podaniem dziecku tego specyfiku to zupełnie niepotrzebnie. Gaz jest całkowicie bezpieczny i maluch wraca do normalnego stanu zaraz po zakończeniu. Należy jednak pamiętać, że na ok. 10% małych pacjentów gaz w ogóle nie działa.

Sedacja nie należy do najtańszych przyjemności. U nas to koszt ok. 80 zł + zakup jednorazowej maski za 20 zł. Ja jednak uważam, że naprawdę warto. Zrobię chyba wszystko, żeby wizyty u stomatologa przebiegały w spokoju. A jak u Was przebiega leczenie zębów? Próbowaliście gazu, czy u Was jest zbędny ?

IMG_8061

Własny Kąt

Każdy z nas powinien mieć w domu takie miejsce, gdzie może chwilę odsapnąć, odciąć się od świata i zwyczajnie pobyć ze sobą. Taki kąt do śmiechu, płaczu, zebrania myśli, czytania, pisania, bawienia się, odpoczywania czy zwykłego nicnierobienia. Takie miejsce, gdzie po powrocie z wyjazdu siada i mówi:

” Wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej”

Gdy byłam młodą dziewczyną, wchodzącą powoli w wiek nastoletni, mogłam namiętnie oglądać amełykańskie filmy o amełykańskich dzieciakach. To była czysta fascynacja, nie ukrywam. Ich świat, życie i domy, takie odległe od naszego, takie bajeczne, w końcu amełykańskie ;). Mogłam godzinami leżeć i wyobrażać sobie, że wchodzę w ich świat, żyję ich życiem. To była czysta magia, świat tak kolorowy, praktycznie bezproblemowy, gdzie wiele się działo, gdzie nie było czasu na nudę. Te ich szkoły, takie inne od naszych. Ich ubrania, kolorowe i odważne. I te ich pokoje. O mamusiu, jak ja uwielbiałam ich pokoje. Wielkie łóżka, plakaty, ogromne biurka, lustro i najważniejszy i zawsze obecny element – siedziska pod oknami. Wielkie LOVE!!!!

Fascynacja światem amerykańskim mi przeszła, chociaż szczerze muszę przyznać, ich seriale dalej uwielbiam, za to siedzisko było we mnie cały czas, a widok zaokrąglonych, dużych okien, tylko pobudzał moją wyobraźnię. Wiedziałam, że prędzej czy później będę musiała spełnić swoje dziecięce marzenie. Okazja nadarzyła się przy remoncie pokoju córki. Jednego byłam pewna, mimo tego, że nie mamy dużych okien, nadprogramowych metrów ( mamy raczej te ujemne 😉 ) i naprawdę małej przestrzeni pod oknem, siedzisko zmieszczę ;). Wystarczyło przyciąć parapet, wymienić grzejnik na mniejszy i coś tam się zmieściło. Dodatkowo siedzisko musiało być dla mnie również praktyczne, na małej przestrzeni liczy się każda szafeczka.  I jak już to siedzisko stanęło pojawił się mały problem z poduchami. Okazało się, że nasz rynek w tej kwestii jest raczej ubogi i poduch szytych na zamówienie nie było. Przez dłuższy czas musiałam się zadowolić kompletem poduch na krzesła, które niestety wymiarowo nie do końca pasowały, no ale jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma 😉 Do czasu. Kolejne poszukiwania specjalnej poduchy okazały się sukcesem. Trafiłam do świata Fabryki poduszek

Od samego początku pełen profesjonalizm połączony z przemiłą obsługą. Wiedziałam już po pierwszym mailu, że będzie ok :). Pani Natalia, serdecznie pozdrawiam, naprawdę zna się na tym co robi. Dokładnie wypytała mnie o wszystkie szczegóły, kilka razy się upewniając, czułam, że klient jest naprawdę ważny, a nie samo wciskanie produktu. Dodatkowo cena poduchy szytej na zamówienie nie jest zbyt wygórowana. Zamówienie zrealizowane bardzo szybko, a poduchy, które dostałyśmy, uszyte z dbałością o najmniejsze szczegóły. Pani Natalii muszę przyznać jeszcze dwa plusy. Pierwszy za zdejmowane pokrycie ( naprawdę nie pomyślałam !!!!! )  a drugi za ostatniego maila, w którym jest prośba o ostrożne otwieranie paczki, aby nie przeciąć materiału. To tylko świadczy o dbałości o klienta do samego końca. A uwierzcie mi, kiedy przecina się nową kurtkę przy otwieraniu paczki, takie przypomnienie jest na wagę złota. Myślałam, co by się do czegoś przyczepić, no ale nie ma :). Zadowolenie 100 %.

Siedzisko to na pewno ulubione miejsce Sue. Spędza tam naprawdę dużo czasu. Czyta, bawi się, gra na tablecie, pisze pamiętnik :). Mogę być spokojna, spełniając swoje marzenia, wiem, że zrobiłam ogromną frajdę mojej córce. A to najważniejsze :)

PS. To nie jest reklama, to jest propozycja, jakbyście fajnych poduszek szukali ( i nie tylko ) :)

IMG_7922

 

IMG_7927

 

IMG_7940

 

IMG_7951

 

IMG_7959

 

IMG_7980

 

IMG_7999

 

IMG_8007

 

IMG_8016

 

IMG_8024

 

IMG_8029

 

IMG_8042

 

IMG_8045

 

IMG_8053

 

IMG_8065

 

IMG_8078

 

SIEDZISKO I PODUSZKA – Fabryka Poduszek

PLAKAT – Babafu

FIGURKI – Sonny Angel

LEGINSY – Evc Dsgn

COTTON BALLS – allegro

IMG_6151

Project Runway Junior

Wszystko co kreatywne jest dla Sue. Do malowania, do wycinania, do rysowania, do układania, cokolwiek, uwielbia wszystko. Nawet nie chcę myśleć, jakie pieniądze poszły na Top Model, kredki, farby, wycinanki, tasiemki i inne pierdoły. Tak, zdecydowanie wolę nad tym nie myśleć, po co się denerwować 😉 ;). Chociaż z drugiej strony dużo w tym mojej winy. Każdy, kto dobrze mnie zna, wie, że nie przepadam, gdy Sue za dużo czasu spędza nad tabletem czy telewizorem i dlatego robię wszystko, by spędzała czas w inny sposób.

Gdy tylko zobaczyłam farbki do ubrań byłam na 100% pewna, że Sue będzie nimi zachwycona. Nie pomyliłam się w ogóle. Sue prawie piała z radości, wreszcie, na legalu, mogła sobie mazać po ubraniach, jakie dziecko nie byłoby szczęśliwe;) ????. I jak to określiła, takie Top Model na żywo :)

A sprawa jest naprawdę dziecinnie prosta. Wystarczy naciągnąć wybrane ubranko na karton ( ja dodatkowo spięłam bluzkę po bokach spinaczami, żeby się nie marszczyła ), namalować wymyślony przez siebie wzór, utrwalić arcydzieło za pomocą suszarki lub żelazka i tyle. Można się lansować 😉

DO WSZYSTKICH PROJEKTANTÓW:

Bójcie się, nadchodzi konkurencja :) :) 😉

IMG_6148

 

IMG_6153

 

IMG_6154

 

IMG_6163

 

IMG_6175

 

IMG_6179

 

IMG_6183

 

IMG_6188

 

IMG_6197

 

IMG_6200

 

IMG_6205

 

IMG_6229

 

IMG_6234

 

IMG_6260

 

BIAŁY T-Shirt – Decathlon

FARBKI DO UBRAŃ – Play Color Textil  – ( sklep Papirus Łomianki )

IMG_3333

Lalka Taka Jak Sue

Słyszeliście o tym, że marzenia powinno się wizualizować, wyobrażać sobie wymarzone rzeczy czy zdarzenia, uparcie o nich myśleć i nie poddawać się w dążeniu do ich zdobycia??? Ja słyszałam i szczerze powiem, że coś w tym może być. Może nasze myśli nie do końca załatwią nam wycieczkę marzeń i nowe buty, no ale jeśli mają pomóc to czemu nie, łapmy się każdej deski. Ja miałam takie jedno marzenie, które zakwitło we mnie przeszło siedem lat temu, a które, mimo wielu moich starań spełnić się nie chciało. I uwaga, jeśli spodziewasz się teraz wielkiego bum, typu nowy dom, wypasiona fura czy torebka od Korsa to muszę Cię rozczarować, bo chociaż nie pogardziłabym żadna z tych rzeczy, to ja wtedy marzyłam między innymi o lalce, tak, zwykłej, normalnej lalce. Ok, ale od początku.

Wszystko zaczęło się, gdy dowiedziałam się, że zostanę mamą dziewczynki. Wcześniej, przed poznaniem płci, podchodziłam do ciąży i życia po ciąży bardzo spokojnie, ale po potwierdzeniu, że będę miała córeczkę, oszalałam, może nie zupełnie ja, bo wiadomo, jak każda kobieta mówiłam: ” Oj obojętnie mi, ważne, żeby było zdrowe” ( bla bla bla gadka szmatka ), dokładnie to oszalała moja wyobraźnia. Mózg mi się palił. Każdego dnia, w każdej wolnej chwili, nie robiłam nic innego jak tylko rozmyślałam. O tym jaka będzie, jak będzie wyglądała, jak się będzie zachowywała, jak Ją będziemy wychowywać, czego uczyć, na co pozwalać a czego kategorycznie zabraniać. W głowie miałam praktycznie wszystko ułożone, łącznie z zabawkami, którymi będzie się bawić. No i właśnie tu pojawia się ta lalka.

Moje myśli się biły. Z jednej strony myślałam, że moja córka będzie małą zadziorą, w bluzce z czaszką i w spodniach z krokiem w kolanach, a z drugiej miałam w głowie silnie zakodowany obraz dziewczynki, pchającej wózek, która co chwila się zatrzymuje i tak bardzo na poważanie poprawia lalce kołderkę. Prawda, że słodko?

No i kupiłam Sue pierwszy wózek, w ogóle nie pytając się Jej o zdanie. Wydawało mi się oczywiste, że będzie się nim bawić. Myślenie schematyczne mnie zabiło. Lalka była na spacerze dokładnie RAZ, a w domu pojazd był przestawiany z kąta w kąt. Zu interesowały lalki, a jakże, ale typu Barbie, żadne tam słodkie bobasy. Wózek wydaliśmy i kupiliśmy nowy. Tym razem postawiliśmy na głęboki, wiklinowy wózek. Przefajny. Lalkę też już chciałam kupić. Miałam taką upatrzoną, co to gaworzy, śmieje się, płacze i robi pod siebie. Dzieciak nie lalka. Podekscytowana, przecież nigdy takiej lalki nie miałam, pokazałam ją Sue. I na tym się skończyło, prawie, bo jeszcze wózek wydaliśmy. Ale w sumie fajnie było pomarzyć.

Siedem lat później, kiedy praktycznie się poddałam, a historię z wózkiem opowiadam jako przestrogę, że dziecka to sobie nie namalujesz, i że nie każda dziewczynka chce latać z wózkiem, przychodzi do mnie córka i mówi, że chce lalkę.

” Kolejną?? ” – tak się pytam, bo myślę, że te wszystkie monsterki, barbie czy inne księżniczki w zupełności wystarczą.

” Nie, ja chcę lalkę taką jak ja ” – odpowiada

Aha, wiem widziałam reklamę, ale myślę, że się przesłyszałam. Pytam więc ponownie. Potwierdza. Pokazuję Jej w internecie, tak nauczona doświadczeniem, że czasem ciężko się z dzieciakiem dogadać. Potwierdza. Ba, bez zastanowienia nawet pokazuje ubranka, które chce. Słyszę fanfary, widzę fajerwerki, świat jest taki piękny. Siedem lat czekania, miliony pokazanych lalek i nagle, tak bez ostrzeżenia, spełniło się moje marzenie.

Przyszła. Przepięknie zapakowana. Wyjęłam ją delikatnie, jakby z porcelany była. Normalnie z tymi ciemnymi oczami i bałaganem na głowie taka mini Zu. Lalka, jej ubranka i ubrania dla dziecka, wykonane perfekcyjne. Nie mogłam się napatrzeć. Stara i głupia 😉 A Sue oszalała. Bawi się Zuzanką cały czas. Kąpie ją i na przejażdżki bierze, Co prawda już nie wózkiem, ale w samochodzie w pasy zapięta jeździ. Czyta jej książki, czesze ją, dba o nią idealnie i już nowe ubrania upatrzyła. A mi się buźka cieszy.

Marzenia nie ulegają przedawnieniu :)

 

IMG_3233

 

IMG_3246

 

IMG_3249

 

IMG_3253

 

IMG_3255

 

IMG_3262

 

IMG_3271

 

IMG_3278

 

IMG_3288

 

IMG_3311

 

IMG_3313

 

IMG_3316

 

LALKA – La-Lalla

KSIĄŻKA – Zwierzaki Pocieszaki

IMG_0479

W Biegu

Pamiętam czas, gdy zaraz po skończonym macierzyńskim wróciłam do pracy. Z jednej strony szczęśliwa, bo wyjdę do ludzi, bo zarobię, bo coś będę robić. Z drugiej rozżalona, myśl, że coś mi umyka nie dawała mi spokoju. I mimo tego, że z Sue siedziała babcia, że opieki lepszej sobie wymarzyć nie mogłam, ten głos gdzieś we mnie siedział. Byłam rozbita. Pamiętam jak wracałam po pracy do domu. Chciałam robić wszystko. Ogarnąć mieszkanie, poprać, poprasować, spędzić czas z Sue, pobyć z mężem, ze znajomymi i jeszcze zrobić coś dla siebie. Tak, chciałam robić i robiłam dosłownie wszystko. A w efekcie nie robiłam nic, jedno wielkie zero. Z dnia na dzień robiłam się coraz bardziej sfrustrowana. Ja, zawsze aktywna, nie lubiąca tracić czasu pewnego dnia siadłam i się popłakałam. Dosłownie. Płakałam jak mała dziewczynka. Nad stertą prasowania, nad bałaganem, nad niespędzonym czasem z córką.

I właśnie wtedy, w tym całym rozgardiaszu pojawiła się Ona, Anthea Turner, angielska perfekcyjna. Oglądałam jej program z uwielbieniem, notując skrupulatnie każdą nowinę, która mogła mi pomóc w prowadzeniu domostwa. W jednym z odcinków perfekcyjna wspomniała o grafiku. Przedstawiła go na dużej tablicy. Każdy dzień tygodnia, w każdym coś wypisane, wszystko uwzględnione, nawet odpoczynek. Wzięłam kartkę, długopis. Siadłam i wypisałam wszystko co chcę i co muszę robić. Następnie porozkładałam to równo na sześć dni w tygodniu, zostawiając sobie jeden dzień na błogie #nicnierobienie i tak powstał pierwszy mój w życiu grafik. Grafik, który opanował mój życiowy rozgardiasz.

Pierwsze dni nie były łatwe. Ciężko było mi przyzwyczaić się, że dziś „muszę” posprzątać łazienkę i wyprasować, a tak bardzo mi się akurat dziś nie chciało. Jednak tak jak mówiła Anthea, na początku zwyczajnie się zmuszałam. Chcesz mieć poukładane w życiu, to rusz cztery litery i nie marnuj czasu. Nic się samo nie wydarzy. Proste. Z dnia na dzień było coraz łatwiej. Jakoś wtopiłam grafik w życie. A pewnego dnia siadłam i zdziwiona zauważyłam, że wszystkie punkty są odptaszkowane a do końca dnia jeszcze trochę czasu zostało. Od tamtego dnia wszystko toczyło się płynnie. Spełniałam się w każdej mojej roli i w każdej czułam się szczęśliwa. Miałam czas na obowiązki i na przyjemności.

Potem wróciłam do pracy z nienormowanym czasem pracy. Czyli pracowałam np. 2 całe dni, do późnych godzin a potem 2 miałam wolne, pracowałam również w weekendy. w zależności jak dogadałam się z koleżanką.  Wtedy musiałam zmienić grafik, przystosować go do obecnej pracy. Znowu trochę czasu zajęło mi by wszystko ze sobą pogodzić, ale tak jak za pierwszym razem, dałam radę. Bo jak mówiła perfekcyjna, grafik da się dostosować, jeśli tylko się chce.

Od tamtej pory, a minęło lat już z sześć, żyję z grafikiem. Czasami zdarza się, gdy poczuję się pewna i taka ogarnięta, że grafik zawieszam, ale zawsze do niego wracam. Bo gdy zacznie się odpuszczać raz i drugi to system się wali. Później ciężko się wraca, dlatego wolę już nie ulegać chwilom słabości.

Wszystko ładnie i pięknie, ale przez ten czas brakowało mi w sumie jednego, idealnego organizera. Kilku kartek odpowiednio podzielonych, które pomogłyby mi idealnie grafik prowadzić. Wszystkie kalendarze, które przeglądałam i które końcem końców kupowałam, rzadko kiedy się sprawdzały. Zawsze czegoś im brakowało. Aż tu proszę, po tylu latach poszukiwań, znalazłam coś idealnego dla mnie, organizer Design your life.

Super przemyślany zeszyt. Każda karta podzielona, na plan godzinowy lub zadaniowy, sama wybierasz przy zamówieniu. Ja wybrałam plan godzinowy i wreszcie mam idealny organizer dla mnie. Miejsce na cały plan dnia, na rzeczy do zrobienia, na priorytety, na notatki i nawet na jadłospis. Już nie muszę zapisywać rzeczy pod skosem, na dole, na górze czy z boku kartki a potem oczopląs i trudne do rozczytania notatki. Teraz wszystko ładnie, czytelnie, na miejscu. Dodatkowym plusem są kartki z planami miesięcznymi i tygodniowymi a także brak dat, czyli zaczynasz prowadzić swój organizer kiedy tylko chcesz. Organizer jest biało-czarny, zero kolorów i udziwnień. Na początku pomyślałam, że jest trochę smutny i taki jałowy, ale już po kilku dniach prowadzenia uważam, że to duży plus. Dzięki minimalizmowi moje kolorowe karteczki i zakreślacze są idealnie widoczne.

Wiem, że ktoś może pomyśleć, nie pracuje zawodowo to się wymądrza, ale to nie znaczy, że nic nie robię. Wręcz przeciwnie, wiecznie gdzieś biegnę, cały czas coś zaplanowane coś do zrobienia. Pracowałam w systemie ośmiogodzinnym, pracowałam w zmianowym i nie pracuję zawodowo. I paradoksalnie teraz jestem najbardziej zabiegana i mam najwięcej rzeczy na głowie.Wiecie, czasami szłam do pracy by odpocząć 😉

Moja koleżanka śmieje się, że może zapiszę się jeszcze do harcerstwa i na scholę, a moja mama kilka dni temu zapytała się mnie, czy jeszcze nie gubię się w tych wszystkich zajęciach dodatkowych Sue. Nie ma się co śmiać, dzięki dobrej organizacji, grafikowi i design your life jakoś daję radę :)

A Ty masz jakieś sprawdzone sposoby na dobrą organizację ?????

 

IMG_0488

 

IMG_0490

ORGANIZER – Design your life

IMG_9868

Kup Misia Czyli Nasze Misie Pomagam

Podobno to wielki problem powiedzieć dziecku, że Święty Mikołaj nie istnieje. Rodzice bronią się przed tym z całych sił, odwlekając ujawnienie prawdy w nieskończoność. Chcą zataić to przed dzieckiem jak najdłużej, opowiadając wciąż nowe bajki. Tak szczerze to nie wiem, czemu to ma służyć. I tylko błagam, nie. Ta wiara nie przedłuży dzieciństwa Twojemu dziecko. Skąd wiem? Ano bo moja ma lat siedem, a od czterech już nie wierzy w pana w czerwonym kubraczku. A było to tak:

Te cztery lata temu właśnie postanowiliśmy z sąsiadami wyprawić mikołajki naszym dzieciom. Główną rolę miał odegrać mój mąż. Dzielnie wbił się w czerwony kostium, założył perukę i brodę i gotów był do przedstawienie.

– Zdejmij zegarek – powiedziałam

– po co ???- zapytał

– Bo Zuzu Cię pozna.

– Nie pozna, za mała jest.

– Zdejmij – syknęłam

Zdjął.

– Załóż rękawiczki – ględzę dalej

– po co ??? ( kobieta pewnie by nie spytała )

– bo Cię pozna po rękach ( kobieta pewnie by wiedziała )

– nie, no nie przesadzaj, nie pozna

I poszedł.

Dzwonek do drzwi. Wołam dzieci, coby widziały, że przychodzi z zewnątrz naprawdę. Dalej wszystko toczy się tak, jak powinno. Są wierszyki, piosenki, siedzenie na kolanach, wymarzone prezenty. Idealnie. Mikołaj w końcu wychodzi, przecież innych też musi odwiedzić. Wszystkie dzieci głośno go żegnają, ” Do widzenia, Święty Mikołaju” – krzyczą. Prawie wszystkie, bo wraz z zamknięciem drzwi odzywa się Sue – ” Ale to nie był Święty Mikołaj, to był mój tatuś”. Szybko zasłaniam Jej usta, zagaduję inne dzieci, ale chyba są tak zafascynowane, że nie słyszą Jej słów. Już nie ciągnę tematu. Kiedy wszyscy wychodzą, siadamy w trójkę i pytam się małej.

– Kochanie, dlaczego mówisz, że to był tata, zobacz przecież tata tu siedzi a Mikołaj poszedł do innych dzieci

– Nie to był tata, po rękach poznałam – odpowiada

Kurtyna

Nasza bajka o Świętym szybko się skończyła. Nie myślę, czy to dobrze, czy nie. To odkrycie nie zniszczyło życia Sue. Od tamtej pory po prostu wie, że misi nie przynosi Święty Mikołaj tylko, że kupujemy je sami, bo są to misie specjalne, które pomagają innym. Te ” misie pomagam”, jak nazywa je Sue, są naszą tradycją odkąd pojawiła się w naszym życiu córka. Pamiętam, że po pierwszego pluszaka jechaliśmy na Nowy Świat. Wtedy ich ilość była ograniczona, a kupienie na allegro graniczyło z cudem. Wtedy, w ten śnieżny i mroźny dzień, zapakowaliśmy niespełna miesięczną Sue do samochodu i specjalnie pojechaliśmy po misia. Do sklepu prawie biegłam a baletnicę dorwałam jedną z ostatnich.

Przez te kilka lat troszkę się zmieniło. Pluszaków jest zdecydowanie więcej, nie trzeba się już bać, że nie dasz rady kupić, no i z ich dostępnością jest zdecydowanie lepiej bo drogerie Rossmann są prawie wszędzie. Te zmiany tylko pokazują, jak bardzo rozrosła się akcja i jak dużym cieszy się powodzeniem. To fajnie, że ludzie chcą pomagać, że łączą przyjemne z pożytecznym. U nas „misie pomagam” mają specjalną półkę, którą zdecydowanie za rok trzeba będzie powiększyć. Wczoraj dołączyła do nas ósma sztuka i bardzo cieszy mnie fakt, że w naszym życiu misie są stałym punktem. Na tę jedną okazję, zamiast kupić dziecku kolejną plastikową zabawkę kup misia. Połączysz przyjemne z pożytecznym, lepiej być nie może, a pomagać jest naprawdę warto :)

IMG_9719

 

IMG_9722

 

IMG_9755

 

IMG_9793

 

IMG_9801

 

IMG_9803

 

IMG_9833

 

IMG_9850

 

IMG_9894

 

 

IMG_3819

Tangle Teezer, L’oreal Professionnel, Olej Arganowy – Nasz Wybór

Chyba każda mała dziewczynka marzy by mieć włosy jak Roszpunka. Długie, lśniące, piękne, z których czarować można niesamowite fryzury i których zazdrości będą wszystkie koleżanki. Niestety, życie potrafi być okrutne, i już takim małym dziewczynkom pokazuje, że życie to nie bajka, a takie włosy cieszą tylko na ekranie.

IMG_3808

A te włosy trzeba myć, czesać, czesać i czesać. I to wcale nie wygląda tak, że siedzimy przed piękną toaletką i czeszemy te włosy, śpiewając ulubioną piosenkę. Bo wtedy, nawet jeśli już posadzimy córkę przed tym lustrem, to melodią, jaką z siebie najczęściej wydaje jest przebój większości dzieci pt: ” Ała, ała, to booooooli „. I tak właśnie umierają marzenia.
Zdarza się jednak i tak, że  mycie i czesanie nie przeraża, i nasza córka decyduje się na zapuszczanie włosów Nie pozostaje nam więc nic innego, wspieramy naszą damę i szukamy cudów – niewidów, które sprawią, że włoski będą rosły zdrowe, a to mycie i czesanie nie będzie już tak męczące.
Sue ma włosy puszyste, falowane, które łatwo się plączą i zdecydowanie ciężko je rozczesać. Na szczęście znalazłam już swoje cuda, które ułatwiają nam ich pielęgnację.

IMG_3813

NUMBER 1
Szampon i odżywka L’oreal Professionnel Nature to linia hipoalergicznych kosmetyków opartych na naturalnych składnikach, takich jak mleczko brzoskwiniowe. Szampon doskonale pielęgnuje delikatne włosy, łagodnie je myje i zmiękcza. Jest bardzo wydajny, pięknie pachnie i nie szczypie w oczy. Odżywka bez spłukiwania ułatwia rozczesywanie, przy włosach Sue sprawdza się idealnie. Ten zestaw, dzięki poleceniu koleżanki, używamy już prawie dwa lata. Sprawdza się doskonale !!!

IMG_3889

NUMBER 2
Szczotka do włosów Tangle Teezer. Odkryłam ją całkiem przypadkowo kilka miesięcy temu. Przy falowanych włosach Sue zakupiłam już trochę szczotek, ciągle szukając tej jedynej. No i znalazłam. Szczotka bez szarpania szybko rozczesuje splątane włoski, doskonale sprawdza się po całym dniu noszenia warkocza i jest idealna przy czesaniu mokrych włosów.

IMG_3895

NUMBER 3
Latem, gdy włoski trochę się przesuszają używam na końcówki olej arganowy. Kilka kropelek wystarczy by je nawilżyć. Dodatkową zaletą jest to, że jest również doskonałym kosmetykiem dla naszej skóry i włosów. To taka rzecz, którą z powodzeniem możemy dzielić się z córką :) Przed zakupem należy jednak zwrócić uwagę czy nabywamy oryginalny produkt. Tylko 100 % oleju z Maroka ma doskonałe właściwości zdrowotne i pielęgnacyjne. Produkt oryginalny, przeznaczony do kosmetyki, ma złoty kolor i jest praktycznie bezzapachowy. Ten przeznaczony do kuchni jest wytwarzany z owoców arganii i charakteryzuje go orzechowy zapach i smak a także ciemniejsza barwa. Olej arganowy oryginalny jest tłoczony na zimno, naturalny, bez chemicznych dodatków. Na opakowaniu powinien znajdować się znaczek certyfikatu.

IMG_3899

IMG_3906

Tangle Teezer, szampon i odżywkę L’oreal Professionnel możecie kupić w sklepach internetowych lub w salonach fryzjerskich.
Olej arganowy można kupić np. TU

Mustela Bebe

Dziecięca skóra. Bez pryszczy, zmarszczek, plam. Pachnąca i gładka. Taka właśnie powinna być jak najdłużej skóra naszych dzieci. Taka powinna być, bo ma prawo, bo wręcz taka być musi. Idealna.

Od początku dbałam o skórę Sue. Żele pod prysznic, balsamy do ciała, kremy do twarzy. Kupowałam produkty znanych, i jak mi się wydawało, dobrych firm. I naprawdę ich używałam. Do każdej kąpieli, po każdej kąpieli i do każdego wyjścia z domu. Naprawdę, z ręku na sercu, bez żadnej ściemy, zawsze dbałam o delikatną skórę mojej córki.
Sue miała około półtora roczku, gdy górną część Jej pleców pokryły drobne krosteczki. Nie poleciałam z tym do lekarza, ja nie z tych panikujących, ale tak przy okazji zapytałam się pediatry, co z tym zrobić. I co usłyszałam?: ” To potówki, musi pani nawilżać Jej skórę „. Moje zdziwienie pewnie byłoby takie samo, gdyby obok mnie stanął kosmita. Jak to nawilżać??? A co ja niby robię po każdej kąpieli????
Kilka dni później żaliłam się koleżance. Że te potówki mnie drażnią, że nie taka powinna być skóra małego dziecka, że ja przecież dbam i nawilżam, że używam „dobrych” kosmetyków, że muszę coś coś z tym zrobić. I wtedy koleżanka powiedziała mi, że Jej córce, która ma naprawdę poważne problemy skórne pomagają kosmetyki Mustela, i z tego co wie, spokojnie można je stosować też do skóry normalnej. Pobiegłam do apteki zaraz po pracy. Na początek kupiłam mały żel do kąpieli i mleczko do ciała. Tak na próbę. Potówki zniknęły po kilku dniach i już się nie pojawiły.
To było pięć lat temu. Wciąż szczególnie dbam o skórę Sue i wciąż używam kosmetyków Mustela. Żel do kąpieli, mleczko do ciała, krem do twarzy ( na zimę specjalny cold ), chusteczki nawilżające, to nasz zestaw obowiązkowy. Jak dla mnie Mustela nie ma żadnych minusów. Nawet cena, która na początku rzeczywiście trochę mnie bolała, teraz już nie razi, bo przy takiej wydajności kosmetyków śmiem twierdzić, że wychodzi tak samo jak tańsze kosmetyki, które kończą się zdecydowanie szybciej. Zresztą, skórę mamy jedną, dbajmy o nią dobrze od początku.

serce

Sue Powiedziała – Part 1

 

190762_1702110590848_1814576_n
Sue: Mamusiu, kiedy będzie dzień zakochanych
Ja: Za dwa dni, a dlaczego pytasz ?
S: No bo ja jestem zakochana
J: Tak??? A w kim ?
S: No w tatusiu i w Albercie
J: Aha. Ale wiesz kochanie, że można mieć tylko jednego chłopaka
S: Nieeeee. No bo zobacz, jak jeden się zakocha w innej to mi drugi zostanie
J: ………………………