alexander-dummer-150646

Mamo, Gdzie Byłaś, Gdzie Jesteś ???

Rozumiem doskonale zabiegane matki, zwłaszcza te, które mieszkają w większych miastach, gdzie tempo życia ma naprawdę imponującą prędkość. Rozumiem, że musimy spłacać kredyty, opłacać zajęcia dodatkowe, spełniać marzenia wszystkich członków rodziny no i może odłożyć parę groszy na wymarzone wakacje. Jestem w stanie to wszystko pojąć, naprawdę. Jednego czego nie rozumiem i co dla mnie nigdy nie znajdzie wytłumaczenia, to brak czasu dla dziecka, to ciągłe wysyłanie ich do babci czy życie samopas w wieku kilku lat. Nie rozumiem i zrozumieć nie chcę. Bo uważam, że nie liczy się ilość czasu jaką spędzamy z naszymi dziećmi ale jego jakość. Nic nie dadzą godziny spędzone obok dziecka, gdzie każdy robi co chce, a wystarczy godzina w pełni poświęcona małej istocie. Rozmowa, chwila zabawy, przytulanie, to wszystko ma ogromne znaczenie. Bo ten czas, który mamy teraz jest nam dany tylko raz, jeden jedyny raz. Teraz.

Większość moich znajomych była przeciwna gimnazjum. Uważają, że w chwili przekroczenia tych magicznych drzwi dzieci raptownie zmieniają się w diabły, którymi nigdy nie byli. Wystarczy ten próg i całe życie spokojne i ułożone dziecko raptownie zaczyna sprawiać kłopoty. Ojciec łysieje, matka siwieje a wszystko to wina gimnazjum. A ja uważam, że wszystko zaczyna się dużo wcześniej. Właśnie wtedy, gdy wydawało nam się, że nasze dziecko radzi sobie doskonale, że nie potrzebuje nas już tak bardzo, że nam też się coś od życia należy, że jest grzeczne i takie ułożone i kontrolować nie trzeba, że te wszystkie dziwne odzywki to są śmieszne i nic nie znaczą. To przekonanie, że możemy ufać na 100 % i damy sobie dwie ręce uciąć za naszą pociechę.Tak właśnie wtedy, w wieku kilku lat, gdy wydaje nam się, że nasze dziecko jest jeszcze takie malutkie, a naszym dzieciom wydaje się, że są już prawie dorośli, właśnie wtedy występują pierwsze sygnały, na które jeszcze możemy zareagować i które jeszcze nasze dziecko uszanuje. Później będzie zdecydowanie za późno. I to wcale nie będzie wina gimnazjum, liceum czy innych czynników, ale to wina tylko i wyłącznie nasza, rodziców. Bo kochani, w chwili pojawienia się dziecka na świecie, to my całkowicie za nie odpowiadamy.

Wiele razy słyszałam zarzuty w naszym kierunku, że możemy pozwolić sobie na luksus, jakim jest jeden pracujący rodzic. A że ja nigdy tłumaczyć się z moich decyzji nie lubiłam, milczałam, albo odpowiadała, zrób to samo, nikt nikogo na siłę nie trzyma. Nikt, nawet nasze najbliższe otoczenie, nie wiedziało wtedy z jakimi trudnościami finansowymi musimy się zmagać każdego miesiąca. To liczenie grosza do grosza, to przekładanie co jest ważniejsze, odbywało się tylko między nami, w naszych czterech ścianach wziętych w kredycie. Nigdy nie skarżyłam się na swój los, bo decyzja podjęta była w pełni świadomie. Większy luksus i więcej kasy na koncie kontra czas spędzony z dzieckiem. Długo nie myśleliśmy, wiedzieliśmy co jest ważniejsze. I dopiero niedawno zaczęliśmy przyznawać się, z czym wiązała się wtedy podjęta decyzja. Daliśmy radę, minęło kilka ładnych lat, sytuacja finansowa trochę się polepszyła, a czas spędzony z dzieckiem przynosi wiele korzyści, które zaczynamy dostrzegać właśnie teraz.

Nie osiadłam na laurach, uważam, że walka o silną więź, zaufanie, miłość i szacunek wciąż trwa. Nie ma dnia bez rozmów, tłumaczenia, przytulania i kilkadziesiąt razy wypowiedzianego KOCHAM CIĘ. Zdaję sobie sprawy, że lada moment przyjdą dni, kiedy nasze dziecko skupi się głównie na znajomych, kawkach z koleżankami i pierwszych miłościach. Nie będę walczyła z nimi o czas, bo taka kolej rzeczy, ale wiem, że nawet wtedy nie odpuszczę chwili rozmowy i całusa skradzionego na dobranoc z wyszeptanym wyznaniem ogromnej miłości.

Nie oznacza to, że jestem idealna i błędów nie popełniam. Myślę, że wykładam się każdego dnia, jak każdy. I myślę też, gdzieś tam z tyłu głowy mi siedzi, że moje dziecko mimo to, wyłożyć też się może. Dlatego stosuję jedną zasadę. NAJLEPSZĄ FORMĄ ZAUFANIA JEST KONTROLA.

Mimo tego, a może właśnie głównie dlatego, że mam konta na chyba wszystkich portalach społecznościowych i widzę, naprawdę, co dzieje się na nich między „młodzieżą”, nie pozwalam jeszcze na wejście w ten świat mojemu dziecku. Myślę, że czas jeszcze ma, a gdy najdzie Ją ochota na oglądanie zdjęć na Instragramie, spokojnie może korzystać z konta mojego. Siedzimy sobie wtedy we dwie i oglądamy te wszystkie piękne fotki, wspólnie je komentujemy, wyrażamy swoje opinie. Ja widzę, gdzie stawia serduszka, widzę co komentuje. Mija chwila i zaraz oddaje mi telefon. Wilk syty i owca cała :)

A, że czasem można robić odstępstwa, ba nawet trzeba, pozwoliliśmy na musica.ly. Siedzi więc z tym telefonem, tańczy, robi dziwne minki, słucha muzyki i ogląda filmiki, a ja wszystko kontroluję…… ze swojego konta. Widzę te Jej wszystkie najnowsze filmiki, widzę co i do czego nagrywa i widzę komentarze pod tymi wielkimi produkcjami i śpię trochę bardziej spokojniej, gdy wiem, co robi.

Kiedy Zu zakładała konto na musica.ly byłam mocno przekonana, że nic głupiego się tam nie dzieje. Dzieciaki sobie tańczą, nakręcają filmiki, luz, może to nawet i fajne. Od początku śledziłam córkę i od czasu do czasu zaglądałam na inne profile. Moje zdziwienie było ogromne, kiedy dnia pewnego widzę gówniarę w wieku mojej córki, która kusicielsko pokazuje język, wydyma swoje małe usteczka, wstrząsa włosami, za chwilę pokazuje środkowy palec a na koniec rzuca siarczyste BITCH. Oglądałam filmik kilka razy, chyba mając nadzieję, że troszkę się przewidziałam. Kiedy doszłam wreszcie do siebie zaczęłam przeglądać inne cuda tej dziewczynki. Kilka filmików normalnych, miliony takich na musica.ly, a za chwilę kolejne wielkie dzieło. Siedzi ta mała i nagrywa „teledysk” do „ ja rozpalony jak pochodnia, dj napierdala, od koksu cała biała sala, nosy ujebane i kawalerstwo rozbujane, przejebane będzie, jak waza po sobocie zejdzie”. Ta dziewczyna jest w wieku Zu, może rok starsza. Czasem ją widuję, chodzi i buja się jak wielka pannica, a ja się pytam: Mamo, gdzie jesteś ???? Czy w ogóle zdajesz sobie sprawę jak zachowuje się twoje dziecko, że trochę za wcześniej na takie „dorosłe” zagrywki ?? Czy naprawdę nie słyszysz jak odzywa się do koleżanek, jak większość traktuje z góry, czy zwyczajnie widzieć tego nie chcesz? I czy kiedyś będziesz jedną z tych, która winę zgoni na liceum, system i może nieodpowiednie towarzystwo?

Macierzyństwo jest najtrudniejszą rolą, jaką przyszło nam w życiu odgrywać. Nikt nie mówił, że będzie lekko, nikt nie mówił, że będziesz idealna i błędów nie popełnisz, wręcz przeciwnie, każdego dnia każda z nas zalicza pewnie jakąś macierzyńską porażkę. Grunt to wyciągać z niej wnioski i starać się z całych sił więcej ich nie powielać. Bo macierzyństwo nie kończy się na wydaniu maleństwa na świat, wręcz przeciwnie, ono dopiero wtedy się zaczyna. To od nas zależy jakiego człowieka puścimy w świat, to my kształtujemy nasze pociechy od pierwszych dni życia. Wpajamy im pewne zasady, uczymy dobra i zła, nawiązujemy z nim więź, która może być solidnym gruntem w przyszłości, albo i nie, nasz wybór. Ale skoro teraz, kiedy twoje dziecko ma kilka lat, podejmujesz takie decyzje, to za lat kilka zamiast głośno szczekać i szukać winnych, spójrz prawdzie w oczy.

abstract-1239375_1920

Szkoda Mi Ani Lewandowskiej

My mamy poddawane jesteśmy wiecznym osądom. Czy to w kwestii ubioru, jedzenia czy ogólnie pojętego wychowywania. Z każdej strony zasypują nas informacje co robimy źle, co powinniśmy robić lepiej. Proponuje nam się 10 rzeczy, które MUSISZ zrobić ze swoim dzieckiem. 10 rzeczy, które MUSISZ mówić swojemu dziecko czy 10 punktów, których NIGDY ALE TO PRZENIGDY nie możesz powiedzieć swojemu dziecku. Nie klikam już w te punkty, szerokim łukiem omijam „perfekcyjne” matki, które nie dopuszczają, że KAŻDY popełnia błędy, że matka też człowiek, że ma dni gorsze, kiedy to zwyczajnie wszyscy i wszystko mocno ją denerwuje i lepiej jej w drogę nie wchodzić. Ja na szczęście jestem zwykłą szarą matką, która nie jest poddawana ogólnym ocenom. Nie muszę słuchać porad zwariowanych kobiet, które mocno zaplątały się w sieć perfekcjonizmu. Ale są takie matki, które od rana do wieczora, każdego dnia są pod ostrzałem i ja serdecznie im współczuję.

W sieci właśnie pojawiło się zdjęcie uśmiechniętej Ani Lewandowskiej z córeczką. Zdjęcie jak to zdjęcie, matka z córką na tle cudnego nieba. I gdybym ja to zrobiła, dostałabym pewnie kilka lajków od koleżanek i parę miłych komentarzy. Bo nie ma się do czego czepiać, cieszyć się trzeba szczęściem innych. Ani Lewandowskiej to raczej dane nie jest i nie będzie, bo u niej został wychwycony jeden szczegół, że dziecko jest w nosidełku, a powinno być w chuście. Jak to dobrze, że Ania zaraz nawiedzone mamuśki uspokoiła, pisząc, że to chusta, brawa dostała i jedna z drugą spać będą spokojnie. Szkoda tylko, że nie podała firmy tej chusty ani ceny, bo tylko to jeszcze innym do szczęścia potrzebne. Chciałabym zaznaczyć, że Ania na zdjęciu na pomalowane paznokcie, nie ma przetłuszczonych włosów i się uśmiecha, ciekawe czy podziękowała tym wszystkim opiekunkom, które jej pomagają 😉 . A i doczytałam jeszcze, bo jakoś nie zauważyłam, że dziecko jest bez czapeczki. Ja bym to zgłosiła. Gdzie się zgłasza zaniedbania rodzicielskie? Dowód mam w postaci zdjęcia, chyba wystarczy, co ?

A kilka dni wcześniej widziałam zdjęcie, które w sumie mocno mnie przeraziło. Widać na nich wspomnianą wyżej mamę, w towarzystwie swojego męża, którzy trzymają budkę od wózka, bo jeden z paparzzich wsadził im prawie lufę do środka pojazdu, wartego miliony 😉 . No ludzie. Ja rozumiem, że zdjęcie Klary jest pewnie warte więcej niż wózek, ale czy naprawdę trzeba się zapędzać aż tak daleko, czy trzeba zabierać tym ludziom resztkę prywatności? Rozumiem, że to ich praca, naprawdę, staram się zająć stanowisko obu stron, ale czy nie lepiej zrobić im ogólne zdjęcie, jak stoją razem, szczęśliwi i uśmiechnięci, tylko trzeba zachowywać się jak debil pozbawionych wszelkich skrupułów, bo inaczej nazwać tego się nie da.

Nie, znana buzia i nazwisko nie stanowi wytłumaczenia dla takiego zachowania. Nie jest prawdą, że muszą się z tym liczyć. To, że są osobami publicznymi to ich wybór i taka kolei rzeczy, przy wykonywaniu pewnych zawodów, ale nie oznacza to, że my, jako społeczeństwo, mamy prawo wchodzić ludziom z buciorami do domu. Tak jak nikt nie ma prawa wpierniczać się w nasze życie, dopóki oczywiście krzywda się nikomu nie dzieje. Jeśli więc wszystko jest w porządku, to nieproszonych do domu wpuszczać nie musimy. Oni też, tak dla jasności.

A najbardziej w sieci zawrzało, kiedy młoda mama pokazała swój brzuch kilka tygodni po porodzie. Szczerze, nie rozumiem zamieszania. Czego się ludzie spodziewają po mistrzyni karate, która zamiast hamburgera na kolację wpiernicza sałatkę z jarmużu, i która większość swojego życia spędza ćwicząc. Czy naprawdę myślicie, że zobaczycie Anię ociekającą tłuszczem, siedzącą przed tv. No wtedy to bym się zdziwiła i ja, pewnie bardzo mocno. Ale tak? Dla mnie zdjęcie było tylko potwierdzeniem tego, czego się spodziewałam. Nie, wspomniana fotka w ogóle nie wpędziła mnie w kompleksy. Nie, nie czuję się z tego powodu gorzej i przyznać szczerze umiem, że mogłabym taki brzuch posiadać, wcale bym się nie pogniewała. Nie mam jednak prawa z tego powodu jechać po Ani i oskarżać, że wpędziła mnie w kompleksy, że „normalne „ matki tak nie wyglądają, że nie mają miliona opiekunek. Bo są i „normalne” matki, które wyglądają podobnie. Bo tym matkom się chce, bo znajdują czas, bo nie szukają wymówek.

Poznałam kilka lat temu taką właśnie matkę. Mieszkankę Warszawy, wciąż pracującą zawodowo matkę trójki dzieci. Nie miała niani, nie miała babci obok. Jej pomocą, a raczej wspólnikiem, był mąż, z którym potrafili znaleźć wspólne zrozumienie dla swojej pracy, swoich pasji, potrzeb, domu i rodziny. Ona nie szukała wymówek, nie zganiała niczego na sprzątanie czy późne kończenie pracy. Ona znalazła czas by kilka razy w tygodniu wpaść na swój ulubiony fitness. Jej ciało, kilka lat starsze od mojego, świeciło przykładem. To właśnie ona uświadomiła mi, że chcieć to móc. Mówię o niej za każdym razem, kiedy staram się innym udowodnić, że można, jeśli komuś naprawdę zależy. A jeśli nie chcesz to zawsze znajdziesz punkt zaczepny, który nie pozwoli ci zrobić kroku w przód.

Dlatego właśnie współczuję Ani życia pod ciągłym ostrzałem i współczuję małej Klarze, że te matki wariatki będą ją bacznie obserwować, że każdy jej krok, każdy strój, każdy posiłek będzie poddawany mocnej ocenie. Współczuję, że ci, którzy tak naprawdę jej nie znają, już ją ocenili i wsadzili do odpowiedniego worka. Wycenili jej wózek, prezenty od Nike i zatrudnili za nią stado opiekunek. Bo przecież pewne jest, że sama dziecka nie wychowa, przecież nie ubrudzi wypielęgnowanych dłoni kupą, a Robertowi, TAKIEMU piłkarzowi tym bardziej nie wypada się w gównie bawić.

A może tak zamiast oceniać, oskarżać i jeździć jak po, a przemilczę, warto brać z niej przykład. Zajrzeć na jej stronę, ugotować coś zdrowego i zamiast kolejnego odcinka mega inspirującego serialu trochę poćwiczyć. Jak się endorfinki do mózgu dostaną to może dalekie mamuśki będziecie od oceniania innych a znajdziecie szczęście w swoim życiu.

19059747_10158923118885387_5138878600278162206_n

maternity-2252154_1920

Ciąża To Nie Choroba, To Stan Wyjątkowy

Są takie dni, kiedy budzę się rano i czuję, że mogłabym góry przenosić. Energia rozwala mnie od środka, a ja latam jak oszalała i robię milion rzeczy na minutę. Czasem to szaleństwo trawa cały dzień, czasem łapię krótką drzemkę regeneracyjną i lecę dalej. Cieszę się tym stanem jak dziecko, bo tak jest mi dobrze, czuję, że jutro będzie tak samo, że załatwię wszystkie zaległe sprawy i wieczorem siądę szczęśliwa i spełniona.

A kolejny dzień wita mnie walącym sercem. Zastanawiam się, czy jest możliwe, że w nocy biegałam, ale jakoś tego nie zarejestrowałam. Zwlekam się bez sił z łóżka, zwlekam, bo muszę. Odprawiam córkę do szkoły, Ryśka wyprowadzam w pięć sekund i zalegam na kanapie, sącząc jedną melisę za drugą. Mimo tego, że siedzę, boli mnie podbrzusze, ciągnie nieco niżej, a brzuch faluje jak oszalały. Moje serce czuję w przełyku. Tętno wynosi ponad 100. Jestem zmęczona samym siedzeniem, żadna pozycja nie jest wygodna. Męczę się sama sobą.

Były też takie dni, kiedy z wielkim łomotem w głowie lądowałam na ostrym dyżurze. Leki, które mogę łykać działają ewentualnie na ból włosów, a nie na potworną bitwę rozgrywającą się w mojej głowie. Mam wrażenie, że zaraz wybuchnie. Boli mnie wszystko, każdy dźwięk skręca mnie od środka. Nienawidzę świata, nienawidzę mojego stanu, nienawidzę lekarzy, dla których pięć minut nie robi różnicy, a dla mnie to nieskończoność. Kroplówka pomaga, wychodzę ze szpitala z lekkim ćmieniem w głowie. Wykończona.

Kolejny dzień jest lepszy, ale wciąż odczuwam skutki wczorajszego ataku migreny. Leżę cały dzień i cieszę się, że jestem tylko zmęczona, że mogę rozmawiać i patrzeć się w jasność dnia. Tak zastaję mnie wieczór. Usypiam z nadzieją, że jutro będzie lepiej.

Wstaję przed 6. Wyspana i gotowa do działania. Życie jest piękne. Robię jogurt na bazie płatków jaglanych, wszyscy go uwielbiamy. Budzę rodzinkę, razem pijemy śniadanie w łóżku, jest bosko. Mąż się pyta: „ Jak się czujesz? „ Odpowiadam: „ Super” i wiem, że to będzie fajny dzień.

Można zwariować, prawda? I myślisz sobie, że z takimi objawami powinnam się przebadać i znaleźć źródło tych wahań. Spokojnie, badam się co chwila, dawno tak przebadana nie byłam. Podobno nie jestem chora, jestem TYLKO w ciąży, a to przecież nie choroba…..

Zdecydowanie jest lepiej, niż 10 lat temu, gdy to w ciąży byłam z Zu. Wtedy panowała ogólna znieczulica, a każda ciężarna postrzegana była jak połączenie hipochondryczki z psychopatką. Pamiętam, jak stare babsko w autobusie wygoniło mnie z krzesła, stanęłam wtedy przy niej, wielgachnym brzuchem zbliżyłam się do jej perfidnej paszczy i przy każdej dziurze w asfalcie waliłam ją po policzku. Cudnie się czułam, kiedy nie wytrzymała i poszła szukać miejsca dalej. Mamusia dobrze mnie nauczyła, kiedy tłumaczyła, bierz przykład ze starszych, to wzięłam. Chamstwem ją pokonałam. Teraz co prawda dawno komunikacją miejską nie jeździłam, ale po sklepach dalej łażę, bo czy w ciąży czy nie, jeść trzeba. I chociaż są dni, kiedy najchętniej siedziałabym na dupie przed tv, to się nie da, gdy sprawca zamieszania w pracy, lodówka pusta, a mój brzuch i córki woła o paszę. Muszę wtedy udać się do sklepu i zakupy zrobić, bo jak inaczej ( a, uprzedzam, te na dowóz tak szybko nie będą ). No i idę.

Najczęściej jestem w Lidlu, i tu na wstępie powinnam jednej Pani z Lidla podziękować, która dwa razy specjalnie dla mnie kasę otworzyła. Cudna kobieta. Inaczej stałabym w tym wężyku, bo przecież każdy myśli, że mnie wydęło. Dopchać się w Lidlu do kasjerki kiepsko, bo tam dość wąsko jest, a przecież ja taka mała, że nikt mnie nie widzi. Ostatnio się trochę zirytowałam, kiedy kolejki kończyły się w połowie sklepu, moje serce wariowało, a ja naprawdę stałam ostatkiem sił. Naprawdę, stanie jest o wiele gorsze od chodzenia !!!!!! Wtedy jedna starsza Pani podeszła do mnie i mówi, że mam iść na przód. Miałam więc dwa wyjścia, albo posłuchać tej miłej kobiety, ha nie wszystkie staruszki są głupie, albo zemdleć, bo już tak się czułam. Przepchałam się więc jakoś, tym wydętym brzuchem stojących przede mną i bez pytania podchodzę do kasjerki, prosząc o obsługę poza kolejnością. Obsłużyłam, z głośnym i serdecznym oczywiście. I nie mam pretensji do sklepu, ani do kasjerki, która i tak by mnie nie zauważyła, ale proponuję władzom sklepu zrobić kasę pierwszeństwa lub iść za przykładem Rossmanna, gdzie ekspedientki chodzą z plakietkami, że przyszłe mamy obsługiwane są poza kolejnością.

Bo w Rossmannie nigdy żadnych problemów nie miałam. Idę jak po swoje. Mam prawo. A Panie wszędzie przemiłe i nawet z kolejki wyłapać umieją wieloryba z dużym brzuchem. Rossmannowi dziękuję.

W sklepiku osiedlowym różnie bywa, zależy kto na kasie siedzi. Od ludzi nie oczekuję jakoś, bo zbyt często jestem niewidzialna. Patrzą się na mnie i mnie nie widzą. Kurde, zawsze jako dziecko chciałam mieć czapkę niewidkę. Chociaż nie chciałabym wkładać wszystkich do jednego worka, bo zdarzają się przypadki, jak np. jeden Pan z ogromnej kolejki w Grzybku.

U nas w piekarni najczęściej tłoczno, a w sobotę rano kolejka zawija się kilka razy. Ostatnio miałam przyjemność wejść w ten tłum. Zauważyło mnie pewnie z kilkanaście osób. Ale co, niemcy, nie widzą. Chyba sobie plakietkę kupię: „ Tak, jestem w ciąży, nie wydęło mnie”, chociaż na chamstwo i brak empatii nic nie pomoże. A najgorzej gdy nie widzi Cię druga baba, która sama przez to przechodziła. I stoi takie w kolejce i myśli sobie: „Mnie nie puszczali, to ja też nie puszczę”. Nie, to nie. Biorę więc krzesło, myślę, przesiedzę. I wtedy wychodzi On. Największy z kolejki, cały w tatuażach, mocno napakowany, bandyta normalnie. Podchodzi do mnie, myślę, będzie bił, a On: „ Pani bez kolejki”. Poszłam bo się przestraszyłam 😉 . Tak się łamie stereotypy, Panu wielkie DZIĘKI, chociaż i tak tego nie przeczyta, ale dla tych, którzy to zrobią, nie oceniajcie ludzi po wyglądzie.

O Ikei wspominać chyba nie trzeba, wiadomo są kasy, wiadomo się podchodzi i już ludzie się nie burzą, jak kilka lat temu, gdy jedna pani mnie opieprzyła, że się wciskam. Nic nie pomogły tłumaczenia, że kasa pierwszeństwa i mam prawo i sama sobie wybrała, więc niech się liczy, że taka ciężarna wepchać się może. Ta dalej na mnie najeżdża, wyzywa i spokoju nie daje. Nie wytrzymałam. Kazałam się jej zamknąć albo ją uderzę. Mocno się zdziwiła, bo więcej się nie odezwała. Teraz najczęściej te kasy są puste, ludzie wiedzą, że jak się ciężarne wysypią albo matki z małymi dziećmi, to zejdzie się dwa razy dłużej, więc stają do kasy normalnej.

W Zarze wyłapują mnie z kolejki. I albo obsługują poza kolejnością, albo prowadzą do innej kasy. Cudnie.

Takich sklepów i zachowań pewnie więcej, ale nie latam po wszystkich i nie wyłapuję, gdzie i jak się do ciężarnych mają, chociaż powinna powstać taka strona albo profil na fb, gdzie ciężarne oceniałaby sklepy pod tym kątem, może wtedy władze niektórych zmieniłyby politykę sklepu.

Wiem, że ciąża to nie choroba, ale to stan wyjątkowy, często mocno wyczekiwany, kiedy to musisz dbać nie tylko o siebie, ale też o maluszka, które się w Tobie rozwija. W ciąży bywa różnie, jedne przeskoczą całą, prawie nie zdając sobie sprawy ze swojego stanu, inne muszą leżeć plackiem 9 miesięcy, a inne mają tak jak ja, różnie. Dnia, kiedy czujesz się dobrze, a kiedy możesz zdychać nie przewidzisz i nie wybierzesz. Przychodzi samo. Ale nikt, poza mną, tego nie wie. Nikt nie widzi bólów kręgosłupa, ciągnięcia w podbrzuszu, okropnego kłucia w pochwie, walącego serca czy opuchniętych nóg. Nikt tego nie widzi. A tak jak powiedziałam, żyć trzeba. Trzeba wyjść na pocztę, do urzędu, apteki czy sklepu. Nie każdy mąż może siedzieć w domu i pomagać, większość pracuje poza domem i wtedy ciężarna zdana jest sama na siebie i może na większą życzliwość innych ludzi. Więc proszę wszystkich, w imieniu ciężarnych, obecnych czy przyszłych o więcej zrozumienia i życzliwości. Przepuszczenie jednej czy nawet dwóch kobiet z ciążowym brzuszkiem pół dnia nikomu nie zabierze, a takiej kobiecie, która akurat tego dnia może czuć się gorzej, która nosi często mocne dodatkowe kilogramy, naprawdę zrobi różnicę. Przypomnijcie wtedy sobie siebie w ciąży, swoje żony, siostry, córki czy koleżanki, postawcie się na chwilę w jej sytuacji i przyznajcie sami przed sobą, że ten brzuch to nie wynik gazów, ale małego człowieka, żyjącego w środku. I pomyślcie, że może kiedyś też będziecie potrzebować, by ktoś powiedział: „Proszę, pani podejdzie bez kolejki”.

Bądźmy dla siebie dobrzy. To nic nie kosztuje, no może poza odrobiną życzliwości.

baby-2166101_1920

Ciężki Los Naszych Dzieci

Rodzice mają jedną wspólną cechę. Doskonale widzą wady i złe zachowanie u innych dzieci, ale swoje zawsze potrafią wytłumaczyć. A to złym dniem, bolącą główką, słabą psychiką, dysleksją, wstydem itd. itp. Nie, moje to jest cacy, to wina Twojego. Takich wymówek można znaleźć miliony. A ja myślę, że wszystkie dzieci, łącznie z moim na czele, są cwańsze niż ustawa przewiduje. Kupują nas częściej niż nam się wydaje. Warto więc czasem wyjść z siebie, stanąć z boku i spojrzeć tak trochę chłodno na swoje dziecko, by zobaczyć, że wcale taka biedna z niej sierota to nie jest.

Zu jest osóbką dość drobną, przez co odbierana jest jak taka słodka laleczka, którą opiekować trzeba się podwójnie. Do tego dochodzą chochliki w czach, dołki w policzkach i lekko falowane długie włosy, a odbiór sam się nastawia. Ją samą często to denerwowało, odbieranie Jej, jako osoby raczej bezbronnej. Pamiętam, jak wracała ze szkoły zła, bo dziewczyny ze starszych klas zaczepiały Ją i piały nad Nią z zachwytu. Większość pewnie odebrałaby to jako komplement. My tłumaczyliśmy Jej to w podobny sposób, ale nie, Ona po dziurki w nosie miała tych ochów i achów nad swoją osobą, tym bardziej, że takie traktowanie powtarzało się dość często. Nie tylko od starszych koleżanek, ale też nauczycieli czy woźnych, którzy systematycznie ubolewali nad Jej ciężkim losem, jako uczennicy. A powiem szczerze, że nijak to się miało do Jej osoby. Bo Zu z jednej strony urocza i słodka, umiała doskonale walczyć o swoje i wbijać szpilę tym, którzy mocniej dali Jej się we znaki. Dość długo tego nie widziałam, bo tak naprawdę córka nie dawała nam nigdy większych problemów wychowawczych i ja sama pewnie odbierałam Ją podobnie, jak większość znajomych. Pewnie dlatego puszczaliśmy Ją do szkoły z pewną obawą. Nie baliśmy się w ogóle problemów z nauką, mimo tego, że zaczynała szkołę na poziomie zerowym. Nie umiała czytać ani wybitnie trzaskać matematyką. W porównaniu z dziećmi, z którymi trafiła do klasy, powiem szczerze, była w czarnej dupie. Ale to nie problem, naprawdę. Wychodzę z założenia, że jak się chce i trochę czasu się poświęci, to można wiele zdobyć. Ja się obawiałam raczej tego, jak ta moja kruszyna poradzi sobie w tym okropnym szkolnym środowisku. Ale co tam, decyzja zapadła, rozczulać się nie będziemy. Puszczamy Ją na głęboką wodę, niech się uczy radzić sobie w życiu. Każdy musi, inaczej zginie.

Moje zdziwienie było tym większe, kiedy po kilku miesiącach pytam się wychowawczyni jak Zu, w sensie emocjonalnym, a Ona mi odpowiada: „ Zuzia? Ta mała sobie świetnie radzi, połowę klasy sprzeda w sekundzie” Wtedy zaczęłam otwierać oczy i przyglądać się córce z innej perspektywy. To pozwoliło mi spuścić trochę powietrza i spojrzeć na Nią, jak na inną osobę. Zaczęłam mocniej przysłuchiwać się jak rozmawia z koleżankami, jak rozwiązuje pewne nieporozumienia, jak coś opowiada. To pozwoliło mi dokładnie dostrzec to, o czym mówiła Jej wychowawczyni. Ten spryt, którego wcześniej jakoś nie widziałam, to zacięcie, kiedy chciała walczyć o swoje i niesamowitą ambicję, którą czasem próbuję ostudzić, gdy zaczyna wymagać od siebie zdecydowanie za dużo. Wtedy przestałam się nad córką użalać. Zobaczyłam w Niej wojownika, który poradzi sobie w życiu. Dziewczynę, która doskonale wie czego chce. Ale nie zobaczyłabym tego, gdybym wciąż chodziła z klapkami na oczach i nie pozwoliła nikomu ocenić mojego dziecka. A uważam, że każdej matce taka ocena powinna być wykładana, bo my często obiektywne być nie potrafimy. Widzimy własny obraz naszego dziecka, niestety w większości przypadków mocno zniekształcony.

Ostatnio jedna z moich znajomych mocno zaczęła się rozczulać nas swoją córką, jaka to ona biedna, że chodzi do tej szkoły, że źle zrobiła, że ją puściła, że w innych szkołach praktykuje się, że dzieci zostają jednak drugi rok w tej samej klasie itd.itp. Patrzyłam, słuchałam i naprawdę nie wierzyłam. Właśnie dlatego, że ja widzę jej córkę całkiem inaczej. To mała spryciura jest, która potrafi ustawić wszystkie dzieciaki obok siebie i tak przekręcić przebieg wydarzeń, że wszyscy są winni, tylko nie ona. Nie muszę chyba nadmieniać, że mała, jak wszystkie obecnie dzieciaki, perfekcyjnie radzi sobie z każdą technologią, która wpadnie jej w rękę. Nie szkodzi, że wtedy musi trochę przeczytać, czy nauczyć się obsługi. Ta nauka wcale nie boli, ale rozwiązanie kilku zadań to już wyczyn ponad jej możliwości. Wtedy zaczynają się schody i wszelkie możliwe jęki stęki. Mamusia oczywiście zaczyna wówczas się nad córcią użalać i mocno przepraszać, jaką to krzywdę ogromną dziecku wyrządziła, że ją do szkoły wcześniej puściła. Przecie to dziecie niegotowe jeszcze. A ja myślę, że gotowe i to bardzo, tylko mocno sprytne i wie jak na matce zagrać. Zu też próbuje 😉 Ale gdy się powiedziało A, trzeba powiedzieć i B. Życie ma to do siebie, że czasem rzuca nam kłody pod nogi, uciera nosa w najmniej spodziewanym momencie. Uważam, że jesteśmy od tego, by uczyć dzieci walki na takie momenty, a nie płaczu nad rozlanym mlekiem.

To, że dziecko zawsze będzie dla matki malutkie i takie bezbronne to pewne. Będziemy do końca naszych dni trząść się nad każdym ich potknięciem i płakać po nocach nad ich bólem. Taka jest miłość matczyna i nie ma w ogóle co z nią walczyć. Nie wygramy. Ale obok tej miłości powinien stać rozsądek, który pozwoli puścić dziecko trochę dalej, który pozwoli nam zobaczyć wady naszego dziecka i dostrzec, że też popełnia błędy. Nie jesteśmy od tego, by dziecko osądzać, ale od tego, by tłumaczyć co źle zrobiło i dlaczego, wyciągać z tych błędów wnioski, które mogą przydać się na przyszłość. Nasze dzieci rosną, rozwijają się i naprawdę radzą sobie doskonale. Tylko zamiast ćwierkać nad nimi, warto pokazać im, że my wiemy, że są mądre i sprytne i sobie poradzą. A jeśli im się nie chce i znajdą kolejną wymówkę, niech poniosą konsekwencje swoich czynów, nieodrobionych lekcji, nieprzeczytanej lektury czy kłótni z koleżanką. Bo niby kiedy jest ten magiczny wiek, gdy powiemy „NIE”, bez wyrzutów sumienia, kiedy uznamy, że już nie przeczytamy dziecku lektury, nie odrobimy lekcji, czy załagodzimy sporu z koleżanką? Zamiast tego uczmy nasze dzieci ambicji, chęci rozwoju, spełniania marzeń i nie narzekania na ciężki los. Przecież nie jest tak źle.

woman-975339_1920

Matka Matce ???

I po jaką cholerę ze sobą walczymy ?

Ile matek, tyle opinii i tyle sposobów na wychowywanie dziecka. I ile matek, tyle jadu w internecie. Męczy mnie to już przeokrutnie i mam pomysł dla nas mam wszystkich, żeby zająć się sobą i swoim dzieckiem, a innym matkom dać spokój, niech sobie chowają po swojemu. Przecież nikt nie lubi, kiedy mu się z buciorami do domu wchodzi. Więc moje cztery kąty, moja rodzina i moja sprawa. Jak będę chciała rady to o zdanie spytam lub poszukam se w książce, gazecie, necie. Gdziekolwiek.

Są jednak pewne wyjątki, kiedy jak najbardziej trzeba się wpieprzyć i zainterweniować. Kiedy pojawia się alkohol, przemoc i ewidentne zaniedbanie. Nie gadaj jednak wtedy z matką, bo z taką pewnie gadać nie ma o czym, ale dzwoń tam, gdzie trzeba. Ty będziesz miała czyste sumienie a dziecko pewnie życie spokojniejsze. Bo o ile się mówi, że dziecko najbardziej chce być przy matce, to pewnie tak jest, bo innego życia nie zna, ale kiedyś, w przyszłości, będzie wdzięczne, że ktoś zauważył i pomógł. Ale mamo droga w innych przypadkach, gdy Tobie zwyczajnie się widzi inaczej, daj sobie spokój i daj spokój innej matce.

Jestem kompletnie zafiksowana na macierzyństwie. Skoro zdecydowałam się na bycie matką, chcę tę rolę zagrać jak najlepiej. Mam więc swoje mocne zasady, których nie łamię i których mocno się trzymam. W tej kwestii podejście do wychowania dziecka mamy z mężem takie same, na szczęście więc u nas problemu nie ma. On pojawia się gdzie indziej, kiedy innej matce nie podoba się to jak chowam swoje dziecię i rzuca komentarze zupełnie niepotrzebne. Ciśnienie mi wtedy wzrasta i rodzi się konflikt niepotrzebny, bo ja z tych, które milczeć zamiaru nie mają, kiedy ktoś czepia się z dupy strony. Dlatego taka złota rada, nie oceniaj, a oceniana nie będziesz.

Chociaż, przyznaję się bez bicia, sama kiedyś byłam tą, która swoje zdanie w kwestii wychowania wypowiadała głośno. Nie było po mojemu, to bach, słowotok. Na szczęście z czasem, kiedy sama kilka razy usłyszałam zupełnie mi zbędną opinię innych, zaczęłam uczyć się milczeć w pewnych momentach. Zdałam sobie sprawę, że przecież nie każdy musi tak jak ja, naprawdę. Gryzę się więc w język i wciąż uczę wielkiej sztuki, jaką jest milczenie. Nie obchodzi mnie więc jak wygląda Twoje dziecko, jak je ubierasz, jak wychowujesz, czym karmisz i jak organizujesz czas wolny. Mam to w głębokim poważaniu, bo wiem, że każdy z nas kiedyś zbierze owoce swojego macierzyństwa. Czas zweryfikuje.

A kiedy ktoś mnie pyta o radę? Odpowiadam. Mówię o tym, jak robimy my, czym się kierujemy i co jest dla nas ważne, bo nie chodzi o to, żeby milczeć, ale o to, żeby wiedzieć kiedy mówić. Nie boję się swojego zdania na temat słodyczy i wciskania na siłę maluchowi żarcia dla dorosłych, to nie małpa, ani żaden królik doświadczalny, na wszystko przecież przyjdzie czas. Potrafię powiedzieć co myślę o dzieciach przy „stole dorosłych”, o nauce, czapkach kiedy na dworze +100ºC, o kłótniach przy dziecku, o szacunku, wspólnym czasie i innych moich poglądach. To są mojej sprawy i przecież mogę o nich paplać, mogę o nich pisać i opowiadać wszem i wobec. A Ty wcale nie musisz się do nich stosować ani brać ze mnie przykładu. Jeśli Ci się podoba, bierz i owszem, jeśli nie, chowaj po swojemu i mnie nie oceniaj.

Zawsze lepiej dogadywałam się z chłopami. Oni nie mają problemu, gdy powiesz im coś do słuchu, jeśli taka konieczność następuje, potrafią 5 minut później wódki razem się napić. Oni nie czepiają się bez powodu i nie przejmują się głupotami. Skupiają się na sobie i swoim życiu, a na resztę mają równo….obojętnie. I tak sobie myślę, że zamiast się tych chłopów wiecznie czepiać, warto czasami wziąć z nich przykład i skupić się na sobie, swoich czterech literach i swoich dzieciach. Wyobrażasz sobie, jak świat stałby się piękniejszy ?

Tak może być, to wszystko jest do zrobienia. Zacznijmy od siebie. Nie komentujmy i nie dajmy komentować innym naszych sposób na macierzyństwo. Nie oceniajmy i nie traktujmy innych z góry. Niech każda ma możliwość robić po swojemu. Pewnie, że możesz mówić o swoich sposobach, jest wiele kobiet, które potrzebują rad. Jest jednak różnica w przekazie, że Ty nie dajesz swojemu dziecku coli a w krytyce matki, która poi tym swoją pociechę. Przecież to Jej dziecko i Jej sprawa. Czyż nie ?

17917756_10210879470761044_7442447453368745863_o

Żyj i daj żyć…..

Przeczytałam parę książek o bieganiu i pewnie z dwa razy więcej artykułów na ten temat. W prawie każdej pozycji przewijał się maraton, marzenie chyba każdego zagorzałego biegacza. I wiesz jaka jest różnica między maratonami za granicą a tymi u nas? Tam ludzie kibicują, stoją przy trasie, klaszczą, głośno dopingują uczestników, podają im wodę, pomagają jak mogą. A u nas??? Wieczne narzekanie, wielka tragedia, bo raz na chiński rok zamkną kilka ulic, no i biedaczek zakleszczony w domu, bo nie umie pojechać inną trasą. Nic, że o maratonie wiemy dużo wcześniej i wystarczy w necie sprawdzić jak się poruszać przez kilka godzin po mieście, ale nie szkodzi to wyzywać ludzi od debili i idiotów biegających po mieście i blokujących ulice. To się sam przebiegnij idioto 42 km a wtedy porozmawiamy…

Na maratony w swoim życiu trafiłam kilka razy, głównie przy okazji rowerowych wycieczek. Stawaliśmy wtedy na chwilę przy trasie, z wielkim podziwem obserwując tych, którzy mieli odwagę wystartować. Szacunek, to jedyne słowo jakie nasuwa mi się na myśl, kiedy myślę o ludziach, którzy dokonują takich rzeczy.

W tym roku pojechaliśmy na maraton w konkretnym celu. Mój brat, lekko dwanaście lat ode mnie starszy, postanowił zdobyć te marne 42 km. Dorwaliśmy Go pierwszy raz na 28 km. Byłam tak podekscytowana tym faktem, że miałam ochotę obdzwonić całą rodzinę, znajomych, a nawet porwać się na telefon do prezydenta i powiedzieć mu, żeby w cholerę rzucił te narty, niech zacznie biegać, przynajmniej będzie na miejscu ;). On pobiegł dalej, mój brat w sensie a nie prezydent, a my szybka kawa w rękę i kierunek Narodowy. Przecież wiedzieliśmy, że dobiegnie.

Z Wilanowa na stadion przejechaliśmy BEZ PROBLEMÓW. Nawet udało się mężowi samochód w pobliżu zaparkować. No i poszliśmy na metę brata witać. Tu już dało się odczuć fajną atmosferę i tego „debila co się od rana przez mikrofon drze”, taki cytat z internetu. Ludzie krzyczeli, dopingowali, aż i mi się udzieliło. Darłam się co chwila. Nic, że ludzi nie znałam, ale tuż przed metę taki doping jak najbardziej wskazany. Ale gdy zobaczyłam własnego, rodzonego brata, to jakieś takie fajne uczucie nie do opisania. I Zuzia, która kilka minut płakała ze wzruszenia, rozwaliła mnie całkowicie. Bo skoro dziewięciolatka zdaje sobie sprawę, że ten maraton to naprawdę wyczyn, to czego nie może pojąć dorosły człowiek???

A przed metę widziałam tych ludzi, którzy na sam koniec dostawali sił nadprzyrodzonych i sprintem wbiegali na metę. Widziałam kobiety, które wycierały łzy z policzków. Widziałam tych, którzy powłóczyli nogami i bili się w udo bo skurcz ich mocno paraliżował. Śmiem twierdzić, że na metę szli ostatkiem sił, ale ten tłum, który darł się wniebogłosy na pewno dodawał sił na te ostatnie metry. Widziałam dziadków, na oko będzie z siedemdziesiąt lat na karku, którym się kłaniam tak nisko jak się da. Widziałam ojców z wózkami i takich, którzy na sam finiszu brali swoje dzieci z tłumów i z nimi przekraczali metę. I widziałam biegacza, który upadał. W sekundzie znaleźli się przy nim sanitariusze, gotowi wynieść uczestnika na noszach. A On wstał i mimo bólu, ostatkiem sił, kulejąc, przekroczył ten wielki, na pewno wymarzony, napis. Okrzyki publiczności,  jakie temu towarzyszyły mi samej zmoczyły oczy.

Tych ludzi łączy pasja, chęć i odwaga do realizacji swoich marzeń, wielkie zacięcie i siła, niesamowita siła, która pozwala im dotrwać do końca. Ale mają oni przede wszystkim coś, czego brakuje niektórym, szczęście, zapewne mocno wybiegane, które daje im siłę by spełniać swoje marzenia, które mimo głupich komentarzy pozwala im z wielkim bananem na ustach przekroczyć magiczną linię. I tak, gdybym miała wybierać, wolę być idiotką blokującą ulicę, niż idiotką siedzącą na forach i wylewająca jad na tych, którzy robią w życiu coś, co kochają. Nie podcinajmy skrzydeł innym, niech fruną ze swoimi marzeniami, a my bierzmy przykład, że można i róbmy w życiu coś, co daje nam szczęście.

Żyj i daj żyć innym……

woman-1901702_1920

Bądź dobra dla siebie, nie tylko na wiosnę.

Kiedyś myślałam, że nie można odpuszczać. Każde „poddanie się” traktowałam jak porażkę, którą skrupulatnie kryłam przed innymi. Wstydziłam się, że nie dałam rady, tłumaczyłam każde odstępstwo, gotowa byłam pójść do spowiedzi, prosić o przebaczenie, mimo tego, że do kościoła zaglądam sporadycznie, prowadzona bardziej okazją niż potrzebą. Tak się wtedy czułam. Mocno przybita i całkowicie zagubiona. I pewnie dalej tkwiłabym w takim zaplątaniu, gdyby nie fakt, że zmądrzałam, w porę i na szczęście. Nie znaczy to jednak, że wszystko mam w głębokim poważaniu, że na nic i nikogo nie zwracam uwagi. Nie. Wciąż się przejmuję i wciąż nie odpuszczam, potrafię walczyć jak lwica, gdy na czymś bardzo mi zależy, nawet jeśli komuś z boku może wydawać się inaczej. Różnica jest taka, że nauczyłam się czytać samą siebie, swoje marzenia i potrzeby i swój sposób widzenia świata. Wiem już, że regeneracja jest tak samo potrzebna jak sam trening. Nie ma nic złego w odpoczynku, o ile wiesz, że wrócisz.

Ważne jednak, by swoje marzenia spełniać dla siebie, nie dla innych. Nikomu nie chcę i nie muszę niczego udowadniać. Nie chcę i nie muszę być taka, jaką Ty chcesz mnie widzieć. Już nie. Na szczęście. Przecież tyle ludzików na świecie, każdy znajdzie kogoś dla siebie. 

Zauważyłam, że większość z nas idzie z prądem. Ślepo stąpa za tłumem i panującymi obecnie trendami. Nie zachwyca nas jakość, ale ilość lajków na facebooku i czerwonych serduszek na Insta. Im ich więcej, tym bardziej nam się podoba. Nic, że treść czy wygląd dalekie od naszego spostrzegania świata, ważne, że na innych to robi wrażenie, a jeśli tak jest to i my naciśniemy magiczny przycisk.

Wszędzie widzę takie same pokoje, urządzane na ślepo według zdjęć z Pinteresta. Moda przestaje zachwycać, bo ileż razy mamy wzdychać nad takimi samymi stylizacjami i włosami ułożonymi zgodnie z trendami. Stajemy się kopiami innych, tracimy samych siebie, ale zyskujemy grono fanów, bo pewne hasztagi sprzedają się jak świeże bułeczki.

Co chwila wyświetlają mi się te same reklamy, co drugi tekst jest tak samo wyświechtany i mocno przesłodzony. Jakie to mamy wspaniałe życie, przecudownego męża i jeszcze bardziej cudowne dziecko, ewentualnie dzieci. Nie, wad mi nie posiadamy, gardzimy nimi. Jesteśmy bardziej doskonali niż amerykańskie sweet komedie. Problemom też dziękujemy, o gorszych dniach zapominamy, a tym całym szczęściem podzielimy się w internecie. Niech inni zazdroszczą i wpadną w depresję. Nam będzie lepiej tym bardziej, bo nic nie buduje tak naszego szczęścia jak nieszczęście innych.

Ewentualnie idziemy w kierunku drugimi. Krytykujemy wszystko i wszystkich. Od wyglądu po wiedzę. Nie odpuścimy, trzeba po kimś pojechać, by trochę się podnieść na duchu, swoje własne „ja” wynieść jak najwyżej. Szpila wsadzona, dzień udany.

Przestaje mnie to bawić, a im mniej mnie śmieszy i zachwyca, tym bardziej drażni, a ja mam ochotę iść w przeciwnym kierunku, jak ta lala na przekór innym. Mam wrażenie, że tylko tak zdołam utrzymać własne ja na powierzchni. Może nie doskonałe, ba, na pewno nie, ale przynajmniej własne, a to dla mnie najcenniejsze.

baby-feet-836867_1920

Nie Ten Czas

Mój brat jest dwanaście lat ode mnie starszy. Te 12 lat, dawno temu, było dla nas przepaścią, wtedy nie do przejścia. Inne zainteresowania, inne problemy, inne spojrzenie na świat. Rządził mną jak chciał, rozkazywał. Był takim zastępcą taty, którego niestety nie miałam. Denerwowałam go ostro. Taka śmierdząca gówniara, wiecznie pałętająca się pod nogami. Trudno, żeby zbuntowanego piętnastolatka nie denerwowała marudząca trzyletnia smarkula. Życie.

Trochę lat minęło, to co złe poszło w zapomnienie, różnica zaczęła się zacierać, prawie jej nie widać. Ok. On dalej jest starszy i brzydszy, tu nic się nie zmieniło 😉 . A poza tym siedzimy razem przy stole, mamy podobne problemy, podobne spojrzenie na świat. Pijemy razem wódkę i razem żartujemy. Oboje uwielbiamy sarkazm. Już się Go nie boję i nie słucham. Jestem tak samo dorosła jak On. Możemy iść razem na imprezę i razem oglądać wiadomości w tv. Jak brat z siostrą. Na równi. Nie czujemy już tych lat dwunastu. To tak jakby ich nie było. Bo dwanaście lat to w sumie mało.

Na początku myślałam, że to jakiś kolejny wirus puszczany na fb. Wiecie, szokujący tytuł równa się dobra klikalność i dziadostwo się rozprzestrzenia. Ominęłam myśląc, że tytuł jest naprawdę dobry. Po chwili widzę go znowu, i znowu. Patrzę na portal, który to zamieścił i myślę sobie, to nie wirus, to jakaś wiadomość z kontrowersyjnym tytułem. Nabrałam się już na to kilka razy, tytuł swoje a treść swoje. Zero powiązania. Liczą się liczby odsłon, tytuł ma zachęcać, treść może być taka sobie. Klikam. Czytam. I co??? Dawno nie byłam tak mocno zdziwiona i zszokowana. 12- letnia matka rozłożyła mnie na łopatki.

Nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić. Jak taka mała dziewczynka, której w głowie wciąż powinny siedzieć zabawy i problemy dziecięcego świata, mogła zajść w ciążę? Jej psychika, jej ciało, takie nieprzygotowane. Czytałam komentarze lekarzy o porodzie, sami wypowiadali się w szoku i z nutą współczucia. Bo w tej całej patologicznej sytuacji, warto dać czas na ostudzenie buntu i buzujących myśli i zwyczajnie współczuć dziewczynce, że ktoś jej odebrał dzieciństwo, zmusił do bólu i mocno nadwyrężył psychikę. Ona nie była gotowa, to pewne. Nikt jej nie uświadomił, nie nauczył, nie ostrzegł.

Internet i telewizja huczą, szukają winnych, chcą kogoś oskarżyć, pomijając oczywiście debila, który współżył z dzieckiem. On dostanie kilka lat, to nic w porównaniu z całym życiem matki i dziecka. Oprócz niego trzeba jeszcze kogoś znaleźć, obwinić. System im nachodzi na myśl, jedna lekcja tygodniowo w szkole ma załatwić sprawę i zmyć cały ciężar z barków rodziców czy opiekunów w domu dziecka. Po sprawie. Można iść dalej.

Mamy tendencje do obwiniania innych i zwalania na nich odpowiedzialności za nasze czyny. Jeśli sprawa tyczy się naszych dzieci, niegrzecznej młodzieży, obwiniamy system. Bo za mało lekcji, bo jednak gimnazjum to zło i dziecko zwariowało. A jednocześnie, przy całym tym obwinianiu, boże broń, by jakaś nauczycielka na nasze dziecko krzyknęła, zwróciła uwagę, bo w sekundzie skarga do szkoły płynie. Kochani rodzice, jedno zaprzecza drugiemu.

A teraz Was oświecę i prawdą plunę. Za nasze dzieci jesteśmy odpowiedzialni my, RODZICE. To MY mamy wychowywać nasze dziecko. To MY mamy im pokazywać co jest dobre a co złe. To MY wyznaczamy im granice. To MY uczymy, albo i nie, mówić dzień dobry, dziękuję, przepraszam. To MY mamy dziecku pokazać pasję i nauczyć chęci do działania. To MY mamy nauczyć szacunku do ludzi i siebie samego. To MY uczymy miłości i nienawiści. To MY mamy nauczyć ich życia. I to MY jesteśmy od tego, by rozmawiać z dzieckiem o seksie. Uczyć je, uświadamiać, przygotowywać.

Kiedy mówię znajomym, że otwarcie gadam z Sue o seksie, są zdziwieni, widzę to na ich twarzach. Ich oczy zdają się pytać, jakim prawem gadam z gówniarą o seksie? Nie wstydzę się? To nie czas przecież. Seks jest dla dorosłych, pod kołderką, przy zgaszonym świetle. I tylko ciii, nie mów nikomu, że uprawiam, bo wstyd. Tak, seks jest dla dorosłych, ale nie jest złem i wstydem. Nie powinien też być tematem tabu. O seksie trzeba z dzieckiem gadać, adekwatnie do wieku, na tyle, ile jest w stanie pojąć w danym momencie. Jak zadaje pytanie, odpowiadać prawdą. Nie wymyślać historyjek i nie odsyłać do swojego pokoju. Wiesz mamo, może w tym momencie to Cię obruszy albo i wkurzy, ale Twoje dziecko też kiedyś będzie seks uprawiało. I uwierz mi, lepiej, żeby zrobiło to później i bardziej świadomie. Nie zwalaj więc winny na system, nie wymagaj od szkoły, że nauczy Twoje dziecko o antykoncepcji. Od tego jesteś Ty. Szkoła jest tylko dodatkiem, małą przygodą w całym procesie wychowawczym naszych dzieci. I owszem, fajnie jak pomaga, ale nie odwali za nas całej roboty. Skoro zdecydowaliśmy się na dziecko, wychowujmy je.

Nie wiem, nikt nie wie, co się stanie z tą dziewczynką i jej dzieckiem. Jak potoczą się jej losy. Wiem, że bardzo jej współczuję, że nie miała przy sobie nikogo, kto by się nią interesował. Kto by pytał o szkołę, koleżanki, dziecięce problemy i wielkie marzenia na dorosłość. Wtedy pewnie, zamiast w szpitalu, siedziałaby w domu, otulona matczyną miłością……

Szkoda.

mama-906889_1920

Właściwa Ścieżka

Na Starówce jak zwykle pełno ludzi. To miejsce chyba nigdy nie śpi. Tu tętni życie, bez względu na porę dnia czy roku. Mijamy się, całkiem obojętnie, za dużo nas by zwracać na siebie uwagę. Chociaż ja uwielbiam obserwować ludzi, wiercić ich wzrokiem, prześwietlać, analizować. I w tym tłumie wyłapują ją. Stoi oparta o murek, ze wzrokiem wbitym w ziemię, ubrana zdecydowanie za ciepło, mocno ściska brudnego już misia. Przykuwa moje spojrzenie na dłużej, zwalniam. Znam to miejsce. Tu spotykają się narkomani. Jej nie powinno tu być. Zwłaszcza z tym kolesiem mocno starszym od niej i zniszczonym, na własne życzenie. Ona ma z 14 lat, może rok więcej lub rok mniej. Obojętnie. Zdecydowanie za mało by tu być. Podnosi głowę. Jej puste oczy mnie przerażają, takie zagubione, wołające o pomoc. Bezskutecznie. Czuję, że moje serce przyspiesza. Łapię Sue za rękę, pewnie lekko za mocno, ale nic na to nie poradzę.

  • Widzisz ją ? – pytam męża
  • Tak
  • Boję się.
  • Wiem, ja też.

Wystarcza nam, by się zrozumieć. Mamy takie same priorytety w życiu, idziemy tą samą ścieżką. Ale czy to nam pomoże, czy wystarczy? W takich momentach jak ten nachodzi mnie masa wątpliwości i ogarnia przeokrutny strach. Strach, o moje dziecko, o Jej przyszłość, Jej życie.

Zrezygnowałam z pracy w najmniej odpowiednim momencie. Nasze finanse wisiały na włosku, ledwo starczało do pierwszego, a czasem i nie starczało. Było ciężko, bardzo. I mimo tego, że miałam wiele nocek, podczas których nie mogłam zasnąć z nerwów, i wiele dni pełnych niepokoju, gdzie ze strachem zaglądałam na konto, wiem, że podjęłabym taką samą decyzję jeszcze raz. Nigdy nikomu się nie skarżyliśmy, nigdy nie mówiliśmy, że nie mamy kasy, bo dla nas ten wspólny czas, te chwile, które mogłam poświęcić córce, widzieć Jej rozwój,  były najpiękniejsze i wynagradzały wszystko.

Od samego początku byliśmy mocno zakręceni na punkcie czasu, nie liczyło się dla nas nic, tylko chwile, które mogliśmy spędzać razem. Nie mieliśmy ich dużo, ale cieszyliśmy się każdą, jaką podarował nam los. Do tej pory kładziemy mocny nacisk na wspólne chwile, i mimo tego, że nastały czasy, kiedy bardzo zaczynają liczyć się koleżanki, my nie odpuszczamy. Głęboko wierzymy, że w wychowywaniu to właśnie czas odgrywa kluczową rolę. Te chwile spędzone razem, na rowerze, na spacerze, wspólnym posiłku czy grając w gry planszowe lub urządzając wieczór kinowy. Pomysłów jest wiele. I obojętnie co wybierzemy, ważne, że robimy to razem.

Zawsze też trzymamy się tego, by na wszystkie pytania Zu odpowiadać szczerze, to podstawa by córka nam zaufała i by to zaufanie utrzymać. Bo nie sztuką je zdobyć, jako rodzice dostajemy je chyba w pakiecie, sztuką jest to zaufanie budować i sprawić, by ta budowla nie runęła, bo mimo tego, że na budowlance się nie znam, to myślę, że taki budynek ciężko odbudować, a nawet jak się uda, to zawsze gdzieś tam z tyłu głowy będzie myśl, że tu grunt nie jest zbyt pewny. Dlatego nie opowiadam córce bajek dziwnych i niestworzonych historii, zawsze normalnie odpowiadam na Jej pytania, przecież dziecko to też człowiek, zrozumie, wystarczy odpowiedź do wieku dostosować. Nie mamy trudnych pytań i wstydliwych tematów. Rozmawiałam już z córką na temat seksu, rodzenia dzieci, narkotyków i homoseksualizmu. Normalnie, tak by zrozumiała, na teraz Jej wystarczy, chociaż myślę, że temat powróci. I naprawdę marzę, by chciała o tym rozmawiać ze mną. W ten sposób mogę Jej udowodnić, że zawsze może na nas polegać, że bez obaw może przyjść do nas z każdym problemem. A to dużo, prawda?

Nie odsyłamy Jej „na później „ nie zamiatam problemów pod dywan, a tym bardziej nie pozwalam, by sama borykała się ze swoimi kłopotami. Być może, a nawet na pewno, są one dla nas mocno śmieszne. Przy tych naszych problemach wypadają naprawdę blado, ale dla Niej to pewnie wielka tragedia. Staramy się, jak tylko to możliwe, postawić na Jej miejscu. Słuchamy, wspieramy, stajemy się oparciem. Rozumiemy i nie wyśmiewamy. Jesteśmy dla Niej. Musi to wiedzieć i czuć.

Poszliśmy dalej, mocno trzymając się za ręce. W ciszy, bo przy takich obrazkach mówić się nie chce. Pogrążyliśmy się we własnych myślach, chyba mocno analizując, jaką obrać drogę. Czy ścieżka, którą idziemy jest właściwa. Obejrzałam się jeszcze kilka razy. Nie wiem po co. Może myślałam, że przez te kilka sekund coś się zmieni? Miałam ochotę do niej podejść, mocno nią potrząsnąć, uświadomić i dać nadzieję, że może więcej, że jeszcze nie jest za późno, że być może ktoś gdzieś na nią czeka i się martwi. A co jak nie? Nie wiem co pchnęło ją w tym kierunku. Co, kto, gdzie popełnił jakiś błąd, który zaprowadził ją tam, gdzie być jej nie powinno? Wiem tylko, że cholernie było mi przykro patrzeć się na nią. Długo o niej myślałam, mocno zapadła mi w pamięć. Będzie już z rok. A ten obrazek powraca do mnie co jakiś czas, jak przypomnienie. A ja chcę wierzyć, że z nią wszystko w porządku. I chcę wskazówkę, jak iść, co robić, by nie zbłądzić, by spokojnie i bezpiecznie puścić dziecko w świat. Macie jakieś?

girl-101690_640