Nie Ten Czas

Mój brat jest dwanaście lat ode mnie starszy. Te 12 lat, dawno temu, było dla nas przepaścią, wtedy nie do przejścia. Inne zainteresowania, inne problemy, inne spojrzenie na świat. Rządził mną jak chciał, rozkazywał. Był takim zastępcą taty, którego niestety nie miałam. Denerwowałam go ostro. Taka śmierdząca gówniara, wiecznie pałętająca się pod nogami. Trudno, żeby zbuntowanego piętnastolatka nie denerwowała marudząca trzyletnia smarkula. Życie.

Trochę lat minęło, to co złe poszło w zapomnienie, różnica zaczęła się zacierać, prawie jej nie widać. Ok. On dalej jest starszy i brzydszy, tu nic się nie zmieniło 😉 . A poza tym siedzimy razem przy stole, mamy podobne problemy, podobne spojrzenie na świat. Pijemy razem wódkę i razem żartujemy. Oboje uwielbiamy sarkazm. Już się Go nie boję i nie słucham. Jestem tak samo dorosła jak On. Możemy iść razem na imprezę i razem oglądać wiadomości w tv. Jak brat z siostrą. Na równi. Nie czujemy już tych lat dwunastu. To tak jakby ich nie było. Bo dwanaście lat to w sumie mało.

Na początku myślałam, że to jakiś kolejny wirus puszczany na fb. Wiecie, szokujący tytuł równa się dobra klikalność i dziadostwo się rozprzestrzenia. Ominęłam myśląc, że tytuł jest naprawdę dobry. Po chwili widzę go znowu, i znowu. Patrzę na portal, który to zamieścił i myślę sobie, to nie wirus, to jakaś wiadomość z kontrowersyjnym tytułem. Nabrałam się już na to kilka razy, tytuł swoje a treść swoje. Zero powiązania. Liczą się liczby odsłon, tytuł ma zachęcać, treść może być taka sobie. Klikam. Czytam. I co??? Dawno nie byłam tak mocno zdziwiona i zszokowana. 12- letnia matka rozłożyła mnie na łopatki.

Nie byłam w stanie sobie tego wyobrazić. Jak taka mała dziewczynka, której w głowie wciąż powinny siedzieć zabawy i problemy dziecięcego świata, mogła zajść w ciążę? Jej psychika, jej ciało, takie nieprzygotowane. Czytałam komentarze lekarzy o porodzie, sami wypowiadali się w szoku i z nutą współczucia. Bo w tej całej patologicznej sytuacji, warto dać czas na ostudzenie buntu i buzujących myśli i zwyczajnie współczuć dziewczynce, że ktoś jej odebrał dzieciństwo, zmusił do bólu i mocno nadwyrężył psychikę. Ona nie była gotowa, to pewne. Nikt jej nie uświadomił, nie nauczył, nie ostrzegł.

Internet i telewizja huczą, szukają winnych, chcą kogoś oskarżyć, pomijając oczywiście debila, który współżył z dzieckiem. On dostanie kilka lat, to nic w porównaniu z całym życiem matki i dziecka. Oprócz niego trzeba jeszcze kogoś znaleźć, obwinić. System im nachodzi na myśl, jedna lekcja tygodniowo w szkole ma załatwić sprawę i zmyć cały ciężar z barków rodziców czy opiekunów w domu dziecka. Po sprawie. Można iść dalej.

Mamy tendencje do obwiniania innych i zwalania na nich odpowiedzialności za nasze czyny. Jeśli sprawa tyczy się naszych dzieci, niegrzecznej młodzieży, obwiniamy system. Bo za mało lekcji, bo jednak gimnazjum to zło i dziecko zwariowało. A jednocześnie, przy całym tym obwinianiu, boże broń, by jakaś nauczycielka na nasze dziecko krzyknęła, zwróciła uwagę, bo w sekundzie skarga do szkoły płynie. Kochani rodzice, jedno zaprzecza drugiemu.

A teraz Was oświecę i prawdą plunę. Za nasze dzieci jesteśmy odpowiedzialni my, RODZICE. To MY mamy wychowywać nasze dziecko. To MY mamy im pokazywać co jest dobre a co złe. To MY wyznaczamy im granice. To MY uczymy, albo i nie, mówić dzień dobry, dziękuję, przepraszam. To MY mamy dziecku pokazać pasję i nauczyć chęci do działania. To MY mamy nauczyć szacunku do ludzi i siebie samego. To MY uczymy miłości i nienawiści. To MY mamy nauczyć ich życia. I to MY jesteśmy od tego, by rozmawiać z dzieckiem o seksie. Uczyć je, uświadamiać, przygotowywać.

Kiedy mówię znajomym, że otwarcie gadam z Sue o seksie, są zdziwieni, widzę to na ich twarzach. Ich oczy zdają się pytać, jakim prawem gadam z gówniarą o seksie? Nie wstydzę się? To nie czas przecież. Seks jest dla dorosłych, pod kołderką, przy zgaszonym świetle. I tylko ciii, nie mów nikomu, że uprawiam, bo wstyd. Tak, seks jest dla dorosłych, ale nie jest złem i wstydem. Nie powinien też być tematem tabu. O seksie trzeba z dzieckiem gadać, adekwatnie do wieku, na tyle, ile jest w stanie pojąć w danym momencie. Jak zadaje pytanie, odpowiadać prawdą. Nie wymyślać historyjek i nie odsyłać do swojego pokoju. Wiesz mamo, może w tym momencie to Cię obruszy albo i wkurzy, ale Twoje dziecko też kiedyś będzie seks uprawiało. I uwierz mi, lepiej, żeby zrobiło to później i bardziej świadomie. Nie zwalaj więc winny na system, nie wymagaj od szkoły, że nauczy Twoje dziecko o antykoncepcji. Od tego jesteś Ty. Szkoła jest tylko dodatkiem, małą przygodą w całym procesie wychowawczym naszych dzieci. I owszem, fajnie jak pomaga, ale nie odwali za nas całej roboty. Skoro zdecydowaliśmy się na dziecko, wychowujmy je.

Nie wiem, nikt nie wie, co się stanie z tą dziewczynką i jej dzieckiem. Jak potoczą się jej losy. Wiem, że bardzo jej współczuję, że nie miała przy sobie nikogo, kto by się nią interesował. Kto by pytał o szkołę, koleżanki, dziecięce problemy i wielkie marzenia na dorosłość. Wtedy pewnie, zamiast w szpitalu, siedziałaby w domu, otulona matczyną miłością……

Szkoda.

Właściwa Ścieżka

Na Starówce jak zwykle pełno ludzi. To miejsce chyba nigdy nie śpi. Tu tętni życie, bez względu na porę dnia czy roku. Mijamy się, całkiem obojętnie, za dużo nas by zwracać na siebie uwagę. Chociaż ja uwielbiam obserwować ludzi, wiercić ich wzrokiem, prześwietlać, analizować. I w tym tłumie wyłapują ją. Stoi oparta o murek, ze wzrokiem wbitym w ziemię, ubrana zdecydowanie za ciepło, mocno ściska brudnego już misia. Przykuwa moje spojrzenie na dłużej, zwalniam. Znam to miejsce. Tu spotykają się narkomani. Jej nie powinno tu być. Zwłaszcza z tym kolesiem mocno starszym od niej i zniszczonym, na własne życzenie. Ona ma z 14 lat, może rok więcej lub rok mniej. Obojętnie. Zdecydowanie za mało by tu być. Podnosi głowę. Jej puste oczy mnie przerażają, takie zagubione, wołające o pomoc. Bezskutecznie. Czuję, że moje serce przyspiesza. Łapię Sue za rękę, pewnie lekko za mocno, ale nic na to nie poradzę.

  • Widzisz ją ? – pytam męża
  • Tak
  • Boję się.
  • Wiem, ja też.

Wystarcza nam, by się zrozumieć. Mamy takie same priorytety w życiu, idziemy tą samą ścieżką. Ale czy to nam pomoże, czy wystarczy? W takich momentach jak ten nachodzi mnie masa wątpliwości i ogarnia przeokrutny strach. Strach, o moje dziecko, o Jej przyszłość, Jej życie.

Zrezygnowałam z pracy w najmniej odpowiednim momencie. Nasze finanse wisiały na włosku, ledwo starczało do pierwszego, a czasem i nie starczało. Było ciężko, bardzo. I mimo tego, że miałam wiele nocek, podczas których nie mogłam zasnąć z nerwów, i wiele dni pełnych niepokoju, gdzie ze strachem zaglądałam na konto, wiem, że podjęłabym taką samą decyzję jeszcze raz. Nigdy nikomu się nie skarżyliśmy, nigdy nie mówiliśmy, że nie mamy kasy, bo dla nas ten wspólny czas, te chwile, które mogłam poświęcić córce, widzieć Jej rozwój,  były najpiękniejsze i wynagradzały wszystko.

Od samego początku byliśmy mocno zakręceni na punkcie czasu, nie liczyło się dla nas nic, tylko chwile, które mogliśmy spędzać razem. Nie mieliśmy ich dużo, ale cieszyliśmy się każdą, jaką podarował nam los. Do tej pory kładziemy mocny nacisk na wspólne chwile, i mimo tego, że nastały czasy, kiedy bardzo zaczynają liczyć się koleżanki, my nie odpuszczamy. Głęboko wierzymy, że w wychowywaniu to właśnie czas odgrywa kluczową rolę. Te chwile spędzone razem, na rowerze, na spacerze, wspólnym posiłku czy grając w gry planszowe lub urządzając wieczór kinowy. Pomysłów jest wiele. I obojętnie co wybierzemy, ważne, że robimy to razem.

Zawsze też trzymamy się tego, by na wszystkie pytania Zu odpowiadać szczerze, to podstawa by córka nam zaufała i by to zaufanie utrzymać. Bo nie sztuką je zdobyć, jako rodzice dostajemy je chyba w pakiecie, sztuką jest to zaufanie budować i sprawić, by ta budowla nie runęła, bo mimo tego, że na budowlance się nie znam, to myślę, że taki budynek ciężko odbudować, a nawet jak się uda, to zawsze gdzieś tam z tyłu głowy będzie myśl, że tu grunt nie jest zbyt pewny. Dlatego nie opowiadam córce bajek dziwnych i niestworzonych historii, zawsze normalnie odpowiadam na Jej pytania, przecież dziecko to też człowiek, zrozumie, wystarczy odpowiedź do wieku dostosować. Nie mamy trudnych pytań i wstydliwych tematów. Rozmawiałam już z córką na temat seksu, rodzenia dzieci, narkotyków i homoseksualizmu. Normalnie, tak by zrozumiała, na teraz Jej wystarczy, chociaż myślę, że temat powróci. I naprawdę marzę, by chciała o tym rozmawiać ze mną. W ten sposób mogę Jej udowodnić, że zawsze może na nas polegać, że bez obaw może przyjść do nas z każdym problemem. A to dużo, prawda?

Nie odsyłamy Jej „na później „ nie zamiatam problemów pod dywan, a tym bardziej nie pozwalam, by sama borykała się ze swoimi kłopotami. Być może, a nawet na pewno, są one dla nas mocno śmieszne. Przy tych naszych problemach wypadają naprawdę blado, ale dla Niej to pewnie wielka tragedia. Staramy się, jak tylko to możliwe, postawić na Jej miejscu. Słuchamy, wspieramy, stajemy się oparciem. Rozumiemy i nie wyśmiewamy. Jesteśmy dla Niej. Musi to wiedzieć i czuć.

Poszliśmy dalej, mocno trzymając się za ręce. W ciszy, bo przy takich obrazkach mówić się nie chce. Pogrążyliśmy się we własnych myślach, chyba mocno analizując, jaką obrać drogę. Czy ścieżka, którą idziemy jest właściwa. Obejrzałam się jeszcze kilka razy. Nie wiem po co. Może myślałam, że przez te kilka sekund coś się zmieni? Miałam ochotę do niej podejść, mocno nią potrząsnąć, uświadomić i dać nadzieję, że może więcej, że jeszcze nie jest za późno, że być może ktoś gdzieś na nią czeka i się martwi. A co jak nie? Nie wiem co pchnęło ją w tym kierunku. Co, kto, gdzie popełnił jakiś błąd, który zaprowadził ją tam, gdzie być jej nie powinno? Wiem tylko, że cholernie było mi przykro patrzeć się na nią. Długo o niej myślałam, mocno zapadła mi w pamięć. Będzie już z rok. A ten obrazek powraca do mnie co jakiś czas, jak przypomnienie. A ja chcę wierzyć, że z nią wszystko w porządku. I chcę wskazówkę, jak iść, co robić, by nie zbłądzić, by spokojnie i bezpiecznie puścić dziecko w świat. Macie jakieś?

girl-101690_640

 

Wakacyjne Pamiątki

Kuszą, gdziekolwiek nie pojedziesz. Przepełnione stragany, urocze małe sklepiki, czy uliczni sprzedawcy. Wszyscy na Ciebie polują. A Ty się dajesz, każdego roku nabierasz się tak samo. I niby w tym roku, tuż przed samym wyjazdem, obiecywałaś sobie, że nic nie kupisz, bo po co Ci kolejny badziew do zbierania kurzu, to i tak ulegasz. Bo taki jest czar wakacji. I z jednej strony mocno to denerwujące, gdy po powrocie do domu, gdy magia odpoczynku już opada, Ty patrzysz się na kolejną pamiątek i zupełnie, ale to naprawdę zupełnie, nie masz pojęcia po co ją kupiłaś. Ni to ładne, ni potrzebne i do niczego nie pasuje. Stawiasz ją więc gdzieś w dalekim kącie, by za kilka lat zastanawiać się gdzie ją kupiłaś i po co. A finał i tak jest taki sam. Wyrzucasz lub wydajesz. A potem historia się powtarza.

A z drugiej strony te pamiątki są potrzebne. Bo czym byłby wyjazd bez zakupów, prawda, że bez sensu ??? Dlatego nie ma co z nich rezygnować, ale warto obrać jeden kierunek i mocno się go trzymać. Wtedy, po kilku latach, może się uzbierać całkiem fajna kolekcja, która będzie cieszyła oko i będzie przypominać o fajnych wypadach, nie tylko wakacyjnych.

Z naszych wyjazdów przywozimy pamiątki nie tylko sobie, ale również znajomym, głównie dzieciom. Na odwrót też to działa. Dla mnie to miły zwyczaj i chciałabym trzymać się go jak najdłużej. Jeśli chodzi o upominki dla Nich, to trzymamy się tej samej zasady. Zawsze kupujemy to samo. I w ten sposób Oni też mają swoją kolekcję, a niektórzy nasi znajomi przejęli nas pomysł i ich półki też powoli zapełniają się kulami, bo to właśnie kule zwozimy z każdego wypadu. Obojętnie czy wyjeżdżamy na weekend czy na dwa tygodnie. Wszędzie szukamy kul i od wszystkich kule też dostajemy. To miłe, kiedy Twoi znajomi czy rodzina myślą o Tobie i po powrocie dzwonią i mówią : „Cześć, kupiliśmy Wam kulę „ Nasz kolekcja jest już pokaźna, liczy kilkadziesiąt sztuk i zajmuję już całą półkę. Myślę, że od przyszłego roku trzeba będzie pomyśleć nad nowym miejscem dla nich. A trzeba przyznać, że o ile na straganach nie robią większego wrażenia, tak już kilkadziesiąt w jednym miejscu przykuwa spojrzenie. Wszyscy „nowi” goście naszego domu zawsze zwracają uwagę na tę kolekcję.

IMG_9227

IMG_9231

IMG_9235

IMG_9238

Ja z kolei wszędzie szukam zakładek. Jedną z rzeczy, której nienawidzę, to gdy ktoś nie szanuję książek. Gdy widzę rozłożoną książkę grzbietem do góry lub zawinięty róg to mnie trafia i to mocno. Ja zawsze przy czytaniu używam zakładek i gdy komuś książkę pożyczam staram się włożyć zakładkę do środka 😉 . Przywożę je praktycznie z każdego wyjazdu i też już mi się trochę ich uzbierało.

IMG_9539

IMG_9554

Wielu moich znajomych zwozi ze swoich wojaży magnesy. Muszę przyznać, że lodówki zapełnione magnesami kojarzyły mi się głównie z filmami i zawsze mi się podobały. Niestety przy naszej zabudowanej to było raczej niemożliwe, ale ostatnio odkryliśmy, że magnesy trzymają się naszych drzwi wejściowych, dlatego też zaczęliśmy je przywozić i powoli tworzymy kolejną kolekcję.

poland-966152_1920

Fajną pamiątką mogą być również mini buteleczki z piaskiem. Wystarczy z danego miejsca przywieźć odrobinę piasku z plaży, wsypać do takiej buteleczki i zawiesić na niej karteczkę z miejscem i datą. Taka pamiątka oczywiście jest możliwa tylko w przypadku, gdy jedziemy gdzieś nad wodę, nie przywieziemy więc takiej z gór. Myślę jednak, że takie buteleczki mogą wyglądać fajnie.  My na ten pomysł wpadliśmy, gdy stanęliśmy na pustyni i Zu zaczęła nawijać, jak to bardzo, ale to bardzo, chciałby piasek z pustyni zabrać do domu. Nie dziwię się, sama chciałam. Na szczęście  torebka mamy jest dobrze zaopatrzona i zabraliśmy piasek w reklamówkę jednorazową.  Po powrocie kupiliśmy rzeczoną butelkę w Ikea, mąż zrobił zawieszkę. Stoi i cieszy oko 🙂

13173731_10207816431226970_6194699372210024429_n

Te pamiątki najbardziej wpadły mi do głowy. A Wy co przywozicie ze swoich wypadów??? Podzielcie się pomysłami, może jakiś przygarnę 🙂

 

Pierwsze Skrzypce

Czy jesteś szczęśliwa? – zapytała się mnie ostatnio koleżanka. Chwilę Jej nie odpisywałam. Zabiła mnie tym pytaniem. I nie dlatego, że nie znałam odpowiedzi, ale dlatego, że dawno nikt się mnie o to nie pytał. Ja zresztą też nie pamiętam, kiedy o to pytałam innych. „ Co słychać, wszystko ok ? „, to podstawa, przyjęta norma, która, takie czasami mam wrażenie, tak naprawdę nikogo nie obchodzi. Pytamy, bo jakoś zagadać trzeba, ale zainteresowania dużego nie ma. A tu raptownie się pojawiło, i to takie inne, niespodziewane, fajne. Bo to dobrze, gdy jesteśmy szczęśliwi, i fajnie, gdy o innych szczęście się pytamy.

Siedzimy na plaży. Ja czytam, oni grają w kółko – krzyżyk. Co chwila podnoszę wzrok znad książki, by na Nich zerknąć, nacieszyć oko. Mam wrażenie, że te kilka chwil, kiedy zatapiam oczy w tekście, powodują straszną tęsknotę za Nimi. Muszę, po prostu muszę na Nich zerkać. Właśnie w tej chwili, kiedy czuję ogromne szczęście, mimo prostoty sytuacji, dostaję wspomnianą wiadomość. Wiem, jaka będzie odpowiedź, innej napisać nie mogę, mimo to chwilę milczę, przyglądam się Im wtedy dłużej. Widzę jak grają, jak się śmieją, jak ze sobą rozmawiają. Odwracają się do mnie, przekomarzając się, jedno przez drugie mówią coś do mnie. Nieważne, nie słucham Ich, patrzę się na Nich z uśmiechem, widzę Ich uśmiechnięte buzie, widzę Ich szczęście i nic mnie więcej nie interesuje.

Już dawno odkryłam, że prawdziwe szczęście mam pod nosem, w zasięgu ręki. Krząta się każdego dnia obok mnie. Moje szczęście tkwi w prostocie. Coś, co dla kogoś może być normą, czymś oczywistym, dla mnie jest szczęściem największym. Dlatego tak bardzo dbam o więzi rodzinne. Wiem, że nic cenniejszego od życia już nie dostanę. I chociaż czasem ponoszą nas emocje, robi się lekko pochmurnie, to wiem, że taka pogoda nie zniszczy tego, co tak pieczołowicie budujemy każdego dnia. W szacunku, miłości, wspólnym czasie, śmiechu, rozmowach, najdrobniejszych gestach. Wylaliśmy naprawdę solidne fundamenty.

Wymagamy wiele od życia. Takie nastały czasy, kiedy królują dobra materialne, egzotyczne podróże. Mam wrażenie, że ten cały blichtr przykrywa wszystko, że skupiamy się nie na tym, co trzeba. Wartości człowieka wyznaczają znane marki i bogate wakacje. Myślimy wtedy, że ten, co ma jest szczęśliwy, że tej jednostce w życiu się powiodło. I chociaż sama jestem próżna, jak Ty i Ty też, bo każdy z nas jest próżny, taka prawda. I chociaż sama uwielbiam dobre torebki i fajne buty, ot taka baba typowa. I chociaż mi samej marzą się pewne zakątki świata, tak wiem, że w jednej sekundzie mogłabym oddać to wszystko, za chwilę spędzoną z Nimi. Żadne z tych wymarzonych rzeczy, żadne luksusowe wakacje nie miałyby znaczenie, jeśli Ich nie byłoby w pobliżu. Bo te całe dobra o jakich marzymy, dadzą nam prawdziwe szczęście dopiero wtedy, gdy będą dodatkiem do pakietu ogólnego a nie tematem głównym.

Tak, jestem szczęśliwa.

A Ty? Jesteś szczęśliwa ?

IMG_6062

IMG_6069

IMG_6089

IMG_6102

IMG_6125

IMG_6130

IMG_6140

IMG_6149

IMG_6157

IMG_6160

 

Lalka i kostiumy – La Lalla

Talent

Nie zazdroszczę ludziom niczego, naprawdę. Nie ruszają mnie czyjeś pieniądze, sukcesy, prace, figury, włosy czy inne tam jakieś. Mogę popatrzeć, mogę podziwiać, ale nie zazdroszczę. Bo wiele w życiu można zdobyć. Nasz los w naszych rękach. Nie podoba się, zmień, działaj, idź do przodu, spełniaj marzenia. Nie zazdrość, to nic nie da, relacje z ludźmi Ci popsuje i zdrowie zabierze a to nie warto, później będziesz komuś zazdrościł, że zdrowszy 😉

Chociaż „niczego” to źle powiedziane, powinno być prawie przed. Bo jest jedna rzecz, której zazdroszczę, której nie da się zdobyć ani kupić.

TALENT, to coś niesamowitego, coś bezcennego, czego nie kupisz za żadne pieniądze, nie wypracujesz, nie zdobędziesz. Zwyczajnie musisz to mieć, taki się musisz urodzić, musisz to w sobie odkryć. Zazdroszczę talentu, jak cholera, a jak jest połączony z pasją i pracą to już w ogóle bajka. Obojętnie czy do śpiewu, czy do tańca, dziargania na drutach czy do malowania. Naprawdę zazdroszczę. Nie jest to jednak zazdrość chora, ona niczego nie niszczy, bo szczerze i głośno potrafię się talentem zachwycać, podziwiać go przy wszystkich i dalej o nim mówić.

Najgorzej jak człek talent ma, ale jest on zmarnowany, przegapiony, olany całkowicie. Krzywda straszna. Talent należy pielęgnować, niech stanie się pasją i sposobem na życie. To rola rodziców, by odkryć i zauważyć to coś u dziecka. To rola rodziców by dziecko obserwować, czytać bardzo dokładnie, wyłapywać te właściwe fragmenty. I wreszcie to rola rodziców, by lekko dziecko pchnąć i wypełnić ich życie talentem.

Patrzysz na takiego człowieka z pasją i talentem i szczęście jedno widzisz. Uśmiech na twarzy, pogodę ducha i chęć do życia, do zdobywania kolejnych etapów życia. Nie ma nic piękniejszego od tej wewnętrznej radości. Od tego pozytywnego spojrzenia na świat, od dostrzegania piękna wokół. Uwielbiam takich ludzi, zarażają mnie pozytywnie, dodają skrzydeł, wywołują uśmiech i zostawiają we mnie piękne wspomnienia. Do takich ludzi chce się wracać i takimi chce się człowiek otaczać. Tak Czary Maryś, to też o Tobie 🙂

I dlatego mam takie marzenie, by dziecko moje podobnie na świat patrzyło. By szła do przodu z pasją i marzeniami. Wtedy na pewno będzie szczęśliwa.

IMG_6207

IMG_6224

IMG_6233

IMG_6234-horz

IMG_6244

IMG_6271

IMG_6279

IMG_6282

IMG_6302

IMG_6319

IMG_6332

IMG_6342

IMG_6389

IMG_6402

IMG_6427

IMG_6437

IMG_6522

IMG_6526

IMG_6537

 

SUKIENKI – Czary Maryś

Problemy Współczesnych Mam

Czyli o tym, że chyba nam się w główkach trochę poprzestawiało……

Pamiętacie Supernianię? To ta pani co to po domach w całej Polsce jeździła i dzieciaki ustawiła, rodziców ich zresztą też. Jej karny jeżyk szturmem wszedł do polskich domów. Superniania wiodła prym w Polsce, była guru większości mam, najbardziej znana, najbardziej wiarygodna niania w naszym kraju, gwiazda tvn. Porządziła u nas trochę, ile dokładnie, nie wiem, jakoś zbytnio Jej nie śledziłam. W każdym razie pewnego dnia cicho się zrobiło. Jak niania nagle przyszła, tak i nagle odeszła. Wydawać by się mogło, że na zawsze, ale nie, Superniania jest, działa i to nawet prężnie.

Rzuciła TVN, albo TVN rzucił Ją, nie wiem, nie wnikam, i przeszła do internetów. Tu rządzi na swoim własnym polu, bez niczyich rządzeń, rozkazów i nakazów. Jej profil na facebooku, już pod Jej własnym imieniem i nazwiskiem, obserwuje ponad 80 tys. użytkowników. A superniania, to określenie już chyba na zawsze z Nią zostanie, dzieli się na nim nie tylko swoim złotymi radami na temat wychowania dzieci, ale wrzuca tam też trochę prywaty, artykuły z innych stron i rozwiązuje problemy czytelniczek. I w tym w sumie nie byłoby nic dziwnego. Wiadomo przecież, i chyba najwyższa pora się z tym pogodzić, że internet zawładnął naszym światem. Czytamy w internecie, kupujemy w internecie, oglądamy w internecie, sprawdzamy w internecie i szukamy rozwiązań naszych problemów też w internecie. Pełen luz, tylko w tymi problemami to zaczynamy troszeczkunię przesadzać, zwłaszcza zagorzałe wielbicielki metod wychowawczych pani Doroty, które niedługo kupy bez Jej zgody nie zrobią.

Każdy ma swoje problemy i tak się dzieje najczęściej, że to nasze są największe i najpoważniejsze. Staram się do problemów cudzych podchodzić poważnie, postawić się na miejscu tej drugiej osoby, przeanalizować. Robię tak jednak tylko wtedy, kiedy problem ma chociaż zalążek problemu, a nie jest tragedią szukaną na siłę, głupotą totalną, bo wtedy sił mi brak, ręce opadają. Bo wiesz. To nic, że syn sąsiadki, ćpa, kradnie i do więzienia trafił, skoro nasz pyskuje i śmieci czasem nie chce wyrzucić. Rozumiesz, widzisz różnicę?

A tak wracając do niani naszej sławnej, choć to wcale nie o Nią tu chodzi. To właśnie na Jej profilu ostatnio mi ręce opadły, jak zaczęłam czytać pytania „zdesperowanych” mam do superniani i Jej czytelniczek. Jedna ma problem, bo nie wie czy puścić dzieci z dziadkami do zoo, skoro tam są zwierzęta w klatce. Inna nie wie co ma zrobić, bo córkę koleżanka z przedszkola zaprosiła na urodziny, a brata bliźniaka już nie. Dylemat kolejnej, to co pozostałe mamuśki sądzą o „wakacjach” w trakcie roku szkolnego. Czy taki wypad na kilka dni to już tragedia??. A może wypada już kuratora wezwać i uprzejmie donieść na sąsiadkę/koleżanką.  I tak się zastanawiam, im więcej tych pytań czytam, czy one to tak na serio, czy naprawdę tak trudno podjąć matce decyzję czy chce swoje dziecko do zoo puścić??? Czy nie umiemy już samodzielnie myśleć, tylko do wszystkiego musimy szukać porad i odpowiedzi ???

Może pora najwyższa trochę poluzować, nie szukać problemów na siłę, czerpać radość z macierzyństwa, pooddychać trochę i dać przede wszystkim oddech dziecku.

Kult bycia mamą idealną istnieje nadal, chociaż buntu na pokładzie parentingu też coraz więcej. Nie mam nic przeciwko „mamom idealnym. Ja też wolę pokazywać to co dobre, za dużo w końcu zła na świecie, ale czy nie zaczynamy popadać w skrajność? Czy nie zapędzamy się za daleko? Czy nie szukamy dziury w całym? Czy internet i aplikacje do wszystkiego nie zaczynają nas ogłupiać, czy nie zabijają w nas myślenia, racjonalnego podejścia do życia? Jak myślisz?

Masz Prawo Do Szczęścia

Uczymy dzieci chodzić i mówić. Uczymy jak zachowywać się w sklepie, kościele i u cioci na imieninach. Zwracamy uwagę na „proszę, dziękuję i przepraszam”. Jesteśmy dumni, gdy kłania się sąsiadom i pomaga starszym. Nie pozwalamy krzyczeć, płakać, denerwować się. Karzemy się dzielić, nawet jeśli nasze dziecko tego nie chce. Zabraniamy cieszyć się głośno z nowej zabawki czy wymarzonej wycieczki. To nie jest mile widziane. Może innym będzie przykro, może powiedzą, że masz za dużo, może stwierdzą, że za bardzo się cieszy, że się chwali. A tak naprawdę tłumimy naturalną radość. Zabijamy wiarę i prawo do szczęścia.

Życie ma wiele barw. Nie jest tylko białe i czarne. I nawet jeśli ktoś Wam będzie wmawiał, że tak jest, nie dajcie się. Świat jest piękny, jest kolorowy, musisz tylko spojrzeć na życie trochę inaczej. Dać sobie prawo do szczęścia i radości. Cieszyć się, jeśli masz ku temu powody, malować swoje dni, tak jak tylko Tobie się podoba. Bo to życie jest Twoje. Tylko i wyłącznie.

Dostajemy jedno życie. Jedno życie. I nawet jeśli wierzysz, że kiedyś tu wrócisz, tylko pod inną postacią, to pewności nie ma. Dlatego skupmy się na tym co tu i teraz. Skupmy się na sobie i na tych, których kochamy. Skupmy się na tym co dostajemy od losu i na tym, co możemy z naszego życia wycisnąć. A możemy dużo. Musimy dać sobie tylko prawo do szczęścia, nawet jeśli innych nasza radość kole w oczy.

Jeszcze tak całkiem niedawno byłam jedną z tych, która kazała się dzielić, która nie pozwalała się chwalić. Bardziej drżałam o uczucia innych niż o radość własnego dziecka. Nie dawałam nam prawa do radości, mimo tego, że powód ewidentnie był. Radość z nowej zabawki, czy jak kto tam woli, chwalenie się, nie było w dobrym guście. Mogliśmy się cieszyć, sami, we własnym gronie, w naszym małych czterech ścianach. Głupota całkowita. Ocknęłam się, w samą porę na szczęście. Teraz uczę inaczej. Wyjmuję to, co już włożyłam do głowy. Wszystko odkręcam. Proces jest długi, wymaga pracy, tłumaczenia dlaczego było tak a jest inaczej. Ale dam radę. Bo wreszcie zrozumiałam, że moja córka ma prawo się cieszyć, czerpać z życia garściami czego tylko dusza zapragnie, skakać do góry jeśli tylko tego potrzebuje. Jeśli cała się trzęsie na widok nowej zabawki niech pokazuje swoją radość, bo dlaczego nie? Bo kogoś to boli, bo zazdrości, bo nie ma? I dlatego właśnie moje dziecko ma siedzieć cicho?

Nie zaleca się trzymania gniewu w sobie. Wszyscy mówią, że złość trzeba wyrzucać, inaczej, chowana długo, wybuchnie ze zdwojoną siłą. Skoro więc nie możemy skrywać gniewu, dlaczego mamy ukrywać radość? Ta z kolei, głęboko skrywana, wywoła frustrację, wieczne poczucie niesprawiedliwości, przygniecenie i nie dawanie sobie prawa do osiągania sukcesu. Bo niby czemu mam zdobywać kolejne szczyty, po co mam kupować sobie nowe, wymarzone rzeczy, skoro nie może się z nich cieszyć, skoro swoją radość ma chować głęboko, bo nauczona jest, że radość to zło. Stop. Koniec. Radość jest piękna. Szczęście uskrzydla. Trzeba się cieszyć życiem i czerpać z niego jak najwięcej. A jeśli kogoś boli Twoje szczęście, to już nie Twój problem. Uśmiechnij się i idź dalej. Po kolejną dawkę szczęścia.

Otwórz się na to co dobre i przyjmuj ile tylko dusza zapragnie. Zasługujesz na to. Naprawdę 🙂

IMG_4731

IMG_4749

IMG_4772

IMG_4809

IMG_4844

IMG_4875

IMG_4878

IMG_4890

IMG_4926

IMG_4939

IMG_4967

IMG_4973

 

KURTKA – Zara

SPODNIE – Zara

BLUZKA – Zara

BUTY – Lacoste

Przepraszam Proszę Pani

Wyobraź sobie, że się spotykamy, dwie zupełnie nieznane sobie dziewczyny wpadają na siebie w piaskownicy lub przy huśtawce, jak tam wolisz. Rzecz dzieje się, powiedzmy, 30 lat temu. Ja mam lat 6, Ty, powiedzmy, 8. Nie znamy się, widzimy się pierwszy raz na oczy, ale w sumie co nam szkodzi. Patrzymy się na siebie niepewnie, za chwilę zaczynamy nieśmiało coś do siebie bełkotać, a po 15 minutach bawimy się w najlepsze, jak dwie kumpele. Walimy sobie oczywiście na Ty. Ja Judyta, Ty Zośka, powiedzmy. Jest możliwość, że zostaniemy przyjaciółkami, jest też możliwość, że już więcej się nie spotkamy, ale co tam nam szkodzi. Jesteśmy przecie w podobnym wieku.

Jest też możliwość, bo możliwości jest wiele, że spotkamy się ponownie za lat 10. Już nie na placu zabaw, ale gdzieś tam na oranżadzie, powiedzmy. Połączyli nas ponownie nasi wspólni znajomi, nie pamiętamy się w ogóle, ale co nam szkodzi, jesteśmy przecież w podobnym wieku. Łapiemy jakiś temat wspólny i za 15 minut gadamy w najlepsze, jak dwie kumpele. Waląc sobie na Ty, oczywiście. Jest fajnie, ale nasze drogi rozchodzą się wraz z ostatnim łykiem oranżady.

Mija kolejne 10 lat, spotykamy się ponownie, znowu całkiem przypadkowo, nie pamiętając się wcale. Jedyne co nas łączy to 10 lat na plusie i to, że wciąż gadamy do się na Ty, nie znając się w ogóle.

A teraz wyobraź sobie, że mija kolejne 10 lat. Znowu spotykamy się przypadkowo, znowu się nie pamiętamy. Gdzieś tam w centrum miasta wpadamy na siebie. Powiedzmy, że czegoś szukasz. Nie wiem, sklepu, restauracji, ulicy, nieważne. W każdym razie podchodzisz do mnie, żeby zapytać się o drogę. I co?? I walisz mi na PANI. : „Przepraszam, czy wie Pani może jak trafić do………. (wstaw sobie co Ci tam pasuje, bo dla mnie to nieważne ). Wiesz co mnie w pierwszej chwili zastanawia, jak tak się na Ciebie szybko spojrzę, że jesteśmy w podobnym wieku, przecie to widać, że nie ma między nami dużej różnicy wieku. Pytam się więc Ciebie grzecznie, w myślach oczywiście. Dlaczego do jasnej cholery mówisz do mnie PANI????

Nie mogę znaleźć w swoim życiu tej magicznej graniczy, gdzie skończyło się Ty a zaczęło Pani. Szukam jej od dłuższego czasu i pustka całkowita. A chciałabym bardzo dokopać się do tamtego etapu, znaleźć klucz tego przejść w dorosłość, rozszyfrować zagadkę, dlaczego raptownie zaczynamy sobie panować. Nie lubię tego, zbytnich formalności na siłę, zgrywania z siebie wielkich dorosłych. Postarzamy się na własne życzenie, zabijamy w sobie młodość, budujemy między sobą niepotrzebny mur. Pomyśl jak byłoby łatwiej i przyjemniej, jak młodziej byśmy się czuli, gdyby to przejście nigdy nie nastało.

Toleruję Panią, gdy różnica wieku jest dość duża, wtedy rozumiem, a i owszem. Toleruję przy nauczycielkach mojej córki i u Pani urzędniczki. Tu jakoś sobie radzę, specjalnie mnie nie razi. Chociaż mam takie plany, że jak już będę troszku starsza, to chciałabym, aby znajomi mojej córki mówili do mnie na Ty, albo ciociu chociaż, ale nie Pani. Chcę się czuć młodo jak najdłużej, a Pani niepotrzebnie postarza.

Pani budzi we mnie jakiś dystans. Z Panią już nie pożartujesz, nie pośmiejesz się, nie wyluzujesz. Z Panią jest na poważnie. Rozmowy o polityce i innych ważnych pierdołach. Pani tego i tamtego nie wypada. Pani musi tak a nie inaczej. Pani jest taka mądra bo ma własny interes albo taaaaaakie odpowiedzialne stanowisko. Pani jest nudna, Pani mi szkoda, Pani nie lubię, wolałabym bez Pani, zdecydowanie.

Często wracamy do lat młodości, wspominając ten okres z miodem w sercu i uśmiechem na ustach. Lata beztroskie, wesołe, pełne zabaw i śmiechu. Rozleniwiamy się za każdym razem, gdy nasze myśli zabłądzą w tamten okres. Było nam tak dobrze. Oddalibyśmy wiele, żeby wrócić choć na chwilę, znowu poczuć się dzieckiem, któremu wiele wypada i które wiele może. Chcielibyśmy zrzucić z siebie całą odpowiedzialność i dorosłość, w którą tak uparcie się pchaliśmy. Ale przecież nam nie wypada. My jesteśmy Panie. Z pracą, kredytem do grobu i wielkimi problemami. I z wielkim, przerośniętym ego.

A ja proponuję zrzucić siebie to całe paniowanie. Wywalić w kąt „bo mi nie wypada, bo co powiedzą sąsiedzi, bo wstyd” A wstyd to kraść, chociaż i tak nie zawsze. Śmiać się, wygłupiać, bawić to nie wstyd. Czasem zachować się jak dziecko, też nie wstyd. I nie wstyd cieszyć się życiem i czerpać z niego jak najwięcej. Wyluzuj więc trochę, nie postarzaj się na siłę. Nabierz dystansu do siebie, otoczenia i świata i zachowaj trochę dziecka w sobie. Śmiej się i wygłupiaj, bo warto 🙂

Friends

Nie umiem walczyć o ludzi. Poddaję się szybko, gdy ktoś mnie lekko potrąci, odchodzę ubrana w gruby pancerz. Nie umiem walczyć o  czas i uwagę innych. Dzwonię raz, drugi, czasem trzeci, czwarty raz już nie zadzwonię. Kopiuję numer do grupy nieważne. I żyję dalej. Z lekkim gdzieś tam dołkiem w środku, smutkiem, że coś się znowu skończyło. Bo ja lubię ludzi, lubię z nimi przebywać, potrzebuję ich, by zdrowo funkcjonować, tak samo jak potrzebuję spokoju i chwili dla siebie. I nawet kiedy mi źle i smutno, ja mówię NIE.

Nie pomyśl, że się chwalę i szczycę, jaka to twarda i uparta jestem, wręcz przeciwnie. Przyznaję się otwarcie do wady, której strasznie u siebie nie lubię, przez którą wiele straciłam, a która i tak uparcie się mnie trzyma i za nic nie potrafię tego świństwa z siebie wyplewić. To winna ludzi, tych złych, toksycznych. Zostawili mi zadrę w sercu i odeszli, z drwiącym uśmieszkiem na gębie i dziką satysfakcją w sercu. Te znajomości do dziś odbijają mi się mocno i nie dają o sobie zapomnieć. To przez nich nie umiem walczyć o innych.

Uczę Zu przyjaźni prawdziwej, szczerej i czystej. Przyjaźń to wielkie słowo, niech umie dobrze je dawkować. Tłumaczę cierpliwie i pokazuje na czym polega ta relacja. Pragnę, by zaznała w życiu tej prawdziwej, by kochała i czuła się kochana, nie tylko przez nas. I chociaż wiem, że złych na swej drodze pewnie spotka, to przy tych dobrych, źli stracą na wartości, nie odczuje ich tak dotkliwie. A tych, których ma, uczę szanować i doceniać. To wielka sztuka umieć dostrzec i cieszyć się z tego co się ma, a nie szukać większych wrażeń, nie wymieniać. Łatwo coś stracić, odtrącić, ale odbudować dawną relacje już nie jest tak łatwo. Dlatego czuwam, gdzieś tam z boku, niezauważalnie nad Jej relacjami, a moje serce się raduje, że ma w swoim dziecięcym świecie bratnie dusze. Niezmienne od kilku lat.

IMG_46433-horz

 

IMG_4599

IMG_4587

IMG_4612

IMG_4643

IMG_4669