Matka Wyluzuj

Ona biega. Ona biega w tę i we w tę. Skacze, zjeżdża, zwisa, wspina się. Raz jest tu, a za chwilę tam. Energii ma więcej niż ja po pięciu kawach. A moja głowa nie nadąża. Oglądanie tenisa to przy tym pikuś. A Ona co chwila patrzy się na mnie, wlepia we mnie te słodkie i szczęśliwe ślipia. Posyła uśmiech numer pięć, macha i biegnie dalej. Widzi, że ja też się cieszę. Bo miodem na me serce jest Jej uśmiech i szczęście. Uśmiecham się do Niej i też macham.

IMG_2007

Odwracam się tylko na chwilę, sekundę dosłownie, a gdy wracam już Jej nie widzę. Czekam chwilę bo miała zjeżdżać z tej dużej zjeżdżalni. Czekam, ale się nie pojawia. Mój uśmiech znika. Czuję, jak zaciskają mi się z nerwów zęby, a serce zaczyna szybko bić. Rozglądam się nerwowo, wołam Ją, krzyczę Jej imię, teraz ja zaczynam biegać w tę i we w tę, ale Jej nie ma. Mija kilka minut a ja mam w głowie najgorszy scenariusz, przy nim Stephen King to pikuś. Do oczu napływają mi łzy, oddycham nerwowo, czuję ból w mostku, jak nic mam zawał, umrę młodo. I wtedy, kiedy prawie pożegnałam się ze światem, pojawia się Ona. Uśmiechnięta, beztroska i zdziwiona, że matka sina. A mi wraca oddech, serce zwalnia i chyba jednak wrócę do żywych. Nie wiem czy krzyczeć, czy przytulać. Mam słowotok, nadaję z prędkością światła, ale Ona mnie nie rozumie. Dla Niej nic się nie stało. Przecież tylko zmieniła zdanie i poszła na huśtawki. Tak po prostu, zwyczajnie. W czym problem matka ???
A ja nie chcę wariować, staram się być normalna, nieprzewrażliwiona. Nie chcę widzieć wszędzie zła. Nie chcę ściągać myślami nieszczęść. Próbuję nadążać za Nią, że rośnie, że potrzebuje więcej wolności i zaufania. Przecież jest mądrą dziewczynką, a na świecie wciąż jest dobro. Tylko w takich chwilach ja nie potrafię. Marzę o tym by kupić smycz i zawsze Ją na niej prowadzić. Nie spuszczać Jej z oczu i pilnować, by włos Jej z głowy nie spadł. No ale przecież mi nie wolno. Nie mogę pokazywać Jej strachu, braku zaufania. Nie mogę wychowywać Jej na sierotę i nie mogę wiecznie nad Nią stać. Nie ja pierwsza przecież i nie ostatnia puszczam dłoń mojego dziecka. Ten moment kiedyś musi nadejść, a że żaden nigdy nie będzie dobry to już nie Jej problem. Ona chce żyć i oddychać, swobodnie, beztrosko, tylko tak jak dziecko potrafi, bo my dorośli już niestety tak nie umiemy.
Bo większość z nas już nie potrafi śmiać się w głos. Bawić się czysto i szczerze. Zapomnieć o troskach, problemach i być przez chwilę beztroskim. Chcemy by dzieci brały z nas przykład, przecież tacy mądrzy i kulturalni jesteśmy. A może to my czasami powinniśmy spojrzeć na nasze dziecko, zobaczyć jak się cieszy, tak bez powodu, i zrobić tak samo. Przecież śmiech to zdrowie 🙂

 

IMG_2015

IMG_2068

IMG_2070

IMG_2086

IMG_2091

IMG_2106

IMG_2145

IMG_2159

IMG_2167

IMG_2176

IMG_1997

BLUZKA – InstaShirt

SPODNIE – Czesiociuch

BUTY – Converse

Moja Pasja Moje Życie

Niedziela. Godzina 9:45. Siedzę z kubkiem kawy i patrzę, jak moja córka radzi sobie na lekcjach pływania. Na trybunach jest gorąco jak w saunie. Pot cieknie mi po, ok never mind, to po czym mi cieknie zostawię dla siebie. Siedzę w tym ukropie, z tą kawą w ręku, i nie ukrywam, że cieszę się jak głupi do sera, patrząc na szczęśliwą Sue.

Bo ja mam proszę Państwa takie marzenie by moje dziecko miało w życiu pasję. A, że z pasją się człowiek nie rodzi, to trzeba ją w życiu odnaleźć. Ja za moje dziecko tego nie zrobię. Ona sama musi zdecydować co lubi, co sprawia Jej przyjemność, co sprawia, że czuje szczęście. Moja rola polega na tym, że ja Jej mam w tym pomóc. Moja rola to nauczyć Ją odkrywać świat i zmotywować do działania. A mój obowiązek to podnieść swoje cztery litery i działać razem z Nią. Zawieźć na lekcje baletu, odprowadzić na akrobatykę czy pocić się na wspomnianych wcześniej trybunach.

Taniec był pierwszy. Szkoła „tylko” 20 km od naszego domu. Żaden problem gdy mąż z samochodem byli w domu. Wsadzaliśmy się do auta i jechaliśmy. Gorzej mi się robiło, gdy musiałam autobusem jechać. Kilometr z buta. Później dwie przesiadki. Ja. Niespełna czteroletnia Sue. Torba z rzeczami na tańce i innymi ” niezbędnikami ” dla dziecka. Moja torebka. Mróz. Śnieg. W autobusach parówka. Droga tam i droga powrotna. I znowu kilometr z buta. Niby nic wielkiego, ale zawsze po tej autobusowej wyprawie byłam wykończona. Zwłaszcza zimą, latem było jakoś lepiej. Ale nie, nigdy nie narzekałam. Chociaż zawsze, szczerze, na pytanie :”  OOOOO Jezu, a chce ci się??????!!!!!! „. Odpowiadałam : ” Nie „. Bo naprawdę nigdy mi się nie chciało. Zaciskałam zęby i szłam/jechałam. Dziecko chciało tańczyć, a ja obiecałam sobie, że będą tą, która zrobi WSZYSTKO by moje dziecko było szczęśliwe. Chociaż i Ona miała chwilę słabości.
Pierwsza przyszła po kliku lekcjach tańca. Sue wtedy stwierdziła, że Ona jednak to tańczyć nie chcę. Postawiłam się. Karnet na kilka lekcji wykupiony. Wykorzystasz do końca i wtedy zrezygnujesz. Pieniędzy w błoto nie wyrzucę. Śmiem wątpić, czy to czteroletnie dziecko rozumiało co to znaczy ” wykupiony karnet „, ale co tam, poskutkowało. Nie chciałam pozwolić Jej, by tak szybko się poddała, by pokonała Ją chwilowa niechęć. Zawsze taki krytyczny moment przychodzi. Gdy pozwolisz mu się ponieść, ciężko jest wrócić. Gdy go pokonasz, rośniesz w siłę, której nikt Ci nie zabierze. Sue karnet wykorzystała do końca, wciąż je kupujemy:) Taniec został w naszym życiu. I na pewno duża w tym zasługa ” cioci ” Izy, pierwszej nauczycielki Sue.

1

Takich ludzi na drodze Sue to ja więcej poproszę. Ludzi, których drugie imię to pasja. Takich, którzy zarażają uśmiechem, entuzjazmem, zapałem, którzy kochają życie i szczęście mają w oczach. Ludzi, którzy motywują, którzy pchają do działania. Z takimi życie jest ciekawsze. Z takimi życie się przeżywa. Sue jeszcze tego nie rozumie. Ona albo lubi, albo nie. Ale ja to wszystko w Izie widziałam. To coś, co za każdym razem utwierdzało mnie w przekonaniu, że ten taniec to był dobry wybór, że Sue jest w najlepszych rękach. Zresztą dziecko prawdę powie. Gdy Sue zaczynała sprawdzać moją cierpliwość szybciutko gasiłam Jej zapał mówiąc: ” Uspokój się, bo Cię wypiszę od cioci Izy ” Sue ładnie prosiła: ” Nie proszę , nie wypisuje mnie od cioci Izy ” i znowu pokój w naszym domu panował ( Iza, sorry, ale wiesz, musiałam się bronić 😉 ) Dlatego z wielkim żalem przepisywałam Sue na balet. Nasze drogi się rozeszły, ale Sue wciąż z chęcią tańczy i za każdym razem, gdy widzi zdjęcie Izy to krzyczy : ” o ciocia Iza „:).

 

IZA, DZIĘKUJEMY 🙂

Bo pasja proszę Państwa to coś więcej niż taniec, łyżwy, robienie na drutach czy czytanie. Pasja to sposób na życie. Pasja to szczęście, spełnienie, radość, motywacja. To właśnie dzięki pasji dążymy do spełniania swoich marzeń, dzięki niej się realizujemy, dzięki niej jesteśmy szczęśliwsi. To pasja nadaje sens naszemu życiu.
Ja wiem, że są ludzie, którzy nie mają pasji. Wiem, że żyją, ale ja się pytam : ” Co to za życie ??”. Praca#dom#praca#dom#zakupy#czasemsiezkimsspotkam#. Nie ma dla mnie w takim życiu zapału i chęci. To życie jest jałowe. Ludzie bez pasji częściej narzekają, rzadko widzą pozytywy, więcej w nich jadu niż radości, mało wiary w siebie, mało energii. Ja wiem, że da się żyć bez pasji, ale czy nie warto znaleźć w sobie coś, co będzie dawało nam radość? Coś co pomoże szybciej uporać się z ewentualnymi problemami, coś co da nam wielki zastrzyk pozytywnej energii ???
Ja wiem, jest wymówka. Brak czasu i siły. Tylko czasem warto się zastanowić czy to osłabienie czy lenistwo ???.

Pokażmy naszym dzieciom siłę, nie dajmy się chwili słabości, nie szukajmy na siłę wymówek. My sami je sobie wymyślamy. One są tylko w naszej głowie. Bądźmy wyżej. Dajmy naszym dzieciom coś więcej. Pomóżmy im odnaleźć pasje. Kiedyś nam za to podziękują 🙂

3
6
5
556865_4391134934776_2119315941_n
576275_4391136254809_2017823849_n
422897_3961386711339_1848175793_n
I tak na koniec 😉
1911753_226772247528500_657427636_n

Dziecko w Restauracji

stop
Spotkaliśmy się z moją mamą w jednej z warszawskich restauracji. To był nasz czas. Małe, rodzinne świętowanie urodzin mamusio-babci :). Nie mamy tego czasu zbyt dużo. Jest środek tygodnia, obowiązek goni obowiązek, chcemy w pełni wykorzystać chwilę. Nagadać się i nacieszyć sobą.

CHCEMY SPOKOJU I CHWILI DLA SIEBIE. Nic nadzwyczajnego, prawda?

Kiedy my już czekamy na nasze zamówienie do restauracji wchodzą Oni – babcia, mama i około dwuletni chłopiec. Siadają obok nas. Już kilka minut później chłopcu siedzenie wyraźnie się nudzi. Zaczyna spacer po sali, a dumna babcia dzielnie mu towarzyszy. Spacer zmienia się w bieg – slalom, babcia nadąża, ba nawet się uśmiecha. Przecież to taka fajna zabawa. No dobra, znudziło mu się, znowu siadają. O nie, przepraszam, taka mała zmyłka, to tylko szybka zmiana partnerki. Teraz mamusia sobie pobiega.

No to biegają.

A my jemy już urodzinową kolację. Nagle czuję coś na plecach. Lekko podskakuję i już mam machnąć ręką, gdy na szczęście kątem oka dostrzegam małego biegacza ( przynajmniej nikt mnie nie oskarży o bicie cudzych dzieci ). Wracam do jedzenia. Nie reaguję na głupi uśmiech mamy. Nie zaczepiam małego. Chcę spokojnie z rodziną zjeść wciąż ciepły posiłek. Ufff, biegnie dalej. Wraca. Mała ręką sięga po leżący na stoliku piórnik Sue. Ona się krzywi, dlaczego to obce dziecko bierze Jej rzecz ????. Na szczęście, nim wybuchnę, reaguje mama i lekko odstawia chłopca od naszego stolika. Nie, chyba mu się podobamy bo znowu staje przy nas, a jego mama tuż za nim. Jedzenie rośnie mi w buzi. Jeszcze chwila a pewnie sobie siądzie obok nas. Czuję jak rośnie mi ciśnienie. Dobra, chłopiec biegnie do babci. Starsza pani zdążyła wypić swoją kawę, więc może ponownie pobiegać.

Mama siada

Chłopiec znowu biega

Babcia za nim

Chłopiec dobiega do kolejnego stolika w momencie, gdy siedzący przy nim Pan wkłada sobie do buzi kilka frytek. Chłopiec patrzy się na mężczyznę. Babcia: ” Pan, tak ? „. Naprawdę ???? O ja durna myślałam, że papuga !!!!!!!!!!.  Pan ma szczęście, babcia z dzieckiem odchodzą bo właśnie kelner przyniósł im jedzenie. Jest szansa, że dłużej posiedzą……

zakaz biegania 1

A ja mam nieodpartą ochotę pobiegać z Sue.
Stanąć im nad talerzami.
Popatrzeć jak jedzą.
Posłuchać o czym gadają.
I udając idiotkę głupio się do nich uśmiechać.

Bo nie ma we mnie zgody na takie sytuację.

Restauracja to nie plac zabaw. Jeśli chcesz aby twoje dziecko się wybiegało weź je na spacer, na rower, zapisz na karate. W restauracji niech twa pociecha siedzi w miejscu. Niech sobie maluje, czyta, ogląda, gra na twoim telefonie, cokolwiek, ale niech nie przeszkadza innym. Ja wiem, że w twoich oczach twoje dziecko jest najmądrzejsze, najfajniejsze, najładniejsze, ale uwierz mi, nie każdy tak myśli i nie każdy musi się twoim potomkiem zachwycać. Skoro nie reaguję na zaczepki dziecka, jeśli się do niego nie uśmiecham, nie odzywam, jeśli nie odwzajemniam twojego uśmiechu, a mój wzrok jest w stanie zabić – odejdź ode mnie razem ze swoim dzieckiem.

Nie posunę się do zakazu wchodzenia z dziećmi do restauracji, bo są takie maluchy, których nawet nie zauważysz, ale pod zakazem biegania i krzyczenia w restauracjach z chęcią się podpiszę.

Tak mówię ja, MATKA !!!

Dzień Babci i Dziadka

Minęło już parę lat jak się z Nią pożegnałam, a wciąż Ją widzę i pamiętam


Widzę Ją jak jedzie na swoim starym rowerze. Widzę Ją jak krząta się po kuchni w brązowej sukience w kwiaty. Widzę Ją jak śpi w fotelu przed telewizorem, chociaż zawsze, gdy chciałam zmienić kanał, budziła się i mówiła, że ogląda.

Pamiętam, gdy wysyłała mnie po lody do sklepu ” po schodkach „. Pamiętam jak chodziła do sąsiadki oglądać seriale ” w kolorze „. Pamiętam, gdy zobaczyła u mnie pojawiającego się haluksa. Masowała mi go uparcie jakąś stworzoną przez siebie miksturą, nie zważając w ogóle na moje protesty. Mówiła, że kiedyś Jej za to podziękuję. Nie zdążyłam, zapomniałam…
Babciu, dziękuję !!!

Nie zdążyłam babci podziękować w ogóle. Wszystko co robiła dla mnie, i wszystko co robiła ze mną było wtedy dla mnie normalne i oczywiste. Przecież była moją babcią. To, że nie musiała tego wszystkiego robić, że nie wynikało to z babcinnego ” obowiązku ” a z czystej i ogromnej miłości dociera do mnie teraz, gdy babci już nie mam, gdy sama jestem matką i gdy obserwuję relację łączące moje dziecko z Jej dziadkami.

A dziadkowie – wnuczęta to wyjątkowa relacja i w dużej mierze to od nas samych zależy jak one będą wyglądać. Niestety często mylimy to, co łączy nas z rodzicami czy teściami, z tym co łączy Ich z naszymi dziećmi. Fakt, że my się czasem nie zgadzamy, że się pokłócimy, że mamy inne podejście do życia nie znaczy, że dziadkowie są źli, że nie kochają naszych dzieci, że zrobią im krzywdę. Nasze pociechy nie powinny w ogóle brać w tym udziału, a już na pewno nie powinny być stawiane przed wyborem między jedną babcią a drugą, między dziadkiem tym a tamtym. My mamy prawo pokłócić się z rodzicami czy nie zgadzać się z teściami, a dziecko ma prawo kochać ich takimi jakimi są.

A dziadkowie przeważnie są idealni w oczach wnucząt. To Oni zawsze mają dla nich czas, cierpliwie słuchają dziecięcych opowieści, chętnie towarzyszą im w zabawach, zawsze pocieszą. Nie krzyczą, nie każą, nie wymagają.

Pozwólmy dzieciom akceptować dziadków takimi, jakim są. Nauczmy Ich, że w tej relacji dziadkowie są równie ważni. A Dzień Babci i Dziadka to doskonała ku temu okazja.

Od początku chcieliśmy, by prezenty na Dzień Babci i Dziadka były wyjątkowe, by mocno kojarzyły się z Zuzią, zwłaszcza, że mieszkamy daleko od siebie. I tak, pięć lat temu, odkryłam super kalendarz z alboom.pl.

Na początku zamawialiśmy je tylko dla dziadków, ale kalendarze tak bardzo nam się spodobały, że w końcu skusiliśmy się też na dodatkowy egzemplarz dla nas :). Wreszcie mamy kalendarz dokładnie taki, jak chcemy. Sami wybieramy format, kolorystykę, zdjęcia i dodatkowo możemy wpisać do kalendarza własne święta. Skoro zamawiamy je już piąty raz to muszą nam się naprawdę podobać 🙂

A specjalnie dla Was alboom.pl ma unikatowy kod ILUCUBELINIZ ważny do 20.02.2014, który upoważnia do 15 % zniżki na dowolny produkt z ich oferty.

My szczerze polecamy 🙂

Miłość Idzie W Parze Ze Strachem

Strach przyszedł pierwszy. Pojawił się przed miłością. A może to strach właśnie był oznaką miłości? Bo przecież gdybym nie kochała, gdyby mi nie zależało, to pewnie bym się nie bała. A bałam się okropnie. Dopóki lekarz nie położył mi Jej na piersi, dopóki nie powiedział: ” Gratulacje, córka jest zdrowa, dostała 10 punktów ” to bałam się jak cholera. 


Powrót ze szpitala do domu był dziwny. Żadne opowieści znajomych, którzy wcześniej zostali rodzicami, żadne ” mądre ” książki, specjalistyczne czasopisma i nawet fora internetowe nie przygotowały nas na powitanie w domu nowego członka rodziny. Pamiętam, że czułam się strasznie dziwnie, zupełnie nie wiedziałam jak odnaleźć się w nowej sytuacji. Czy mam położyć dziecko spać, nakarmić, przewinąć czy może napić się herbaty lub wstawić pranie???? Na pewno wyjęłam Zuzię z nosidełka i położyłam do łóżeczka.
A później?
 
Później było zupełnie inaczej niż reklamach pampersów, kinderków i proszków do prania. Nie przewijałam dziecka z bananem na ustach. Nie wstawiałam prania, ciesząc się jak wariatka z nowego proszku ( który wcale tak dobrze nie radził sobie z plamami ). Nie stawałam do prasowania w pełnym makijażu i idealnie białej koszuli. I chyba wtedy, w tych pierwszych miesiącach macierzyństwa, dotarło do mnie , jak bardzo telewizja kłamie.
 
Bo macierzyństwo to robota na pełny etat, w której o urlop strasznie trudno i do której iść musimy, nawet jak tak bardzo nam się nie chce. Oj, a jak często mi się nie chciało, wiem tylko ja. Wyjścia jednak nie ma, szef jest bardzo wymagający. Rzadko toleruje spóźnienia, głośno wyraża swoje zdanie i nawet podanie na piśmie z trzema zdjęciami nie jest w stanie Go udobruchać. Z czasem jednak idzie się przyzwyczaić, na każdego znajdzie się sposób, nawet na bossa tyrana. Po kilku miesiącach umiemy już organizować swój czas pracy na tyle, że jesteśmy w stanie nawet wygospodarować chwilkę tylko dla siebie. I nawet gdy ta chwilka jest bardzo krótka, to daje nam wielkiego kopa do dalszej harówki. Bo my, matki, musimy pamiętać o tym, że macierzyństwo nie jest końcem naszego własnego JA. Musimy myśleć też o sobie, o naszych marzeniach, pasjach, naszych potrzebach. Nie bez powodu mówi się, że szczęśliwa matka, to szczęśliwe dziecko. Nasze frustracje i nasze szczęście, często nieświadomie, przenosimy na nasze pociechy i tylko od nas samych zależy czy chcemy wychować nerwusa czy zadowolonego i pewnego siebie człowieka.
 
Właśnie minęło sześć lat mojego mamowania, Przez ten okres odniosłam wiele sukcesów i tyle samo porażek. Mam swoje określone zasady dotyczące wychowania mojego dziecka, których trzymam się kurczowo, jak rzep psiego ogona. Bo skoro zdecydowałam się na dziecko, to ponoszę za Nią pełną odpowiedzialność. To ja Jej mam pokazać świat, ze wszystkimi jego wadami i zaletami. To ja mam Jej pokazać, jak bardzo ważna w życiu jest rodzina i te relacje, które teraz zbudujemy między sobą. To ja mam Jej pokazać, że pasja w życiu jest ważniejsza od telewizora czy komputera. 
 
Nie znaczy to jednak, że jestem matką idealną. Nigdy się za taką nie uważałam i nigdy nie będę tak o sobie myśleć. Sprawa jest prosta, matek idealnych nie ma. Każda z nas popełnia błędy, grunt to wyciągać z nich wnioski i więcej ich nie powielać. Ja błędów swoich w stanie zliczyć nie jestem. 
 
Każdy okres dzieciństwa  przeminie bezpowrotnie. Skończy się całowanie po pupci i tulenie do snu. Pewnego dnia, prędzej czy później, dziecko spakuje swoje manatki i wyprowadzi się w dorosłość. I myślę, że wtedy w pełni zrozumiemy nasze mamuśki, które wydzwaniają do nas co chwila, które jak głupie cieszą się z naszych sukcesów i które płaczą, gdy dzieje się nam nawet najmniejsza krzywda. 
 
Bo strach i miłość rodzicielska nigdy nie przeminą !!! 
 
PLAKAT – Babafu Typography
SUKIENKA – Aleksandra Król
BRANSOLETKI ( czarna i biała ) – La Mia Collection
BRANSOLETKA niebieska – Kelly Kulla
TORT – Torcikowo