Stop Śmieciowemu Jedzeniu

Sprawa już w sumie trochę przycichła, jak to ze sprawami bywa, ale jakoś znowu gdzieś mi się w oczy rzuciła i pomyślałam se nieśmiało, że ja Ci powiem, że ja całej tej euforii nie rozumiałam. Cieszyli się praktycznie wszyscy, przynajmniej praktycznie wszyscy o tym mówili lub na profil swój wrzucali baner informujący STOP „ŚMIECIOWEMU JEDZENIU „, opatrzony oczywiście wykrzyknikami i uśmiechniętymi buźkami. Ja też bym z chęcią wrzuciła i też bym się cieszyła bo niby fajna rzecz, tylko szkoda, że zabrali się do tego od dupy strony. Akcja nagłośniona i owszem, ale szkoda czasu trochę i tej euforii też, bo ja Ci powiem, ta akcja nic nie zmieni.

No bo weź sobie takiego Jaśka, na ten przykład. Jaś ma lat 9. Sam zapiernicza do szkoły aż miło, bez śniadania, ale za to ma 5 zeta, dostał od mamy, na drugie śniadanie właśnie. Jaś oczywiście w szkole zamiast chipsów jabłkowych kupuje te solone, jabłkowe mu w gardle stają, a to niebezpieczne. Do tych chipsów solonych butelka colki i śniadanie jak znalazł, Jaśkowi pasuje, smakowało i głodny nie chodzi, czego chcieć więcej. Mama Jaśka spyta się tylko: „Jadłeś w szkole?”, Jaś odpowie: ” Jadłem” i tyle, o szczegóły mama Jaska pytać nie zamierza, bo i po co, przecież głodny nie chodzi. W domu Jaś dostanie jeszcze na kolacje zamówioną pizzę, frytki lub napompowaną kajzerkę i gra, rośnie chłopak aż miło. Szkoda tylko, że wszerz…

Z Jaśkiem do klasy chodzi Tomek, na ten przykład oczywiście. Tomek też ma 5 zeta. Też dostał od mamy. Tomek też poszedł do sklepiku. Kupił sobie chipsy jabłkowe i wodę niegazowaną, w plecaku ma jeszcze banana, przecież to nie problem owoc do plecaka wrzucić. Tomek też głodny nie chodzi. Tomkowi chipsy jabłkowe w buzi nie rosną, dobrze wie, że to zdrowe. Odkąd pamięta u niego w domu je się zdrowo. Ryby, owoce, warzywa to normalne. Rodzice tak jedzą i On też. Zawsze Mu gadali, suszyli głowę, nie pozwalali na chipsy, żelki, oranżadki w proszku czy napoje gazowane. Tomek może zjeść czekoladkę oczywiście, zje i frytki czasem i nawet pizzę smakował, czasem, sporadycznie, od święta. To nie zaszkodzi. Wiesz, raz do roku to i księdzu podobno wolno.

Tomka inne rzeczy nie kuszą, tak został nauczony, przyzwyczaił się, on jego podniebienie i jego żołądek. U Jaśka sprawa ma się zupełnie inaczej. Mama wychodziła z założenia, że przecież jeden chips nie zaszkodzi, a mambę zawsze miał w kieszonce. Ot, takie przyzwyczajenia.

W poniedziałek, na długie przerwie, chłopaki znowu idą do sklepiku. Tomek, jak poprzednio, wybiera sobie jakąś zdrowszą przekąskę, no ewentualnie czekoladowego batonika, bo w poniedziałek mama pozwala coś słodkiego kupić. Płaci, zabiera zakup, dziękuje i odchodzi. Staje z boku, czeka na Jaśka. A Jasiek, zielony/czerwony/fioletowy/siny, traci oddech, puls mu przyspiesza. Jasiek chipsów nie widzi, świat mu się zawalił, głodny będzie chodził.  Pani, lekko wkurzona, bo przecież utarg jej zmaleje, tłumaczy Jaśkowi, że ustawa przyjęta i chipsów nie będzie, no ewentualnie jabłkowe, ale te przecież Jaśkowi w gardle stają, a to niebezpieczne. Jasiek szczękę zaciska, dym uszami puszcza i odchodzi, z jakimś batonem w ręku na pocieszenie.

W domu Jaś głos zabiera. Tłumaczy mamie, że takie cyrki w sklepiku, że chipsów i coli nie ma, że „musiał” jakiegoś batona kupić i w ogóle załamka. Mama oburzona, chyba jeszcze bardziej niż Jaś, kto śmie jej syna żywić, wybierać za niego i decydować. Ona mu chipsy pozwala jeść, to niech se je, im nic do tego. Zdenerwowana głośno komentuje sprawę mężowi, a gdy ten już nasłuchał się odpowiednio i nic więcej do powiedzenia nie ma, to mama se do koleżanki zadzwoni, jeszcze jej się pożali. A Jaś stoi i słucha, że to mama ma rację a tamci to idioci, co oni wiedzą, że przesadzają, że przecież kilka chipsów to nie tragedia. I tak Jaś osłuchany już spokojnie zasypia.

Jutro będzie sprytniejszy. Jutro sobie chipsy kupi po drodze, w sklepiku osiedlowym, ich ustawa nie obejmuje….

Bo dzieciaki są mądrzejsze, niż ta ustawa przewiduje.

Bo problem nie leży w sklepikach, ani tych szkolnych, ani osiedlowych. Problem leży w domach i przyzwyczajeniach naszych. Tak jak dzieciaka nauczymy, tak jeść będzie. To nie działa tak, że ze sklepików śmieciowe jedzenie wyeliminujemy i wszystkie dzieci na zdrowe się przerzucą. To tak nie działa. Te dzieci trzeba uświadomić, pokazać, wytłumaczyć jaka jest różnica między dobrym a złym żywieniem. Jak wpływa to jedzenie na nas, na nasze zdrowie, samopoczucie, wygląd. Jakie są konsekwencje zapychania się śmieciami a jakie korzyści płyną gdy w kuchni rządzić będzie zdrowie. Do tego potrzeba współpracy rodziców i wielu godzin rozmów i tłumaczeń.

A oni Poszli po najmniejszej linii oporu i braw oczekują, na Nobla czekają. A ja powodów do radości nie widzę, żadnych. ja bym wolała, żeby moje dziecko miało spotkania z dietetykiem lub lekarzem, którzy dzieciakom wszystko wytłumaczą. Spotkania, na których dostaną zdrowe przekąski, odpowiednie ulotki, książeczki, broszury. Spotkania, z których wyjdą mądrzejsze i bardziej świadome. I przynajmniej będą wiedziały, dlaczego ktoś im chipsy ze sklepiku zabiera.

A TAK NAPRAWDĘ 

Wszystko zaczyna się w domu. Od małego uczymy dzieci, tak jak chcemy, według naszego „widzimisię”. Mamy lepiej i łatwiej od naszych rodziców. Wystarczy odpalić telefon/tablet/komputer, wpisać hasło zdrowa żywność/zdrowe odżywianie/zdrowa kuchnia dla maluchów i czytać, uczyć się i wprowadzać w życie. Nie trzeba od razu dzieciakowi owsiankę bezglutenową pod nos podstawiać, ale małymi kroczkami uczyć, uświadamiać, dawać przykład.

I TYLKO OD NAS, TYLKO I WYŁĄCZNIE OD NAS, ZALEŻY JAKI TEN PRZYKŁAD DAMY

TWOJE DZIECKO, TWÓJ WYBÓR, OBYWATELKO/OBYWATELU…

 

You May Also Like

Dodaj komentarz

Your email address will not be published. Required fields are marked *

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>


cztery × = 28